21.02.07 Nr 044
   Opinie
Rozmowa z Bartłomiejem Sienkiewiczem
Tarcza nie jest lekarstwem na nasze lęki

Tarcza antyrakietowa nie daje absolutnej gwarancji bezpieczeństwa. Daje ją obniżenie poziomu ryzyka konfliktu, a to odbywa się wyłącznie poprzez działania polityczne. Dzisiaj jedyna droga do zwiększonego bezpieczeństwa i obniżenia ryzyka konfliktu w Europie, w tym na polskim przedpolu, wiedzie przez Berlin - mówi ekspert ds. międzynarodowych

opinie_a_3-1.F.jpg
Bartłomiej Sienkiewicz jest analitykiem zajmującym się sprawami bezpieczeństwa międzynarodowego, związanym z Platformą Obywatelską
RAFAŁ GUZ

Rz: Od pewnego czasu Rosjanie przestrzegają przed powrotem zimnej wojny. Twierdzą, że aktem jej wypowiedzenia będzie rozmieszczenie tarczy w Polsce i Czechach. Straszą rakietami średniego zasięgu...

Bartłomiej Sienkiewicz: To klasyczna rosyjska operacja medialna. Najpierw było jej przygotowanie w mediach, a potem "wielki finał", czyli wystąpienie Putina w Monachium. Jak zwykle u Rosjan jest to gra, w której chodzi o parę rzeczy naraz. Między innymi skutkiem tego ma być zmuszenie Europy do dokonania wyboru: jeśli nie chcecie gazowego kartelu, jeśli nie chcecie nowego wyścigu zbrojeń, jeśli nie chcecie innych kłopotów, które możemy wam sprawić, to zacznijcie z nami rozmawiać i tworzyć realną wspólnotę polityczną, ale na takich warunkach, jakie my - a nie jakaś tam Polska czy Czechy - określamy. Spodziewanym wynikiem jest wypchnięcie USA z Europy, bo dopiero to otworzyłoby przestrzeń dla Rosji.

Mówi pan o wypchnięciu także militarnym?

Oczywiście, ponieważ Rosjanie - jak mało kto w Europie - myślą w kategoriach militarnych. To się zresztą niewiele zmieniło od czasów zimnej wojny. W rosyjskich akademiach wojskowych wciąż obowiązują podręczniki przedstawiające USA jako głównego przeciwnika. Do tego trzeba dodać głęboki antyamerykanizm całego establishmentu rosyjskiego. Dla nich Ameryka jest punktem odniesienia, miarą ich upadku, wyznacza dystans, jaki muszą pokonać, by odzyskać dawne znaczenie.

Wróćmy do rakiet średniego zasięgu, których rozmieszczeniem groził Siergiej Iwanow. To realna groźba?

Na razie traktowałbym to wyłącznie jako propagandowy straszak. Rakiety zagrażałaby przecież nie tylko Polsce, ale i Europie Zachodniej. Ich rozmieszczenie byłoby gestem tak jawnie wrogim, że musiałoby się poważnie odbić na stosunkach Rosji z Europą. A zbliżenie z Europą jest dotychczas przez Rosjan realizowane dość konsekwentnie. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby kiedyś znalazła się na Kremlu ekipa o nieco innych poglądach albo obecna stała się mniej racjonalna, to ten groźny dla nas wariant mógłby zaistnieć. Podsumowując: wypowiedzenie traktatu o zakazie rozmieszczenia takiej broni jest możliwe, samo rozmieszczenie - na razie nie.

Czy rosyjski lęk przed tarczą jest prawdziwy czy udawany? W końcu chodzi tylko o dziesięć wyrzutni. Mało jak na wielki rosyjski arsenał...

Problem leży gdzie indziej. Tarcza rakietowa jest dla Rosji przypieczętowaniem klęski w wyścigu zbrojeń strategicznych. Rosja utraciła parytet nuklearny względem USA i dopiero stara się go odbudować. Tymczasem tarcza daje Amerykanom techniczną możliwość śledzenia wszystkich pocisków, jakie opuszczają terytorium Rosji, pozwala przewidzieć ich trajektorię. Proszę pamiętać, że kluczem nie są wyrzutnie, lecz radary. To, co one śledzą i co obejmują. Radar w Czechach obejmowałby Iran i cały Bliski Wschód, ale także dwie strategiczne armie rakietowe w europejskiej części Rosji. Plus ten radar na Alasce. Razem tworzą system kontroli obejmujący całe terytorium Federacji Rosyjskiej. Jest więc głęboka niezgoda na system i na umiejscowienie go tak szybko i tak blisko.

Czyli Rosjanie są zaniepokojeni na poważnie?

Oczywiście. Zaniepokojeni w tym sensie, że oni cały czas myślą o sobie jako przeciwwadze strategicznej dla USA i mają nadzieję, iż będą w stanie nierówności nadrobić. Drugi element ma charakter doktrynalny. Rosja od stuleci sprzeciwia się rozwiązaniom, które zmieniałyby architekturę bezpieczeństwa w Europie i odbywały się bez jej udziału. Jeśli cokolwiek takiego się w Europie pojawia, Rosja z zasady protestuje. Tak było z rozszerzeniem NATO czy z Kosowem. W przypadku tarczy sprzeciw jest tym wygodniejszy, że nie jest skierowany przeciwko Francji czy Niemcom, lecz nowym członkom NATO i Ameryce. Będzie więc narastał, będzie gwałtowny.

