Rzeczpospolita
08.06.02 Nr 23
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


TAK BYŁO

Teczki goryczy

Komitet strajkowy Stoczni Szczecińskiej, styczeń 1971 r. W trzecim rzędzie od góry, czwarty od prawej Edmund Bałuka. W drugim rzędzie od góry, trzeci od prawej Marian Jurczyk.

FOT. STOWARZYSZENIE SPOŁECZNE GRUDZIEŃ '70/STYCZEŃ '71

Zajrzeli do teczek i są rozczarowani. Nie poznali nazwisk donosicieli i funkcjonariuszy. Materiały są ocenzurowane, pełne zamazanych fragmentów. Jednym słowem - zamęt.

Do Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN ponad 10 500 osób złożyło wnioski o zapoznanie się z materiałami, jakie na nich zgromadziły komunistyczne służby specjalne. Już z wielu wniosków można się zorientować, że na daną osobę kompletowano materiały. Niestety, wiele dokumentów zostało zniszczonych albo nie można ich odszukać. Napływają też wnioski od osób, które nigdy nie były aresztowane. Uważają jednak, że miały kłopoty w pracy, nie awansowały i że "zawdzięczają" to donosom napływającym na nie do SB. Materiałów na ten temat w zbiorach IPN nie ma. Jest też grupa wnioskodawców snująca dość fantastyczne opowieści, mało wiarygodne. Pracownicy biur IPN w tych wypadkach prowadzą dość delikatne rozmowy.

W kartotekach przejętych z UOP jest kilka milionów kart. Jednej osobie może być poświęcona jedna karta lub sto. Są też kartoteki pseudonimów i organizacji. Również akta operacyjne. W IPN, w biurach udostępniania, w archiwach trwają więc wielkie poszukiwania.

Dotychczas do "swoich" teczek zajrzało zaledwie 170 osób.

- Większość osób, które przejrzały teczki, chce wiedzieć więcej. Poznać nazwiska donosicieli i funkcjonariuszy. Są również osoby, które nie zamierzają dalej czytać "swoich" dokumentów - mówi Bernadetta Gronek, dyrektor Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN.

Legendarny przywódca strajku w Stoczni Szczecińskiej w 1971 roku Edmund Bałuka znalazł się w grupie siedemnastu osób, które jako pierwsze zajrzały do teczek, jakie na nie zgromadziła policja polityczna PRL. Bałuka uważa, że na mało kogo w kraju, łącznie z Lechem Wałęsą, bezpieka skompletowała tyle donosów, raportów itp. papierów, ile na niego.

Pamięta proces wytoczony mu przed sądem wojskowym w Bydgoszczy w stanie wojennym. Kilku żołnierzy wniosło na salę rozpraw dwa potężne kufry pełne materiałów. Czego tam nie było? Nawet egzemplarze "Playboya", w którym zamieszczono artykuły o nim.

- Już w 1956 roku, po wydarzeniach w Poznaniu, usunięto mnie z floty handlowej, gdzie pływałem. Osądzono za próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Wylądowałem w więzieniu. Od wtedy puchły zbiory na mnie - mówi.

Zamęt

Bałuka przejrzał w warszawskim IPN zaledwie dziesięć teczek - początek, jak zauważa, "kolekcji". Nie ukrywa, że jest rozczarowany.

- Coście mi tu dali? - powiedziałem oburzony do pracowników IPN. - Wszystko pozakreślane na czarno, opuszczone fragmenty, całe strony pokiereszowane. Zorientować się nie można, o co chodzi.

Edmund Bałuka domaga się pełnych nazwisk w materiałach bezpieki.

- Chciałbym dać w mordę sąsiadowi, co na mnie donosił. Ale jego nazwisko jest w materiałach zaczernione. Nie wiem, kogo bić - mówi siedemdziesięcioletni weteran walki z komuną. Jest chory. Po chwili przyznaje, że z tym biciem to przesadza.

