Rzeczpospolita
23.02.02 Nr 46
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):



List otwarty amerykańskich intelektualistów

Zorganizowani mordercy o globalnym zasięgu zagrażają teraz nam wszystkim. W imię uniwersalnej ludzkiej etyki, świadomi ograniczeń oraz wymogów sprawiedliwej wojny, popieramy decyzję naszych rządów i naszych społeczeństw o użyciu przeciwko nim sił zbrojny

Sprawiedliwa wojna z terroryzmem

Autorzy listu

(C) AP

Czasami naród musi bronić się, używając sił zbrojnych. Ponieważ wojna to poważna sprawa, wymagająca ofiar i pochłaniająca cenne ludzkie życie, sumienie nakazuje, aby ci, którzy prowadzą wojnę, przedstawili moralne uzasadnienie swych działań. Muszą bowiem sobie i światowej społeczności jasno powiedzieć, w obronie jakich wartości występują. Niniejszym potwierdzamy pięć podstawowych prawd, które dotyczą wszystkich ludzi bez wyjątku:

1. Wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe w godności i prawach.

2. Podstawowym podmiotem społeczeństwa jest osoba ludzka, a prawowitą rolą rządu jest ochrona i wspieranie warunków służących ludzkiemu rozwojowi.

3. Istoty ludzkie mają naturalne pragnienie poznawania prawdy o celu życia i ostatecznym końcu.

4. Wolność sumienia i wyznania to niezbywalne prawa osoby ludzkiej.

5. Zabijanie w imię Boga jest sprzeczne z wiarą w Boga i stanowi największą zdradę uniwersalności religii.

Walczymy, by bronić siebie i tych uniwersalnych zasad.

Co to są amerykańskie wartości?

Od 11 września miliony Amerykanów zadają sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego jesteśmy celem tych nienawistnych ataków? Dlaczego ci, którzy nas zabijają, chcą nas zabić?

Przyznajemy, że nasz naród traktował czasem inne społeczeństwa z arogancją i ignorancją. Niekiedy też nasz naród uprawiał niewłaściwą i niesprawiedliwą politykę. Zbyt często nie dochowywaliśmy, jako naród, wierności naszym ideałom. Nie możemy wzywać innych społeczeństw do szanowania zasad moralnych bez przyznania, że nasze własne społeczeństwo czasami nie przestrzegało tych samych zasad. Jesteśmy jednak zgodni w przekonaniu - i wierzymy, że wszyscy ludzie dobrej woli na świecie podzielą to zdanie - iż żadne odwoływanie się do zalet lub wad jakichś aspektów polityki zagranicznej nigdy nie może usprawiedliwiać ani usiłować nadać sens masowej rzezi niewinnych ludzi.

W takiej demokracji jak nasza, w której rząd czerpie swą władzę z woli rządzonych, polityka wynika przynajmniej częściowo z kultury, z wartości i priorytetów społeczeństwa jako całości. Choć więc nie twierdzimy, że dysponujemy pełną wiedzą o motywach tych, którzy nas zaatakowali i ich sympatyków, to jednak to, co wiemy, podpowiada, iż ich zarzuty wykraczają znacznie poza jakąś konkretną politykę. Zabójcy z 11 września nie wysunęli żadnych konkretnych żądań; w tym sensie więc zabijali po prostu dla zabijania. Przywódca al-Qaidy nazwał "błogosławione ataki" z 11 września uderzeniami przeciwko Ameryce - "stolicy światowej niewierności". Jest zatem oczywiste, że ci, którzy nas zaatakowali, pogardzają nie tylko naszym rządem, lecz całym naszym społeczeństwem, całym naszym stylem życia. Ich zarzuty dotyczą nie tylko tego, co robią nasi przywódcy, lecz i tego, kim jesteśmy.

A kim jesteśmy? Co jest dla nas wartością? Wielu osobom, w tym wielu Amerykanom i niektórym sygnatariuszom tego listu, niektóre wartości spotykane w Ameryce wydają się nieatrakcyjne i szkodliwe. Konsumpcyjny stosunek do życia. Postrzeganie wolności jako braku jakichkolwiek reguł. Uznawanie, że całkowicie suwerenna jednostka zawdzięcza wszystko samej sobie i niewiele winna jest innym lub społeczeństwu. Osłabienie więzi małżeńskich i życia rodzinnego. A do tego ogromna machina rozrywkowa i medialna, która bezlitośnie gloryfikuje takie idee i rozpowszechnia je w niemal każdym zakątku globu, bez względu na to, czy są tam pożądane.

