Rzeczpospolita
29.06.02 Nr 26
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


PYTANIA O POLSKĘ

Kombatanci słusznej sprawy

BRONISŁAW WILDSTEIN

RYS. JANUSZ KAPUSTA

Czy należy unikać przypominania walki o wolność, demokrację i niepodległość, a więc i ludzi w nią zaangażowanych? Czy należy wstydliwie deprecjonować swoje zasługi, aby uniknąć oskarżenia o pychę? Czy jednak przyjmując takie założenia, nie ulegamy sprytnej propagandzie tych, którzy chcieliby dokonać przewartościowania naszej historii, cnotę zrównując z podłością, i w tym celu egzorcyzmują widmo kombatanctwa, które w Polsce zmarło przed narodzeniem? Czy w ten sposób nie przyczyniamy się do wykorzenienia wartości z życia społecznego i pozbawiamy wspólnotę jej fundamentu?

Rok temu wydany został przez "Kartę" słownik biograficzny "Opozycja w PRL". Na promocji każdy z zasłużonych i szacownych prelegentów zaczynał podobnie: "Proszę nie posądzać mnie o kombatanctwo...", "Jestem jak najdalszy od kombatanctwa...", "Oczywiście jestem przeciwnikiem kombatanctwa..." itd. A więc przedstawiając słownik kombatantów (towarzyszy broni, współbojowników), jego rzecznicy bali się jak ognia tego słowa. Karolowi Modzelewskiemu wszystko pomyliło się już do tego stopnia, że - wzdychając nad rozejściem się dróg dawnych opozycjonistów - zestawił na tej samej płaszczyźnie Olszewskiego z... Urbanem - opozycyjna kariera tego drugiego polegać miała na pisaniu artykułów do "Po prostu".

Niedawno minęło dwadzieścia pięć lat od powstania Studenckiego Komitetu Solidarności, ośrodka antykomunistycznej opozycji, który został powołany w Krakowie po zabiciu przez SB studenta i działacza opozycji Stanisława Pyjasa. Uroczystościom związanym z rocznicą towarzyszyła interesująca polemika w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej".

Otworzył ją Roman Graczyk, który w artykule "Drażnili zwykłych ludzi" napisał: "Sądzę, że ludzie zasłużeni dla Polski powinni strzec się jak ognia mentalności kombatanckiej. Kombatanctwo jest wrogiem ducha demokracji, jest także wrogiem autorytetu wyrosłego z zasługi". Jako przykład tego niebezpieczeństwa autor przywoływał zachowania legionistów Piłsudskiego w międzywojennej Polsce.

Jakiś czas później na tych samych łamach ukazała się odpowiedź Jana Lityńskiego: "I nie wiem, co Graczyk rozumie pod słowem mentalność kombatancka. Wiem natomiast, że bardzo łatwo pod hasłem walki z taką mentalnością można odrzucić tradycję, pozbawić się korzeni, na których wyrasta teraźniejszość. I to, w pewnej mierze, stało się z tradycją opozycji demokratycznej lat siedemdziesiątych. Fałszywy wstyd połączony z mitem sukcesu spowodował, że duch PRL okazał się zwycięski".

Artykuł Lityńskiego opatrzony został komentarzem redaktora naczelnego krakowskiego dodatku "Gazety Wyborczej" Seweryna Blumsztajna. Pisze on: "Nie widzę nic niestosownego w ostrzeganiu naszych przyjaciół z SKS przed kombatancką mentalnością. Tak wielu wokół nas uważa, że coś im się należy za prawdziwe czy urojone zasługi w Çwalce z komunąČ. I bynajmniej nie o medale im chodzi, ale o posady. (...) Jeśli dzisiaj działacze opozycji demokratycznej lat siedemdziesiątych znaleźli się w większości na marginesie życia politycznego, to nie dlatego, że Çfałszywy wstydČ nie pozwolił im mówić o swoich zasługach. Często gorzej radzili sobie z wolnością niż z totalitarną władzą. Każdy z nas miał swoją szansę".