Domyśla się, kto w jego otoczeniu był agentem. Stuprocentowej pewności jednak nie ma. Liczył na teczki udostępnione przez IPN, ale w jego mniemaniu wprowadziły tylko zamęt.

Bałuka musi na przykład wiedzieć, czy Marysia D., koleżanka z komitetu strajkowego, występująca twardo i ostro w obronie robotników, na niego donosiła i kiedy to się zaczęło. Wyjaśnia, że jest mu to potrzebne, aby zrozumieć, co z nim się działo. W pewnym wieku człowiek zaczyna zastanawiać się nad sobą, nad tym, co go spotkało, i czy ktoś "nie mieszał w jego kotle" - przekonuje.

Dobrze pamięta VII Kongres Związków Zawodowych w 1972 roku w warszawskiej Sali Kongresowej. Byli delegatami ze stoczni - on i Marysia D. Edward Gierek grzmiał, iż partia nie pozwoli od siebie oderwać związków zawodowych. Oboje tymi słowami byli oburzeni. Stoczniowcy uchwalili, że ich delegaci na kongresie muszą twardo domagać się odłączenia związków zawodowych od PZPR. Bałuka jako jedyny na kongresie podniósł rękę przeciw nowemu statutowi związków, nakazującym im działania pod przewodnictwem partii. Gdy protestował, obok siedziała milcząca Marysia D.

- Ty szmato, powiedziałem do niej. Zaczęła płakać - wspomina Bałuka.

Po powrocie do stoczni w kanciapie Marysi D., w której przyjmowała od stoczniowców brudną bieliznę i wydawała czystą, ustawiono biurko z telefonem. Została kierowniczką, zapisała się do partii.

Bałuka puka palcem w teczkę, którą dostał z IPN z wybranymi materiałami SB na swój temat, i mówi:

- Marysia D. tu jest. Tylko nie mogę się zorientować, co konkretnie o mnie donosiła.

Ufałem oszustom

Edmund Bałuka po lekturze zawartości teczek przekonał się o jednym: władze PRL nigdy nie miały wobec niego uczciwych intencji. Mimo że nawet Gierek klepał go po plecach, oficerowie SB zapisywali to samo: "prowadzi wywrotową działalność". A w opracowaniach wyjaśniali: "Na czele niepokojów w stoczni stoi 40 bandytów, a największy bandyta to Bałuka, zabił dwie kobiety".

Do Stoczni Szczecińskiej w okresie drugiego strajku (w 1971 roku) jechało wiele delegacji robotników z kraju - to wiedział. Teraz z dokumentów SB wyczytał, że zatrzymano setki, tysiące takich wysłanników ze Śląska, Wrocławia, z Bielska-Białej, że ruch protestu rozlewał się szeroką falą. Tego nie znalazł w żadnym opracowaniu historycznym.

- Nie byliśmy taką wyspą oporu w kraju, jak nam wmawiano. Mówiono, że wszędzie robotnicy pracują, bo są zadowoleni. Tylko my chcemy, nie wiadomo czego. Oszukali nas - mówi.

Znalazł raporty z wyjazdu komitetu strajkowego do ośrodka stoczni w Karlinie. Chcieli naradzić się w spokoju. Kupili wódkę, kiełbasę i rozpalili ognisko. Wszystkie ich rozmowy zanotowano. Są teraz w jego teczkach.

- Jaka bezpieka była, taka była. Donosiła jednak wszystko. Władze PRL od początku wiedziały, że chodzi nam o budowę wolnych związków zawodowych. Tu jest napisane czarno na białym - pokazuje na dokumenty.

Nic nie działo się przypadkowo - to kolejna refleksja Bałuki. Kiedyś autokar wiozący stoczniowców na zjazd Związku Metalowców w Katowicach zatrzymał się po drodze. Wchodzą do przypadkowej knajpy - a tam czekają na nich zastawione stoły. Pełno półlitrówek z wódką. Siedli do obiadu, a tu do lokalu wchodzi Janusz Brych, pierwszy sekretarz KW PZPR w Szczecinie. Pyta Bałukę, czy może się przysiąść. Jadł z nimi i wznosił toasty.