Jednym z głównych zadań stojących przed nami, Amerykanami, i ważnych jeszcze przed 11 września, jest uczciwe stawianie czoła tym nieprzyjemnym aspektom naszego społeczeństwa i czynienie wszystkiego, co możliwe, aby zmienić je na lepsze. Ślubujemy, że będziemy do tego dążyć.

Jednocześnie jednak inne amerykańskie wartości - które uważamy za nasze założycielskie ideały, i te, które najwyraźniej określają nasz sposób życia - zasadniczo różnią się od tamtych i są o wiele bardziej atrakcyjne nie tylko dla Amerykanów, ale również dla ludzi na całym świecie. Pozwolimy sobie tu wspomnieć o czterech z nich.

Pierwsze jest zatem przekonanie, że wszystkie osoby mają wrodzoną ludzką godność jako cechę pierworodną i że wobec tego każda osoba musi być zawsze traktowana jako obiekt, a nie wykorzystywana w charakterze narzędzia. Czerpiąc z tradycji prawa naturalnego i opierając się na fundamentalnym religijnym twierdzeniu, iż wszyscy są stworzeni na podobieństwo Boga, założyciele Stanów Zjednoczonych potwierdzili jako " oczywistą" ideę, że wszystkie osoby mają jednakową godność. Najbardziej ewidentnym, w kategoriach politycznych, wyrazem wiary w transcendentną ludzką godność jest demokracja. Jednym z najpełniejszych kulturowych przejawów tej idei było w ostatnich pokoleniach w USA potwierdzenie równości godności mężczyzn i kobiet oraz wszystkich osób, niezależnie od rasy czy koloru skóry.

Drugie, i ściśle wiążące się z pierwszym, jest przekonanie o istnieniu i dostępności dla wszystkich ludzi uniwersalnych prawd moralnych (które nasi ojcowie-założyciele nazwali "prawami Natury i Natury Boga"). Niektóre z najbardziej wymownych świadectw naszej wiary w te prawdy znaleźć można w amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, "Mowie pożegnalnej" Jerzego Waszyngtona, "Mowie w Gettysburgu" i "Mowie z okazji drugiej inauguracji" Abrahama Lincolna czy też w "Liście z więzienia Birmingham" dr. Martina Luthera Kinga Jr.

Trzecie jest przekonanie, że skoro nasz indywidualny i zbiorowy dostęp do prawdy nie jest doskonały, to większość nieporozumień na tle wartości należy rozwiązywać w duchu uprzejmości i otwartości na poglądy innych oraz w ramach rozsądnej dyskusji w poszukiwaniu prawdy. Czwarta wartość to wolność sumienia i wyznania. Te wewnętrznie ze sobą związane wartości są nie tylko w naszym kraju powszechnie uznawane za odzwierciedlenie podstawowej ludzkiej godności i warunek innych swobód jednostki.

Naszym zdaniem najważniejszym aspektem wspomnianych powyżej wartości jest to, że odnoszą się one do wszystkich osób bez wyjątku i nie mogą być wykorzystywane do pozbawienia kogokolwiek uznawania i szanowania go w zależności od rasy, języka, pamięci czy religii. Oto dlaczego każdy w zasadzie może zostać Amerykaninem. Faktycznie zaś, każdy nim jest. Ludzie ze wszystkich zakątków świata przybywają do naszego kraju z tym, co symbolizuje statua w nowojorskim porcie - pragnieniem oddychania wolnością - i wnet stają się Amerykanami. W sensie historycznym, żaden inny naród nie oparł swej tożsamości - swej konstytucji i innych dokumentów założycielskich, jak też swego podstawowego samopojmowania - tak bezpośrednio i tak wyraźnie na podstawie uniwersalnych ludzkich wartości. Żaden inny fakt odnoszący się do Stanów Zjednoczonych nie ma dla nas większego znaczenia.

Niektórzy ludzie twierdzą, że te wartości wcale nie są uniwersalne, lecz wypływają z zachodniej, przeważnie chrześcijańskiej cywilizacji. Przekonują oni, że nadawanie tym wartościom charakteru uniwersalnego stanowi negowanie odmienności innych kultur. Nie zgadzamy się z takim poglądem. Owszem, uznajemy osiągnięcia naszej własnej cywilizacji, ale wierzymy też, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równi. Wierzymy w uniwersalną możność i potrzebę ludzkiej wolności. Wierzymy, że pewne podstawowe prawdy moralne są rozpoznawalne na całym świecie. Zgadzamy się z międzynarodową grupą wybitnych filozofów, która pod koniec lat 40. XX wieku pomogła przygotować Powszechną Deklarację Praw Człowieka ONZ i która doszła do wniosku, że pewne fundamentalne zasady moralne są tak powszechne, iż "można je uznać za tkwiące w naturze człowieka jako członka społeczeństwa". Zgadzamy się z dr. Martinem Lutherem Kingiem Jr., że sklepienie moralnego wszechświata jest długie, ale skłania się ku sprawiedliwości, nie tylko dla nielicznych czy szczęśliwców, lecz dla wszystkich ludzi.