Mentalność "zasłużonych"

W historii istnieje aż nadto przykładów, że ludzie demonstrujący w walce heroizm, później, w innej sytuacji potrafią ujawnić całkiem niepiękne cechy. Za każdym razem po zwycięstwie jakiejkolwiek, choćby w najszlachetniejszej sprawie walczącej, grupy pojawia się możliwość przejęcia przez nią władzy z wszystkimi wiążącymi się z tym niebezpieczeństwami. W zbiorowości takiej utrwala się przekonanie o swojej ostatecznej, bo wynikającej z fundamentalnych zasług racji. Konsekwencją tego jest zakwestionowanie jakiejkolwiek krytyki zewnętrznej wobec grupy "zasłużonych"; pojawia się roszczenie do praw szczególnych, a więc przyznawanie samym sobie wyjątkowych gratyfikacji. Dominować zaczyna na wielką skalę mentalność kliki.

Wszystkie te zagrożenia nie znaczą jednak, że należy unikać przypominania heroicznych czynów i zasług. Wspólnota, jaką jest naród, aby istnieć, musi być rozpięta w czasie. Musi być zakorzeniona w przeszłości i organizować się wokół celu osadzonego w przyszłości. Przeszłość jest źródłem wzorów zachowań i postaw, jest rezerwuarem wartości. Dlatego winniśmy aktualizować historię. Zdając sobie sprawę, że dzieje każdego narodu pełne są podłości i małości, należy eksponować to, co w przeszłości wartościowe i piękne.

Było to zawsze oczywiste w symbolicznie przekazywanej historii, którą utrwala się w pomnikach, imionach bohaterów utrwalonych w nazwach instytucji publicznych itp. Kwestionowanie tego typu zachowań w Polsce pojawiło się dopiero po upadku komunizmu, i to w karykaturalnej formie. Stwierdzenie, że nie ma znaczenia, kto stoi na pomnikach i czyje imiona noszą ulice, jest absurdalne. Można zakwestionować w całości sferę symboliczną, pomniki wystawiać porom roku i nastrojom, a ulice wyłącznie numerować lub nazywać od kolorów. Chociaż byłaby to postawa z gruntu nihilistyczna i nieroztropna, byłaby konsekwentna. Jeśli natomiast zgadzamy się na uczczenie określonych postaw - bo tym właśnie jest stawianie pomników osobom czy grupom ludzi lub nazywanie ich imionami ulic - to musi mieć znaczenie, komu taki hołd oddajemy. Zawsze jest to wybór, aktualizacja jednych wątków historii kosztem innych. Stwierdzenie, że nie ma znaczenia, jakiego wyboru dokonujemy, jest nonsensem.

U podstaw wezwań, aby nie zajmować się już historią i zarzucić symboliczne gesty, zwykle powtarzanych bezmyślnie, leżała przemyślana strategia tych, którzy owej przeszłości się obawiają i dla których nazwanie zasług, a więc i wskazanie przewin wiązałoby się z kompromitacją. Inna sprawa, że apele te padały na podatny grunt kompleksów skażonej przez komunizm zbiorowości.

Zagrożenie dla demokracji?

"Kombatanctwo jest wrogiem ducha demokracji" - pisze Graczyk i nie do końca wiadomo, co może to znaczyć. Czy chodzi tylko o to, iż mentalność kliki sprzeczna jest z demokracją, czy również o to, że egalitaryzm demokracji kwestionuje jakąkolwiek hierarchię, a więc fundament moralności? Albowiem moralność musi zakładać hierarchię: cnota jest lepsza niż jej zaprzeczenie, ci, którzy trzymają się zasad, są lepsi od tych, którzy je łamią.

W tezie Graczyka Alexis de Tocqueville widziałby największe zagrożenie, jakie demokracja niesie ze sobą. Paradoksem jest, że rozliczne postmodernistyczne prądy uznają egalitarną destrukcję moralności nie za zagrożenie, lecz za osiągnięcie demokracji. Odbywa się to pod hasłem rezygnacji z abstrakcyjnych idei na rzecz konkretnego człowieka. Tylko że człowiek wydrążony z idei staje się bytem powodowanym wyłącznie najprostszymi instynktami. W takim ujęciu moralność zredukowana zostaje do współczucia, a człowieczeństwo - do ludzkiej ułomności.

Demokracja jest systemem politycznym, który należy dopiero wypełnić treścią. Oczywiście jest - jak każdy ustrój - budowana na zespole wartości, które jednak należy stale aktualizować. A więc to, czego obawia się Graczyk, czyli odniesienie do cnót upostaciowanych w grupach czy osobach, jest niezbędne dla zdrowia i przetrwania demokracji.