Ruszyli sami dalej do Katowic. Kupili wódkę. I tak powstały raporty: Bałuka pił, rozrabiał, zamknęła go milicja. Teraz je przegląda i widzi, jaki był wraz z innymi stoczniowcami naiwny i łatwowierny. Ufał oszustom.

Ucieczka zaplanowana przez SB

W 1972 roku Bałukę wyrzucili z posady przewodniczącego Związku Metalowców w Szczecinie. Był nim zaledwie półtora miesiąca. Do pracy w stoczni już go nie przyjęto. Koledzy zebrali pięć tysięcy złotych, aby wyrobić mu książeczkę żeglarską. Wszystko robiono w tajemnicy, aby władze na to nie wpadły. W oznaczonym dniu Bałuka zapukał do pokoju w szczecińskim Urzędzie Morskim. Jakiś człowiek wyszedł na korytarz, wręczył mu książeczkę żeglarską. Musi pan się dziś zamustrować w Świnoujściu na statek "Siekierki" - szepnął.

Wieczorem "Siekierki" wyszły w morze z Bałuką na pokładzie jako motorzystą. Obrały kurs na Japonię. W pierwszym porcie w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, gdzie statek zawinął, Bałuka zszedł na ląd. W miejscowej policji poprosił o azyl polityczny. W Hiszpanii rządził generał Franco i o azyl polityczny nikt nie występował. Ściągnięto mieszkającego w Las Palmas pułkownika Fabiszewskiego, byłego żołnierza AK, emigranta. Fabiszewski pomógł mu załatwić hiszpańską książeczkę żeglarską. Bałuka zamustrował się na statek bandery libijskiej.

Myślał do dziś, że swą ucieczką na Zachód przechytrzył SB. Kiedy zajrzał do teczek, okazało się, że jego wypłynięcie na "Siekierkach" było zaplanowane przez bezpiekę. Chodziło o pozbycie się przywódcy strajkowego ze Szczecina.

- Bezpieka rozważała, są na to dokumenty, czy lepiej usadzić mnie na jakimś przybrzeżnym statku w NRD, czy wysłać na budowę do Mongolii - mówi Bałuka. - W końcu uznali, że wyślą mnie w daleki rejs. "Siekierki" płynęły do Japonii. Nie przewidzieli, że wysiądę w Las Palmas. Statek płynąłby i płynął, czy czasami nie wypadłbym za burtę? Jeden z moich kolegów z komitetu strajkowego został zamordowany, inny zmarł nagle, a męża działaczki pobili "nieznani sprawcy".

Są meldunki opisujące jego zejście na ląd w Hiszpanii. Pełno też raportów z wielu spotkań, jakie później miał na emigracji w Anglii i Francji. Szczegółowe informacje. O czym mówił, wiedziano na Rakowieckiej.

- Chodzili za mną krok w krok - dodaje.

Kolejny dokument z 8 lutego 1975 roku. Notatka funkcjonariusza SB z rozmowy z obywatelem brytyjskim Bolesławem Sulikiem. Krótka. Sulik wspominał w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" (z 22 stycznia 2001 roku), że w trakcie pobytu w tym czasie w Polsce SB próbowała go przestraszyć. Przyjechał, aby zebrać w Szczecinie dokumenty z wydarzeń 1970 - 1971 roku. Przygotowywał na ich podstawie scenariusz filmu. Udał się do Pałacu Mostowskich (Komendy Wojewódzkiej MO w Warszawie), aby przedłużyć wizę. Wówczas jakiś funkcjonariusz usiłował wydobyć od niego zeznania - z kim się spotyka, o czym rozmawia. Odmówił odpowiedzi. Z tej rozmowy oficer SB zrobił jednak rutynową notatkę.

