|
Druga strona KOMENTARZ Barbara Hollender
Motyle, blichtr i prawdziwa sztuka
To jedyne miejsce w Europie, gdzie tak się celebruje kino. W Cannes przez dwa tygodnie maja trwa nieustanne święto.
Na gale przyjeżdżają tu czasem politycy, ale królami Croisette są ci, którzy władają wyobraźnią: tysiące fleszy błyska, gdy na słynnych czerwonych schodach pojawiają się George Clooney, Brad Pitt, Angelina Jolie, Matt Damon, Catherine Deneuve, Gong Li. W tym roku, z okazji jubileuszu sześćdziesięciolecia, Cannes bawiło się jak oszalałe. 33 reżyserów przygotowało składankowy film "Chaquin son cinema" - piękny hymn na cześć kina. Noce były jasne od fajerwerków, przyjęcia na jachtach, na plaży i w wielkich hotelach odbywały się od rana do później nocy. Demoniczny Abel Ferrara zaprosił gości do willi Babylon, gdzie każdy mógł sobie z basenu wyłowić panią w skąpym bikini lub muskularnego pana, Julian Schnabel wypuścił nad Croisette tysiąc kolorowych brazylijskich motyli. Ale blichtr i snobizm to tylko jedno oblicze canneńskiej imprezy. Bo przecież poza fajerwerkami jest tu sztuka. I to ona jest najważniejsza. W canneńskich filmach, jak w lustrze, odbijają się nastroje świata. W tym roku w konkursowych obrazach czuło się przerażenie i poczucie zagrożenia, tak powszechne w epoce po 11 września. W produkcjach braci Coen, Finchera, Tarantino aż kipiało od przemocy. Śmierć czaiła się w obrazach Akina, Van Santa, Zwiagincewa. O życiowych niespełnieniach opowiadali Kar-wai i Schnabel. Więc to drugie, cudowne oblicze Cannes to wielka miłość do kina. Clooney czy Sharon Stone rozdawali uśmiechy i autografy, ale prawdziwym bohaterem tego festiwalu pozostanie skromny, 39-letni Rumun Cristian Mungiu, bo jego "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" podbiły krytyków i jurorów. Jesteśmy zresztą świadkami budzenia się kinematografii krajów postkomunistycznych. Oscara zdobywa Niemiec von Donnersmarck, Cannes wygrywa Rumun Mungiu. Artyści z tych państw rozliczają się z przeszłością, przestrzegają przed totalitaryzmem w każdej postaci, upominają się o tolerancję polityczną i obyczajową. Robią filmy ważne. Szkoda, że ciągle jeszcze nie są w stanie dołączyć do tego nurtu twórcy polscy. Barbara Hollender
|