|
DRUGA STRONA KOMENTARZ
Francuzi, Polacy, Żydzi
Gdyby spytać średnio wykształconego Francuza, z jakim krajem kojarzy mu się słowo "antysemityzm", zapewne odpowiedziałby: z Polską. Tego straszliwego piętna nie jesteśmy w stanie zetrzeć od dziesięcioleci. Każda swastyka wymalowana na wiejskim przystanku autobusowym uchodzi w oczach Zachodu za symptom nieuleczalnej choroby. Podobnie jak skandaliczne obelgi wykrzykiwane na stadionach czy plugawe broszury w niektórych księgarniach. Napad na naczelnego rabina Polski, dokonany przez pojedynczego szaleńca, trafia na czołówki europejskich gazet jako kolejny dowód na wrodzony antysemityzm Polaków. Wynika to zazwyczaj z dziennikarskiego dążenia do uproszczenia otaczającego nas świata. Stąd np. pojawiająca się niekiedy zbitka: prawicowiec - katolik - homofob - antysemita, odnosząca się do niektórych polskich polityków. Nieistotna jest zasadność takiego zestawienia, ważna jest prostota przekazu. Niekiedy na tego typu swobodne interpretacje pozwalają sobie nawet cenieni badacze przeszłości. Amerykański historyk Tony Judt w eseju poświęconym twórczości Leszka Kołakowskiego, zamieszczonym niedawno w prestiżowym "New York Review of Books", wymienia antysemityzm jako jedną z trzech "tradycyjnych cech" narodu polskiego obok klerykalizmu i szowinizmu. Takie słowa mogą nas irytować, choć nie powinny uwalniać od obowiązku zwalczania każdego przejawu antysemityzmu w Polsce. Gdy jednak słyszymy od czasu do czasu niechlubne "Żydzi do gazu!", nie jest to dowód na narastające, groźne zjawisko, lecz najczęściej jedynie przykład niezgłębionego kretynizmu autora takiego hasła. Prawdziwie niebezpieczny antysemityzm rodzi się choćby we Francji, gdzie płoną synagogi, a żydowskie cmentarze są regularnie dewastowane. To m.in. efekt coraz większej liczby imigrantów arabskiego pochodzenia, którzy nad Sekwaną w taki właśnie sposób dają upust nie tylko swojej nienawiści do Izraela, lecz także osobistej, życiowej frustracji. Gdy jednak spytać Francuza... Marek Magierowski
|