Jakie konsekwencje ze strony Rosji miałaby dla nas decyzja o przyjęciu tarczy?

Militarnie konsekwencje byłyby niewielkie. W razie jakiegokolwiek konfliktu z Rosją Polska bez NATO i tak jest skazana na pożarcie. Na poziomie politycznym natomiast taka decyzja byłaby dla Rosjan potwierdzeniem tezy, że jesteśmy klientem Waszyngtonu, niezatapialnym lotniskowcem amerykańskim w regionie. Można się spodziewać zamrożenia dialogu czy innych kroków w sferze bardziej symbolicznej niż realnej. W realnej mamy bowiem tak fatalne stosunki z Rosją, że trudno je bardziej zepsuć.

A gdybyśmy odmówili przyjęcia tarczy, mówiąc, że nie chcemy psuć stosunków z Rosją? Moglibyśmy od Moskwy coś uzyskać?

Do pomyślenia - podkreślam, teoretycznie - jest sytuacja, w której Rosjanie przekazują Warszawie komunikat, że w zamian za naszą rezygnację z tarczy są gotowi na daleko idące ustępstwa. To dobrze, ale właściwie na jakie? My nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak w gruncie rzeczy niewiele Rosjanie mogą nam zaoferować. Oprócz kryzysu mięsnego, w którym nie chodzi o mięso, lecz o uznanie przez Rosję faktu, że należymy do Unii, i oprócz rosyjskich surowców energetycznych, od których staramy się uniezależnić, nie ma dziś w zasadzie żadnego realnego pola do negocjacji.

Przyjmijmy więc, że nie oglądamy się na Rosjan i bierzemy tarczę. Myśli pan, że zwiększy ona nasze bezpieczeństwo, zwłaszcza jeśli dostaniemy w zamian dobry pakiet, np. patrioty?

Ten dodatkowy pakiet nasze władze będą pewnie traktować w kategoriach symbolicznych. Dla nich istotą jest sama obecność żołnierza amerykańskiego na polskim terytorium, czyli gwarancja polityczna, a nie militarna. Mimo zastrzeżeń odruchowo jestem za takim rozwiązaniem, ponieważ obawiam się, że za parę lat NATO przestanie istnieć. Dlatego amerykańskie gwarancje są nam potrzebne. Ale tarcza absolutnej gwarancji bezpieczeństwa nie daje. Dzisiaj jedyna droga do zwiększonego bezpieczeństwa politycznego i obniżenia ryzyka konfliktu w Europie, w tym na polskim przedpolu, wiedzie przez Berlin. Dopóki polityka Niemiec jest zgodna z polityką amerykańską, dopóty nie mamy problemu. Czy tak będzie zawsze? Mam wątpliwości. Rządy Schrödera najlepiej pokazały, jak niewiele trzeba, by to zmienić.

Tyle że Polska ma niewielkie możliwości wpływania na relacje Waszyngton - Berlin...

Oczywiście, ale Polska, która ma dobre stosunki z Waszyngtonem i ściśle współpracuje z Berlinem, to Polska dwa razy bezpieczniejsza niż taka, która wchodzi z Niemcami w konflikt historyczny i równocześnie rozpaczliwie rzuca się po jedyny podany jej sznur - z Waszyngtonu. Tarcza jest tylko częścią rozwiązania. Byłoby straszliwym błędem, gdyby rządzący uznali, że wyczerpuje ona ich dbałość o systemowe bezpieczeństwo. Moim zdaniem Berlin jest tak samo niezbywalnym elementem bezpieczeństwa jak amerykańska obecność w Polsce.

Czyli powinniśmy przyjąć tarczę bez dodatkowych warunków?

Ależ powinniśmy stawiać warunki. Powinniśmy wynegocjować jak najwięcej, ale też nie należy mieć złudzeń, że dzięki tym warunkom tworzymy nowy rozdział w dziedzinie bezpieczeństwa. Że cztery dodatkowe "pęczki" patriotów załatwią sprawę. Traktujemy ten komponent jako lekarstwo na nasze lęki związane z Rosją. Pytanie tylko, czy przy niekorzystnym obrocie wypadków to lekarstwo nie wywoła gwałtowniejszego ataku choroby. Jesteśmy w środku Europy, między rozlazłą Unią a agresywną Rosją. Wyobraźmy sobie, że Amerykanie ponoszą trzy spektakularne klęski z rzędu - Irak, Iran, Afganistan. W efekcie w USA powraca izolacjonizm. Z kolei w społeczeństwach zachodniej Europy narasta antyamerykanizm czy też bezrozumny pacyfizm, który napędza niechęć do USA przy braku własnej zdolności do działania. Finał może być taki, że kolejne europejskie rządy mówią Amerykanom: wracajcie do siebie. Taka klęska Ameryki byłaby oczywiście klęską wszystkich tych, którzy na nią postawili. A zwłaszcza klęską kraju, który leży między Rosją i Europą Zachodnią. W jakim stopniu realny jest taki scenariusz - trudno dziś przewidzieć. I na tym polega trudność wyboru.

rozmawiał Piotr Gillert



Drukuj artykuł Drukuj artykuł Wyślij artykuł Wyślij artykuł

 

| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.