Zbiorowość, która nie ma punktów odniesienia w przeszłości, musi ulec anomii i rozpadowi. Istotne elementy tego zagrożenia dostrzegamy dziś w Polsce. Zespół norm i wartości, tzw. kapitał społeczny, który buduje wspólnotę i tworzy reguły, których nie może zastąpić czysta formuła prawna, ulega nadszarpnięciu. Stan ten spowodowany jest przez wiele czynników, ale jednym z nich jest zakwestionowanie wspólnych ideałów i odrzucenie lekcji przeszłości.

Dobrzy i źli kombatanci

W roku 2000 przetoczyły się nad Polską wielkie obchody rocznicy powstania ZSP. Liczba godzin poświęcona im w telewizji publicznej przekroczyła czas poświęcony wszelkim innym rocznicom. Największe media dołączyły się do tej kampanii. Liczni artyści i intelektualiści słali adresy dziękczynne na ręce organizatorów uroczystości.

W całej tej gigantycznej hucpie tkwił dodatkowo fundamentalny fałsz. W 1973 roku ZSP (Zrzeszenie Studentów Polskich) przemianowane zostało na SZSP (Socjalistyczny Związek Studentów Polskich), a więc "zawodowy" syndykat naznaczony został ideologicznie. Miało to wówczas istotne, choć symboliczne znaczenie. W totalitarnym systemie również ZSP wpisane było w pionową strukturę władzy państwowej, jednak działanie w nim nie wymagało formalnej akceptacji istniejącego porządku. Toteż liczni społecznicy mogli odnajdować w tej organizacji możliwość aktywności bez zasadniczego aktu konformizmu, który naznaczał jakiekolwiek oficjalne działanie w komunistycznym systemie. Przemianowanie ZSP na SZSP miało zakończyć i zakończyło ten stan, a organizację studencką włączyło w jednolity "front ideologiczny". Grupa niepokornych działaczy usiłowała protestować przeciw tej narzuconej odgórnie transformacji, po czym odeszła z nowo powstałej organizacji. SZSP stał się uniwersytecką przybudówką PZPR i tak zaczął być traktowany przez angażujących się w jego struktury działaczy. Jak zawsze w owych czasach trafiali się tam ludzie, którzy w cieniu struktur organizacji usiłowali działać pozytywistycznie (byli tacy i w PZPR), ale nie zmieniało to jej charakteru. Kiedy po zabójstwie Stanisława Pyjasa jego przyjaciele organizowali żałobę, działacze SZSP starali się rozkręcić karnawałową atmosferę juwenaliów, a gwardia SZSP łapała i przekazywała SB organizatorów żałobnych obchodów.

Niezależne Zrzeszenie Studentów, które powstało na fali "Solidarności", było jej odpowiednikiem w środowisku studenckim i spełniało postulaty SKS. To wówczas działacze SZSP uznali, że w konkurencji o popularność warto zrezygnować z "socjalistycznej" identyfikacji, nie zmieniając w niczym swojego organizacyjno-politycznego uwikłania, i powrócili do nazwy ZSP. Oczywiście w rocznicowych obchodach i wszystkich publikacjach im poświęconych o epizodzie SZSP nie wspominano, chociaż wszyscy działacze, którzy je zorganizowali, wywodzili się właśnie z tej absolutnie konformistycznej organizacji, szczebla do kariery w PZPR.

Obchody związane były z wielką karierą eszetespowsko-zetespowskich działaczy, z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. Jednak gdy kombatanci ze Stowarzyszenia Ordynacka (siedziba SZSP) świętowali swoją walkę, nie słyszałem wtedy protestów Romana Graczyka i Seweryna Blumsztajna. Niepokoją się za to skromnymi i niespecjalnie dostrzeganymi przez media obchodami rocznicy SKS, którego twórcy nie odgrywają żadnych znaczących ról w naszym kraju. Tymczasem to kombatanci SZSP stali się najpoważniejszą siłą w Polsce, to oni dzięki swoim układom opanowali kluczowe stanowiska w polityce, biznesie, mediach, kulturze oraz rozmaitych instytucjach naszego kraju. Dziś otwarcie deklarują, że dawne powiązania przetrwały i mają podstawowe znaczenie dla ich karier. Jednak to nie w nich publicyści "GW" dostrzegają zagrożenie demokracji.