Patrząc na nasze własne społeczeństwo, ponownie przyznajemy, że istnieje zbyt wiele rozbieżności między naszymi ideałami a naszym postępowaniem. Ale jako Amerykanom w czasie wojny i globalnego kryzysu wydaje nam się również, że to, co najlepsze, i co zbyt zdawkowo nazywamy "amerykańskimi wartościami", nie należy wyłącznie do Ameryki, lecz jest faktycznie wspólnym dziedzictwem ludzkości, a przez to możliwą podstawą nadziei dla światowej społeczności miłującej pokój i sprawiedliwość.

A co z Bogiem?

Od wydarzeń 11 września miliony Amerykanów zadają sobie pytanie - co z Bogiem? Kryzysy takich rozmiarów zmuszają nas bowiem do ponownego zastanawiania się nad podstawowymi zasadami. Gdy więc analizujemy horror wydarzeń i niebezpieczeństwo, które może jeszcze nadejść, wielu z nas pyta: czy wiara religijna jest częścią rozwiązania, czy też częścią problemu?

Sygnatariusze tego listu wywodzą się z różnych tradycji religijnych i moralnych, w tym świeckich. Jednoczy nas jednak przekonanie, że odwoływanie się do autorytetu Boga w celu zabijania lub okaleczania istot ludzkich jest niemoralne i sprzeczne z wiarą w Boga. Wielu z nas uważa, że podlegamy Bożemu osądowi. Nikt z nas nie wierzy, że Bóg kiedykolwiek nakazuje niektórym z nas zabijać lub podbijać innych. Tego rodzaju postawa, czy to nazywana "świętą wojną", czy "krucjatą", stanowi nie tylko pogwałcenie podstawowych zasad sprawiedliwości, lecz jest też w istocie zaprzeczeniem wiary religijnej, ponieważ, jak zauważył w ostatnim przesłaniu noworocznym papież Jan Paweł II, czyni z Boga "idola wykorzystywanego przez człowieka dla własnych celów". Nasz własny naród był swego czasu pogrążony w wielkiej wojnie domowej, w której każda ze stron zakładała, że Bóg wspiera ją przeciwko drugiej stronie. W swojej "Mowie z okazji drugiej inauguracji" w 1865 r. dziesiąty prezydent Stanów Zjednoczonych Abraham Lincoln ujął to krótko: "Wszechmogący ma swoje własne cele".

Ci, którzy zaatakowali nas 11 września, otwarcie ogłosili, że toczą świętą wojnę. Wielu z tych, którzy ich popierają lub z nimi sympatyzują, również odwołuje się do Boga i najwyraźniej zgadza się z ideą świętej wojny. By dostrzec katastrofalność takiego sposobu rozumowania, nam, Amerykanom, wystarczy jedynie przypomnieć sobie własną i zachodnią historię. Chrześcijańskie wojny religijne i pełne przemocy waśnie wśród różnych odłamów chrześcijaństwa rozdzierały Europę przez większą część minionych stuleci. A i w Stanach Zjednoczonych nie brakowało takich, którzy mordowali, przynajmniej częściowo, w imię wyznawanej religii. Jeśli więc chodzi o to konkretne zło, to żadna cywilizacja i żadna tradycja religijna nie jest bez skazy.

Istota ludzka ma naturalną skłonność do pytania w celu poznania. Ocenianie, wybieranie i uzasadnianie tego, co cenimy i kochamy, jest typowo ludzką działalnością. Cześć tego wewnętrznego dążenia do poznania dotyczy powodu naszych narodzin i tego, co się z nami stanie, gdy umrzemy. To prowadzi nas do poszukiwania prawdy o ostatecznym końcu, obejmującej, dla wielu ludzi, kwestię Boga. Niektórzy sygnatariusze tego listu uważają, że istoty ludzkie są z natury "religijne" w tym sensie, że wszyscy, w tym niewierzący w Boga i nieuczestniczący w zorganizowanym życiu religijnym, dokonują wartościujących wyborów i zastanawiają się nad wartościami nadrzędnymi. Wszyscy natomiast sygnatariusze tego listu są zgodni, że na całym świecie wiara religijna i instytucje religijne są ważnymi podstawami społeczeństwa obywatelskiego i często przynoszą w społeczeństwie rezultaty, które mają albo właściwości pożyteczne i łagodzące, albo jątrzące i antagonizujące.

