Rzeczpospolita
29.06.02 Nr 26
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


ZAKŁOPOTANY SOJUSZNIK AMERYKI

Miejsce dla Europy

NORMAN DAVIES

Aresztowanie Palestyńczyka przez izraelskich żołnierzy, Zachodni Brzeg Jordanu, luty 2002 r.

(C) EPA

Na pierwszy rzut oka atak na World Trade Center 11 września 2001 roku nie miał nic wspólnego z Europą. Dwudziestu porywaczy czterech samolotów nigdy nie określiło konkretnych celów w żadnym publicznym oświadczeniu, ale z pewnością ich postępek był inspirowany i dyktowany uczuciem gniewu na politykę USA na Bliskim Wschodzie.

Wszyscy terroryści byli Arabami, w większości z Arabii Saudyjskiej, oraz fundamentalistami muzułmańskimi, dla których Ameryka to "Wielki Szatan". Z całą pewnością byli członkami organizacji al-Qaida, której rozbudowana światowa sieć jest odpowiedzialna za brutalne akty terroru i która jest kierowana i finansowana przez Osamę bin Ladena, bogatego dysydenta z Arabii Saudyjskiej. O ile mi wiadomo, porywacze nie sprecyzowali jasno swoich żądań, możemy więc jedynie spekulować co do ich motywów. Według mnie chcieli oni:

- w oczach całego świata ukarać i upokorzyć Amerykę za grzechy przeszłości;

- zwrócić uwagę amerykańskiej opinii publicznej na problemy Bliskiego Wschodu, o których w większości Amerykanie nie mają pojęcia;

- osłabić rządy dynastii Saudów i jej powiązania z USA;

- przeszkodzić Amerykanom w eksploatacji rezerw ropy naftowej na Bliskim Wschodzie przez sianie zamętu w Arabii Saudyjskiej, która jest głównym dostawcą ropy dla Ameryki;

- pokazać, że USA zapłacą wysoką cenę, jeśli będą bezwarunkowo popierać Izrael.

Broń słabych

Terroryzm nie jest bynajmniej najnowszym wynalazkiem. W roku 1605 grupa angielskich katolickich terrorystów w ramach tak zwanego Gunpowder Plot, czyli Spisku Prochowego, podjęła próbę wysadzenia w powietrze budynków parlamentu w Londynie, z królem, lordami i członkami parlamentu w środku. Gdyby odnieśli sukces, jego konsekwencje dla Anglii byłyby dużo większe niż skutki zamachu z 11 września dla USA.

Wiele krajów europejskich, w tym Wielka Brytania i Hiszpania, zmaga się z ruchami terrorystycznymi. al-Qaida nie jest więc wyjątkiem i nie różni się wiele od ETA czy od IRA. Możemy zatem z dużym prawdopodobieństwem wypunktować cechy charakterystyczne terrorystów. Nie są szaleńcami, którzy dają upust ślepej żądzy przemocy. Mają swoje powody. Mają też ideologię, której są oddani i dla której są w stanie ponieść bezinteresowną i bohaterską śmierć. Sięgają po konspiracyjną przemoc nie dlatego, że są psychopatycznymi mordercami, ale dlatego, że ich celu nie da się osiągnąć w inny sposób. Wierzą, że ich wrogowie są nadludzko silni i że status quo nie może być zmieniony na drodze dyplomacji, protestów czy nawet interwencji zbrojnej. Terroryzm jest deską ratunku dla słabych i zdesperowanych.

Wszystko to wskazuje, że atak na World Trade Center był przygotowany z myślą o ripoście Amerykanów i - z punktu widzenia terrorystów - im mocniejszy odwet, tym lepiej. W takim przypadku obowiązkiem strony zaatakowanej jest zachować zimną krew i nie reagować za ostro. Nie jestem pewien, czy prezydent George W. Bush to rozumie. Jako przywódca najpotężniejszego kraju na świecie, który mógłby sprawić, że za naciśnięciem jednego guzika cały Bliski Wschód zniknąłby z powierzchni ziemi, musi mieć okrutne pragnienie, aby użyć tego groźnego arsenału. Jednak z pewnością doradza się mu powściągliwość. Jest bowiem całkiem prawdopodobne, że uderzenie całą amerykańską siłą da broń do ręki przeciwnikowi. Waszyngton miał całkowitą rację, kiedy zorganizował w Afganistanie ograniczoną ekspedycję policyjną, która usunęła reżim Talibów, rozbiła al-Qaidę i wiele jej baz. Gdyby sięgnął po bardziej drastyczne środki - jak na przykład totalna wojna z Irakiem - zaryzykowałby destabilizację całego regionu, a właśnie o to chodzi terrorystom. Nie ma przecież dowodów, że Irak popiera al-Qaidę.

Bojownik czy terrorysta

Prezydent Bush wykazał nieudolność, ogłaszając "wojnę z terroryzmem". Według jednego z brytyjskich komentatorów "nie można wypowiadać wojny rzeczownikowi abstrakcyjnemu". Jak twierdzi Alain Besancon, członek Akademii Francuskiej, "terrorysta jest tak samo słowem, które nic nie znaczy, jak kiedyś wróg ludu". Jeśli wypowiadamy wojnę rzeczownikowi abstrakcyjnemu, to prowokujemy błędne interpretacje. Bush nazywa swych adwersarzy "terrorystami", wobec tego oni też mówią o nim "terrorysta". Ariel Szaron określa Jasera Arafata słowem "terrorysta", więc Arafat także nazywa Szarona "terrorystą". Znaczenie słowa dewaluuje się szybko.