- Bolesław Sulik spotykał się ze mną w Anglii. Przekazałem mu pierścionek z turkusem, aby w Szczecinie dał go mojej żonie. Dzięki temu dotarł do uczestników wydarzeń szczecińskich, rozmawiał z nimi. I powstał film w Anglii o naszym strajku.

Rakowiecka - fabryka papieru

Marek Karpiński w teczkach nie odnalazł śladu swego pierwszego zatrzymania przez milicję i przesłuchania tuż po proteście w sprawie zdjęcia "Dziadów" w 1968 roku. Jego "teczkowe życie" rozpoczyna się rok później i trwa do 1985 roku. Jest bardzo niekompletne. Nie odnaleziono wszystkiego. Część materiałów została zniszczona. Zachowały się protokoły zniszczeń trzech rodzajów dokumentów (każdy liczył po mniej więcej sto stron): z obserwacji Marka Karpińskiego, podsłuchów telefonicznych i podsłuchów umieszczonych w ścianach lub z mieszkań sąsiadów. Karpiński dotarł do rozporządzeń SB mówiących, że tego typu materiały po dziesięciu latach ulegają zniszczeniu.

Urząd wytworzył, urząd zniszczył - wszystko zgodnie z instrukcjami i paragrafami.

- SB śledząca ludzi to była instytucja biurokratyczna, taka typowo socjalistyczna, jak inne w PRL - mówi Karpiński. - W SB funkcjonariusze opieprzali się podobnie jak urzędnicy gdzie indziej. Za najważniejszą uważali sprawozdawczość. Sporo też było fikcji, wymysłu oficerów biurokratów. Na przykład wiązali mnie w raportach i sprawozdaniach z innymi kręgami towarzyskimi, niż było faktycznie. Dezinformowali swoich przełożonych. W sumie MSW zajmowało się głównie produkcją papieru.

Jak wynika z teczek, w 1977 roku, już po powstaniu KOR, za Karpińskim jeździły trzy samochody esbeków. Wtedy produkcja papieru nabrała rozpędu. Wszędzie, gdzie studiował i pracował - na Wydziale Polonistyki UW, w PAN i Instytucie Badań Literackich - otaczali go agenci zwani w dokumentach źródłem osobowym. Było ich dwunastu. Donosiło też dwóch sąsiadów z kamienicy na Mokotowie, w której do dziś mieszka. O odtajnienie ich nazwisk (teraz są zaczernione) już wystąpił do IPN.

Marek Karpiński znalazł w teczkach potwierdzenie tego, czego był pewien: zwolniono go z pracy, nie mógł jej znaleźć. Bezrobocie załatwiła mu SB - jest to zanotowane w dokumentach. Wówczas zaczął udzielać korepetycji. I tu zaskoczenie - jedna z uczennic została podesłana przez SB.

- Nieletnią zatrudnili jako agentkę - tego dowiedział się z lektury dokumentów. - Ojciec jej był, jak sobie przypominam, nauczycielem jazdy. Pewnie pracował też dla bezpieki.

Kolejnym zaskoczeniem jest koleżanka, która była członkiem redakcji "Niezależności", pisma Regionu Mazowsze. Okazało się, że donosiła jako "źródło osobowe". Teraz Marek Karpiński zrozumiał, że wymyślony przez nią po 13 grudnia 1981 roku postulat, iż potrzebni są harcerze do zrywania obwieszczeń o stanie wojennym, był prowokacją.

- Czy ona może mieć wyrzuty sumienia, że donosiła? - zastanawia się Karpiński. - Raczej się rozgrzeszyła, gdy zostałem na krótko ministrem w Kancelarii Prezydenta Wałęsy. Mogła powiedzieć sobie: donosami nie zaszkodziłam mu, a nawet pomogłam, jest ministrem.

Karpiński do dziś nie wie, jak SB wpadła na ślad drukarni w 1978 roku. Funkcjonariusze wtargnęli do pewnego mieszkania o szóstej rano, gdy drukował "bibułę". Nie ma śladu w teczkach; jak na to wpadli, kto o tym doniósł?