Jak zatem rządy i przywódcy społeczności powinni najlepiej reagować na te fundamentalne ludzkie i społeczne realia? Jedna możliwość to zakazanie lub prześladowanie religii. Inna możliwa reakcja to przyjęcie ideologicznego sekularyzmu: silnego społecznego sceptycyzmu lub wrogości w stosunku do religii, na podstawie założenia, że religia jako taka, a zwłaszcza wszelkie publiczne przejawy religijnych przekonań, to źródło nieustannych problemów. Trzecia możliwa reakcja to przyjęcie teokracji: przekonania, że jedna religia, przypuszczalnie ta jedna prawdziwa religia, powinna obowiązywać wszystkich członków społeczeństwa i dlatego powinna cieszyć się pełnym lub znacznym poparciem państwa.

Z żadną z tych reakcji nie zgadzamy się. Prawne represje są radykalnym pogwałceniem swobód obywatelskich i wyznaniowych, a przez to są nie do pogodzenia z demokratycznym społeczeństwem obywatelskim. Chociaż w ostatnich pokoleniach naszego społeczeństwa mogło dojść do wzrostu ideologicznego sekularyzmu, również z tym się nie zgadzamy, ponieważ kwestionowałoby to publiczną legalność ważnej części społeczeństwa obywatelskiego oraz prowadziło do ograniczania lub zaprzeczania istnieniu tego, co jest najmniej spornym, a ważnym wymiarem osobowości jako takiej. Choć teokracja była obecna w zachodniej (acz nie amerykańskiej) historii, nie zgadzamy się z nią na gruncie zarówno społecznym, jak i teologicznym. Od strony społecznej bowiem, odgórne nadanie jakiejś religii charakteru obowiązującego może stać w sprzeczności z zasadą swobody wyznania, która jest podstawowym prawem człowieka. Ponadto, kontrolowanie religii przez rząd może wywołać lub zaostrzyć religijne konflikty i, co może ważniejsze, zagrozić witalności i autentyczności instytucji religijnych. Od strony teologicznej natomiast, nawet dla tych, którzy są mocno przekonani o prawdziwości swej wiary, przymuszanie innych w kwestiach religijnego sumienia stanowi ostatecznie pogwałcenie religii jako takiej, gdyż pozbawia te osoby prawa swobodnej i godnej odpowiedzi na zaproszenie Stworzyciela.

Stany Zjednoczone starają się być społeczeństwem, w którym wiara i wolność mogą iść w parze, wzajemnie się podbudowując. Mamy państwo świeckie - nasi urzędnicy państwowi nie są jednocześnie urzędnikami religijnymi - ale jesteśmy zdecydowanie najbardziej religijnym społeczeństwem świata zachodniego. Jesteśmy narodem głęboko szanującym swobodę wyznania i pluralizm, w tym prawa niewierzących, a zarazem tymi, którzy składają ślubowanie wierności "jednemu narodowi, podległemu Bogu" , oświadczają na wielu salach sądowych i wypisali na każdej monecie motto "In God We Trust" - "Wierzymy w Boga". W aspekcie politycznym nasz rozdział Kościoła od państwa stara się utrzymywać politykę w jej właściwych granicach, częściowo przez ograniczanie władzy państwa w zakresie kontrolowania religii, a częściowo przez powodowanie, by sam rząd czerpał swą legalność oraz działał pod szerszym moralnym baldachimem, który nie jest jego własnym tworem. W aspekcie duchowym natomiast, rozdział ten pozwala religii być religią, dzięki odłączeniu jej od zniewalającej władzy rządu. Ujmując rzecz krótko, staramy się oddzielać Kościół od państwa po to, by obie te instytucje chronić i obu zapewnić właściwą im witalność.

Dla religijnych Amerykanów zadanie pogodzenia religijnej prawdy ze swobodą wyznawania religii często było trudne. Kwestia ta ciągle nie jest zamknięta. Mamy bowiem takie społeczne i konstytucyjne uwarunkowania, które niemal z definicji wymagają nieustannych debat, poprawek i kompromisów. Sprzyja temu również, a zarazem kształtuje to, pewien rodzaj charakteru czy temperamentu, przez co wyznawcy religii, którzy mocno tkwią w prawdzie swej wiary, jednocześnie szanują tych, którzy obrali inną drogę. Szacunek ten nie jest przejawem kompromisu z tą prawdą, lecz jej aspektem.