Polityczne motywy

Walka z "kombatanctwem", która jest elementem obowiązującej w Polsce ideologii politycznej poprawności, nie jest bezinteresowna. Nie znaczy to, że wszyscy, którzy się w nią angażują, mają owych interesów świadomość. Zwykle ideologie w całości lub poszczególne ich fragmenty przyjmowane są bezrefleksyjnie.

Walka ta rozpoczęła się tuż po upadku komunizmu. Można przyjąć, że obawy przed mentalnością kombatancką, którą jakoby prezentować mieli przedstawiciele dawnej antykomunistycznej opozycji, miały racjonalne podstawy. To była strona, która zwyciężyła, a więc mogła ulec typowym dla zwycięzców przypadłościom. Prędko okazało się jednak, jak bardzo obawy te były bezzasadne.

Elementem nowej strategii było narzekanie na nadmiar obchodów, tekstów i pozycji poświęconym historii najnowszej, którymi jakoby społeczeństwo jest już ostatecznie zmęczone. Problem w tym, że zjawiska takie należały do rzadkości. W efekcie okazuje się na przykład, że liczba niemieckich publikacji poświęconych NRD, które historycy niemieccy ciągle uważają za niewystarczające, przekracza wielokrotnie liczbę polskich opracowań poświęconych PRL.

Walka z kombatanctwem była elementem strategii dominującej części postkorowskiej opozycji, która postanowiła wejść w układ z liberalnym skrzydłem PZPR - wtedy jeszcze, wydawałoby się, skazanym na pozycję słabszego alianta. Miał to być sojusznik w walce o władzę z konkurentem, za którego twórcy tej strategii uznali prawicę polską. Dziś strategia ta jest już nieaktualna, ale jak zwykle upiór uzasadniającej ją ideologii straszył będzie jeszcze długie lata, zwłaszcza że jej tezy uformowały polityczne myślenie wielu ludzi.

Motywy walki z "kombatanctwem" ze strony działaczy PZPR są oczywiste. Bardzo znamienne są w tym kontekście działania obecnego prezydenta - z jednej strony za walkę z totalitaryzmem przyznaje państwowe odznaczenia niektórym przedstawicielom opozycji, z drugiej - w tym samym czasie takimi samymi orderami dekoruje obrońców totalitaryzmu. Heroizm zrównany zostaje z podłością.

Przykładem szokujących tego przejawów było ostatnio przyznanie jednego z najwyższych polskich odznaczeń - Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski - Zygmuntowi Broniarkowi, odrażającemu wyrobnikowi propagandy PRL, który innych tytułów do chwały nie ma.

Poprawnościowa teoria predestynacji

W wypowiedzi Seweryna Blumsztajna jest również pewna myśl typowa dla jego środowiska. "Każdy z nas miał swoją szansę" - pisze Blumsztajn. Można to zrozumieć tylko w jeden sposób: ci, którym udało się, czyli zrobili pieniądze i karierę, są lepsi od tych, którzy pieniądze i karierę zrobili mniejszą. Przypomina to wykpiwany już w siedemnastym wieku wulgarny wykład protestanckiej teorii predestynacji (łaski boskiej, którą jedni są obdarzani, a inni nie), który polegał na uznaniu sukcesu w interesach za równoznaczny z łaską boską. Blumsztajn sugeruje, że kariera jest dowodem na sprostanie wolności. Ktoś, komu powodzi się lepiej, jest lepszym liberałem i demokratą.

Takimi mądrościami byliśmy karmieni od początku lat dziewięćdziesiątych. Mówiono: cóż poradzimy na to, że komuniści okazali się lepsi w systemie rynkowym. Ci, którzy to mówili, nie przejmowali się okolicznościami tych sukcesów ani ich trwałością.

Nonsens tej postawy jest tak uderzający, że aż trudno uwierzyć, aby ktoś mógł traktować to poważnie. Czy sukces wyborczy jest oznaką lepszości? Czy nadmuchane przez media wielkości są wielkościami prawdziwymi? I czy III Rzeczpospolita jest realizacją doskonałego modelu, w którym cnoty i kompetencje są natychmiastowo nagradzane?

Ale dawny opozycjonista, a dziś udziałowiec Agory, redaktor najbardziej wpływowej, a więc mającej władzę gazety pisze jeszcze: "Wiesz dobrze, że władza i pieniądze łamią charaktery szybciej niż więzienna cela, i znasz tak wielu, którzy przekreślili swoją szlachetną młodość marnym wiekiem dojrzałym". Hmm... Pewnie wie, co pisze. -


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.