Karpiński niewiele więc dowiedział się z esbeckich teczek. Zresztą nie ciekawość była jedynym powodem, że wystąpił do IPN o wgląd do tego, co SB na niego zebrała. Wyciąga z szafy zbiór rodzinnych dokumentów gromadzonych od stuleci.

Między innymi dokument z podpisem króla Jana Sobieskiego. Pismo króla Zygmunta Agusta dotyczące lokacji majątków dla rodziny Karpińskich. Świadectwo przyznania Legii Honorowej. Listy z Pawiaka. Dokument o śmierci stryja w Oświęcimiu.

- Te papierki będą dodane do rodzinnych zbiorów - mówi Marek Karpiński o dokumentach z teczek SB.

Siedemdziesięcioośmioletni Józef Naumiuk ze wsi Czeberaki był jedną z pierwszych osób, które zajrzały do teczek w lubelskim oddziale IPN. Dlaczego?

- To dla mnie ważna sprawa historyczna. Nasza rodzina była aresztowana, ja także w 1948 roku. Chciałem się dowiedzieć, jak w śledztwie zeznawali brat Stanisław i mój ojciec. Również znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego mojego brata skazano na śmierć i wykonano na nim wyrok? Ojciec i ja przeżyliśmy aresztowanie i więzienie.

W 1948 roku prowadzili wspólnie gospodarstwo w Czeberakach, na skraju lasów parczewskich. Należeli do WiN (w okresie okupacji walczyli w AK). Pewnego dnia rano przyjechali funkcjonariusze UB i ich aresztowali. Przewieźli do Radzynia Podlaskiego i umieścili w celach w siedzibie UB.

- Czy bili nas? Nawet na krześle elektrycznym siedziałem z taką aparaturą. Przytykali szczypce do ręki i ucha. Jak włączyli, to mi krew wszystkimi otworami poszła. Takiej nerwicy dostałem, że po wyjściu z aresztu leczyłem się kilka lat u profesora w Lublinie. Pompowali też we mnie wodę. Wieszali na belce pod sufitem głową do dołu. Zawiązywali usta, a nos zostawał zanurzony w miednicy pełnej wody. I człowiek zamierał. Kazali tylko kiwnąć palcem, że mam ukrytą broń. Wtedy uwalniali i podstawiali do podpisania protokół. Darłem te protokoły. Katowali mnie dalej. Bratu do miednicy dolewali ropę. W porównaniu z tym bicie po ciele to była przyjemność.

Józef Naumiuk wyczytał teraz w protokołach przesłuchań, że brat się załamał i przyznał, gdzie ukryta była broń: pepesza, karabin, trzy pistolety i amunicja.

- Tortur nie wytrzymał. Zawieźli go do Lublina i sąd pokazowy zrobili w parku. Zegnali młodzież ze szkół i pracowników urzędów, by zobaczyli, jakiego bandytę sądzą. Tylko na podstawie zeznań brata skazali go na śmierć. Rozstrzelali na lubelskim Zamku - mówi Naumiuk.

Józef Naumiuk, zaglądając do teczek w IPN, zamierzał się też dowiedzieć, kto ich wydał w 1948 roku.

- Nikomu krzywdy nie chcę robić, mścić się. To nie moje sumienie. Powiedziałem sobie: poszukam człowieka, który napisałby książkę o losach mojej rodziny. Musi napisać prawdę, dlatego wystąpiłem o teczki.

W lubelskim IPN przeczytał 104 karty.

- Nazwiska ubowców, co nas przesłuchiwali i bili, są zamazane. To ja byłem prześladowany, a teraz chronią moich prześladowców. Coś nie jest tak. Jestem okropnie rozczarowany i zdenerwowany, powiedziałem tym paniom w IPN - mówi Józef Naumiuk.

Jerzy Morawski


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.