Co mogłoby w XXI wieku przyczynić się do zredukowania wypływającej z religii nieufności, nienawiści i przemocy? Na to pytanie można udzielić wielu ważnych odpowiedzi, lecz jedna z nich, mamy nadzieję, brzmi następująco: Pogłębienie i odnowienie naszego szacunku dla religii przez uznanie swobody wyznania za fundamentalne prawo wszystkich ludzi wszystkich nacji.

Sprawiedliwa wojna?

Uznajemy, że każda wojna jest straszna, albowiem jest krańcowym efektem ludzkiego politycznego niepowodzenia. Wiemy również, że linia oddzielająca dobro od zła nie biegnie między jednym a drugim społeczeństwem, a tym bardziej między jedną a drugą religią, lecz biegnie ostatecznie przez środek każdego ludzkiego serca. Ci z nas - żydzi, chrześcijanie, muzułmanie i inni - którzy wyznają wiarę religijną, poczuwają się do odpowiedzialności za to, wyrażonej w naszych świętych księgach, by kochać miłosierdzie i czynić wszystko, co w naszej mocy, dla zapobiegania wojnie i życia w pokoju.

Jednakże rozum i sumienna refleksja moralna uczą nas również, że bywają czasy, gdy pierwszą i najważniejszą odpowiedzią na zło jest powstrzymanie go. Są więc sytuacje, gdy prowadzenie wojny jest nie tylko moralnie dopuszczalne, lecz moralnie niezbędne jako odpowiedź na zgubne akty przemocy, nienawiści i niesprawiedliwości. Teraz jest właśnie taki czas.

Idea "sprawiedliwej wojny" ma szerokie podstawy, sięgające korzeniami wielu różnych religijnych i świeckich tradycji moralnych na świecie. Nauki żydowskie, chrześcijańskie i muzułmańskie zawierają wiele poważnych spostrzeżeń na temat definicji sprawiedliwej wojny. Oczywiście niektórzy ludzie, często w imię realizmu, utrzymują, że wojna jest zasadniczo domeną własnych korzyści i konieczności, co unieważnia większość prób przeprowadzenia analizy moralnej. Nie zgadzamy się z tym. Moralne milczenie w obliczu wojny jest samo w sobie moralnym stanowiskiem - takim, które odrzuca racje rozumu, akceptuje brak norm w sprawach międzynarodowych i ulega cynizmowi. Stosowanie obiektywnych racji moralnych do wojny oznacza obronę możliwości, jakie niesie ze sobą społeczeństwo obywatelskie, i społeczności światowej opartej na sprawiedliwości.

Zasady wojny sprawiedliwej uczą nas, że absolutnie nie do zaakceptowania są wojny będące aktami agresji i zaboru. Nie można legalnie toczyć wojen dla narodowej chwały, pomszczenia dawnych krzywd, zdobyczy terytorialnych czy w jakimkolwiek innym celu niestanowiącym obrony.

Podstawowym moralnym usprawiedliwieniem wojny jest obrona niewinnych przed nieuchronną krzywdą. Święty Augustyn, którego rozprawa "O Państwie Bożym" jest brzemiennym wkładem w myślenie o sprawiedliwej wojnie, twierdzi (w ślad za Sokratesem), że chrześcijanin jako jednostka powinien raczej cierpieć krzywdę, niż dopuścić się jej popełnienia. Ale czy od moralnie odpowiedzialnej osoby można też wymagać, lub nawet jej zezwolić, aby zobowiązywała się za inne niewinne osoby do niepodejmowania samoobrony? Dla św. Augustyna, tak jak dla szerszej tradycji sprawiedliwej wojny, odpowiedź brzmi: nie. Jeśli bowiem dysponujemy przekonującym dowodem, że niewinne osoby, które nie są w stanie same się bronić, zostaną poważnie skrzywdzone, gdy nie będzie użyta siła do powstrzymania agresora, to wówczas moralna zasada miłości bliźniego nakazuje nam użycie siły.

Wojen nie można legalnie toczyć przeciwko zagrożeniom, które są niewielkie, wątpliwe lub o niepewnych konsekwencjach, jak też przeciwko zagrożeniom, które można uśmierzyć dzięki negocjacjom, odwoływaniu się do rozsądku, przez perswazję za pośrednictwem stron trzecich lub innymi pokojowymi środkami. Jeśli jednak zagrożenie niewinnego życia jest realne i pewne, a szczególnie jeśli agresora motywuje nieprzejednana wrogość - jeśli jego celem nie jest nakłonienie cię do negocjacji lub uległości, lecz zniszczenie cię - to użycie odpowiedniej siły jest moralnie uzasadnione.

Sprawiedliwą wojnę może prowadzić jedynie legalna władza odpowiedzialna za ład publiczny. Nigdy bowiem nie może być moralnej akceptacji dla przemocy na własną rękę, oportunistycznej czy indywidualistycznej.

Sprawiedliwą wojnę można prowadzić jedynie przeciwko żołnierzom - bojownikom. Autorytety w dziedzinie sprawiedliwej wojny - czy to muzułmanie, czy żydzi, chrześcijanie, wyznawcy innych religii lub świeccy - zgodnie uczą nas, że nie wolno celowo atakować osób, które nie są żołnierzami - bojownikami. Toteż moralnie naganne jest zabijanie cywili z zemsty, a nawet w celu odstraszenia agresji ze strony osób z nimi sympatyzujących. Wprawdzie w niektórych okolicznościach, i w ściśle ograniczonym zakresie, może znaleźć moralne usprawiedliwienie podjęcie działań militarnych, które mogą spowodować niezamierzoną, choć przewidywalną, śmierć lub obrażenia niektórych osób niebędących żołnierzami-bojownikami, ale nie jest moralnie słuszne czynienie z zabijania takich osób operacyjnego celu działań militarnych.

Te i inne zasady sprawiedliwej wojny uczą nas, że kiedykolwiek istoty ludzkie rozważają lub przystępują do prowadzenia wojny, jest zarówno możliwe, jak i niezbędne potwierdzenie świętości ludzkiego życia i przestrzeganie zasady równości ludzkiej godności. Zasady te starają się chronić i odzwierciedlać, nawet podczas tragicznych działań wojennych, fundamentalną moralną prawdę, że "inni" - ci, którzy są dla nas obcy, różnią się od nas rasą lub językiem, których religie my możemy uważać za nieprawdziwe - mają takie samo prawo do życia jak my oraz taką samą ludzką godność i prawa człowieka jak my.

11 września 2001 r. grupa osób celowo zaatakowała Stany Zjednoczone, posługując się porwanymi samolotami jako bronią, która w ciągu mniej niż dwóch godzin zabiła ponad trzy tysiące naszych obywateli w Nowym Jorku, południowo-zachodniej Pensylwanii i Waszyngtonie. Ci, którzy zginęli 11 września, byli w ogromnej większości cywilami, a nie żołnierzami i swym zabójcom znani byli wyłącznie jako Amerykanie. Ci, którzy zginęli rankiem 11 września, zostali zabici bezprawnie, niezasłużenie i z premedytacją - nie można tego określić inaczej niż morderstwo. Wśród zamordowanych były osoby wszystkich ras, wielu narodowości i większości głównych wyznań. Byli wśród nich zarówno pomywacze, jak i dyrektorzy.

Osoby, które dopuściły się tych aktów wojny, nie działały same, bez wsparcia i bez przyczyny. Były członkami międzynarodowej siatki islamskiej, działającej w ponad 40 krajach i znanej obecnie pod nazwą al-Qaida. Grupa ta stanowi jedno z odgałęzień większego radykalnego ruchu islamskiego, rozrastającego się przez dziesięciolecia i w niektórych przypadkach tolerowanego, a nawet wspieranego, przez rządy. Ruch ten otwarcie głosi i coraz bardziej demonstruje zdolność do posłużenia się morderstwem dla osiągnięcia swoich celów.

Terminu "islam" i "islamski" używamy w odniesieniu do jednej z wielkich światowych religii, która ma około 1,2 mld wyznawców, w tym kilka milionów obywateli USA. Niektórzy z nich zostali 11 września zamordowani. Jest samo przez się zrozumiałe - ale powiedzmy to tu wyraźnie - że ogromna większość muzułmanów, kierujących się naukami Koranu, to ludzie przyzwoici i miłujący pokój. Używamy natomiast terminu "islamizm" i "radykalizm islamski" w odniesieniu do stosującego przemoc, ekstremistycznego i radykalnie nietolerancyjnego ruchu religijno-politycznego, który zagraża światu, w tym światu muzułmańskiemu.

Ten radykalny i uciekający się do przemocy ruch sprzeciwia się nie tylko pewnym aspektom polityki amerykańskiej i zachodniej - niektórzy sygnatariusze tego listu również są przeciwni niektórym aspektom tej polityki - lecz także podstawowym zasadom współczesnego świata, tolerancji religijnej oraz tym fundamentalnym prawom człowieka, a szczególnie wolności sumienia i wyznania, które zawarte są w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ i muszą stanowić podstawę wszelkiej cywilizacji zorientowanej na ludzki rozwój, sprawiedliwość i pokój.

Ten ekstremalny ruch twierdzi, że przemawia w imieniu islamu, ale zdradza podstawowe islamskie wartości. Islam zwrócony jest bowiem przeciwko moralnym okrucieństwom. Odzwierciedlając nauki Koranu i biorąc przykład z Proroka, muzułmańscy uczeni od wieków nauczają, że walka w imię Boga (tzw. dżihad) zabrania celowego zabijania osób niebędących żołnierzami - bojownikami i wymaga, aby działania militarne podejmowano wyłącznie na żądanie legalnej władzy publicznej. Przypominają też nam stanowczo, że islamowi, w nie mniejszym stopniu niż chrześcijaństwu, judaizmowi i innym religiom, zagrażają i potencjalnie degradują go ci profani, którzy powołują się na imię Boga, by zabijać na oślep.

Ruchy działające pod przykrywką religii mają złożone wymiary polityczne, społeczne i demograficzne, których nie należy lekceważyć. Ale istotna jest też filozofia, a filozoficzne pobudki tego radykalnego ruchu islamskiego, w swej pogardzie dla ludzkiego życia i w postrzeganiu świata jako walki na śmierć i życie między wierzącymi i niewierzącymi (czy to liberalnymi muzułmanami, czy to żydami, chrześcijanami, hinduistami i innymi) wyraźnie stoją w sprzeczności z równą godnością wszystkich ludzi, a tym samym stanowią zdradę religii i odrzucają podstawy cywilizowanego życia oraz możliwość pokojowego współistnienia między narodami.

Najpoważniejsze jest jednak to, że mordercy z 11 września po raz pierwszy zademonstrowali, że ten ruch ma nie tylko otwarcie wyrażane pragnienie, lecz także możliwości i wiedzę - w tym prawdopodobnie dostęp i zamiar użycia broni chemicznej, biologicznej i nuklearnej - aby dokonać wielkiego, potwornego zniszczenia obiektów swych ataków.

Ci, którzy 11 września zgładzili ponad trzy tysiące osób, i ci, którzy sami przyznają, że nie pragną niczego więcej prócz uczynienia tego ponownie, stanowią oczywiste i doraźne niebezpieczeństwo dla wszystkich ludzi dobrej woli na całym świecie, a nie tylko dla Stanów Zjednoczonych. Takie akty są ewidentnym przykładem agresji przeciwko niewinnemu ludzkiemu życiu i zagrażającym światu złem, którego pozbycie się absolutnie wymaga użycia siły.

Zorganizowani mordercy o globalnym zasięgu zagrażają teraz nam wszystkim. W imię uniwersalnej ludzkiej etyki i w pełni świadomi ograniczeń oraz wymogów sprawiedliwej wojny popieramy decyzję naszych rządów i naszych społeczeństw o użyciu przeciwko nim sił zbrojnych.

Konkluzja

Zobowiązujemy się czynić wszystko, co w naszej mocy, aby wystrzegać się szkodliwych pokus - zwłaszcza arogancji i szowinizmu - którym tak często ulegają narody prowadzące wojnę. Jednocześnie zaś, jednym głosem uroczyście oznajmiamy, że wygranie tej wojny jest dla naszego narodu i jego sojuszników sprawą kluczową. Walczymy w obronie własnej, wierząc zarazem, że walczymy w obronie tych uniwersalnych zasad praw człowieka i ludzkiej godności, które są największą nadzieją ludzkości.

Któregoś dnia wojna ta dobiegnie końca. A wtedy - i w pewnych aspektach, nawet jeszcze przed jej zakończeniem - czeka nas wielkie zadanie pojednania. Mamy nadzieję, że powstrzymując jawne globalne zło, ta wojna może wzmocnić światową społeczność zbudowaną na sprawiedliwości. Ale wiemy też, że tylko czyniący pokój między nami w każdym społeczeństwie mogą zapewnić, że ta wojna nie będzie nadaremna.

Pragniemy w szczególności zwrócić się do naszych braci i sióstr w społeczeństwach muzułmańskich. Mówimy wam wprost: Nie jesteśmy wrogami, lecz przyjaciółmi. Nie wolno nam być wrogami. Łączy nas tyle wspólnego. Mamy tak wiele wspólnie do zrobienia. Wasza ludzka godność jest nie mniejsza niż nasza, wasze prawa i dążenia do lepszego życia są nie mniejsze niż nasze - oto o co, w naszym przekonaniu, walczymy. Wiemy, że niektórzy z was nie darzą nas zaufaniem, tak jak wiemy, że to my, Amerykanie, jesteśmy częściowo odpowiedzialni za tą nieufność. Ale nie wolno nam być wrogami. Pełni nadziei, pragniemy połączyć się z wami i wszystkimi ludźmi dobrej woli w budowaniu sprawiedliwego i trwałego pokoju.

Samuel P. Huntington, ur. 1927, profesor politologii, dyrektor Instytutu Studiów Strategicznych im. Johna Olina na Uniwersytecie Harvarda. Autor kilkunastu książek uznawanych za klasyczne pozycje współczesnej politologii, przetłumaczonych na wiele języków. Największy rozgłos przyniosło mu "Zderzenie cywilizacji", (1996). Huntington utrzymuje, że świat współczesny jest wielobiegunowy i organizuje się w blokach cywilizacyjnych przyjmujących różne wartości i tworzącymi się na różnych zasadach.

Francis Fukuyama, ur. 1952, profesor filozofii i ekonomii politycznej w Johns Hopkins University w Baltimore. Jego artykuł w "The National Interest" (1989) "Koniec historii" wywołał najbardziej burzliwą debatę ostatnich dekad. Tezy artykułu Fukuyama rozwinął w książce "Koniec historii i ostatni człowiek", gdzie utrzymuje, że historia jako konkurencja rozmaitych projektów ideowych zakończyła się triumfem liberalnej, rynkowej demokracji. Jego kolejne książki to "Kapitał społeczny a droga do dobrobytu" i "Wielki wstrząs". Dowodzi w nich, że system rynkowy potrafi odtwarzać normy społeczne, które niszczy w trakcie rozwoju.

Michael Walzer, profesor filozofii w Institute for Advanced Studies w Princeton, jeden z głośniejszych filozofów współczesnych. Współtwórca ruchu "komunitarian", którzy korygowali nadmiernie indywidualistyczny, ich zdaniem, liberalizm współczesny, choć nie kwestionowali liberalizmu samego. Uznaje istotną rolę wspólnoty dla kształtowania człowieka. Identyfikowany jest jako amerykański lewicowiec, zachowujący rezerwę wobec wolnego rynku i partii republikańskiej. Wydał m.in.: "Spheres of Justice", "Exodus and Rewolution". W Polsce ukazała się jego książka "O tolerancji".

Michael Novak, ur.1933, filozof, ekonomista, teolog i socjolog. Wieloletni kierownik katedry religii i polityki społecznej w American Enterprise Institute. Szeroko znany jako rzecznik łączenia orientacji rynkowej z zaangażowaniem katolickim. Autor trzydziestu książek tłumaczonych na wiele języków i wywołujących szeroki rezonans. W Polsce wydano jego "Przebudzenie etnicznej Ameryki", "Duch demokratycznego kapitalizmu", "Liberalizm - sprzymierzeniec czy wróg Kościoła", "Wolne osoby i dobro wspólne".

Robert D. Putnam, profesor socjologii na Uniwersytecie Harvarda. Uznany na świecie analityk demokracji i jej relacji ze społeczeństwem obywatelskim. Jego metoda łączy elementy teoretyczne i drobiazgowe, wieloletnie studia w terenie, które dają, jego zdaniem, większe możliwości niż analiza najbardziej drobiazgowych danych. W Polsce wydana została jego "Demokracja w działaniu. Tradycje obywatelskie we współczesnych Włoszech".


Enola Aird, John Atlas, Jay Belsky, David Blankenhorn, David Bosworth, R. Maurice Boyd, Gerard V. Bradley, Margaret F. Brinig, Allan Carlson, Paul Ekman, Jean Bethke Elshtain, Amitai Etzioni, Hillel Fradkin, Samuel G. Freedman, Francis Fukuyama, William A. Galston, Claire Gaudiani, Robert P. George, Neil Gilbert, Mary Ann Glendon, Norval D. Glenn, Os Guinness, David Gutmann,

Kevin J. "Seamus" Hasson, Sylvia Ann Hewlett, James Davison Hunter, Samuel Huntington, Byron Johnson, James Turner Johnson, John Kelsay, Diane Knippers, Thomas C. Kohler, Glenn C. Loury, Harvey C. Mansfield, Will Marshall, Richard J. Mouw, Daniel Patrick Moynihan, John E. Murray, Jr., Michael Novak, Rev. Val J. Peter, David Popenoe, Robert D. Putnam, Gloria G. Rodriguez, Robert Royal, Nina Shea, Fred Siegel, Theda Skocpol, Katherine Shaw Spaht, Max L. Stackhouse, William Tell,Jr., Maris A. Vinovskis, Paul C. Vitz, Michael Walzer, George Weigel, Charles Wilson, James Q. Wilson, John Witte, Jr., Christopher Wolfe, Daniel Yankelovich

Przetłumaczył Krzysztof Darewicz

Tekst oryginalny, wraz z przypisami, można znaleźć w Internecie pod adresem: www.americanvalues.org (C) Institute of American Values


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.