Polacy powinni uchwycić ten problem i rozumieć prawdę kryjącą się za stwierdzeniem, że ten, kto jest terrorystą dla jednego, dla kogoś innego może być bojownikiem o wolność. Konieczne jest więc wypunktowanie kilku prawd o terroryzmie. Po pierwsze, terroryzm państwowy jest rzeczywistością w takim samym stopniu jak terroryzm antypaństwowy. Ostrzeliwanie z ciężkiej artylerii obozów dla uchodźców; zrównywanie domów z ziemią czołgami; zabójstwa politycznych przywódców dokonywane przez "nieznanych sprawców"; używanie cywilów w roli "żywych tarcz" jak w powstaniu warszawskim - to nie są przyjęte metody wojskowe. Po drugie, w momentach desperacji budzące szacunek ruchy polityczne często używały niebudzących szacunku terrorystów do realizacji swych celów. W Republice Południowej Afryki w okresie walki przeciwko apartheidowi Nelson Mandela został przyłapany na posiadaniu sprzętu do produkcji bomb. W Palestynie Żydzi walczący przeciwko brytyjskiemu panowaniu nie wahali się podkładać bomb i zabijali niewinnych przechodniów w Jerozolimie. Po trzecie, liczą się czyny i motywacje, a nie nazwy. Zarówno SS-mani, jak i sowieckie NKWD nazywali członków polskiego ruchu oporu "bandytami". Czy to znaczy, że walka z okupantem to bandytyzm?

To wszystko stanowi konieczne tło wydarzeń z 11 września. Atak na World Trade Center był aktem terroru w każdym znaczeniu tego słowa. Z drugiej strony problemu dobra i zła na Bliskim Wschodzie nie rozwiąże się przez potępienie sprawców przemocy, kiedy przemoc stosują wszystkie strony.

Warto się zastanowić, dlaczego polityka amerykańska na Bliskim Wschodzie wywołała tak gwałtowne oburzenie. Pod adresem USA można by wysunąć następujące krytyczne uwagi:

Hipokryzja Amerykańscy rzecznicy zawsze mówią o obronie wolności i demokracji, ale jednocześnie Ameryce udało się zaprzyjaźnić z niemal każdym dyktatorem i tyranem w tym rejonie świata. W przeszłości popierała szacha Iranu, potem uzbroiła Irak, a teraz utrzymuje despotyczny reżim w Arabii Saudyjskiej.

Zmienność Amerykanie jednają sobie przyjaciół, a potem, kiedy okazują się niepotrzebni, odrzucają ich. Kreują monstra, które następnie skazują na zagładę. W latach 80. wspierali Saddama Husajna, ponieważ walczył z rewolucyjnym Iranem. Centralna Agencja Wywiadowcza organizowała bazy w Afganistanie dla Osamy bin Ladena, ponieważ walczył przeciwko Sowietom. Teraz zarówno Saddam, jak i Osama to diabły wcielone.

Podwójna moralność Amerykanie posługują się przeróżnymi argumentami, aby oczernić swoich przeciwników, jednocześnie ignorują przewinienia swoich sprzymierzeńców. Mówią (zupełnie słusznie), że Irak zlekceważył postanowienia ONZ, potajemnie wyprodukował broń masowego rażenia, dokonał inwazji na sąsiednie kraje i źle traktował swych obywateli. Dlaczego więc USA nie potępiają Izraela?

Wyzysk W oczach mieszkańców regionu dla Amerykanów najważniejszy jest dostęp do taniej ropy naftowej, dlatego za wszelką cenę próbują utrzymać ład, potrzebny do spokojnego wydobycia ropy.

Stronniczość Amerykanie dzielą świat na kraje dobre i złe, przy czym często używają szkodliwych stereotypów, np. dawno przyjęła się zbitkaArab-terrorysta. Kilka lat temu, po ostatnim horrorze terroryzmu - wysadzeniu gmachu publicznego w Oklahomie - FBI szukało na lotniskach ludzi o "arabskim wyglądzie" do momentu, kiedy okazało się, że terrorysta był urodzonym Amerykaninem pochodzenia brytyjskiego. Każdy polityk amerykański zaczyna dyskusję na owe tematy twierdzeniem, że jest "przyjacielem Izraela". Nie stwierdza, że jest przyjacielem Izraela i Palestyny. Amerykanie nie mogą więc występować jako bezstronny mediator.

Wdzięczność i zazdrość

Skoro 11 września to przede wszystkim konfrontacja USA z Bliskim Wschodem, Europa ma w niej swoje miejsce, ponieważ od dawna łączą ją bliskie powiązania z obydwiema stronami konfliktu. Dotyczy on więc także nas, czy nam się to podoba, czy nie. Proponuję szybki przegląd jego głównych elementów.

Stany Zjednoczone są dzieckiem Europy, które wyrosło z wieku dziecięcego i jest teraz znacznie silniejsze i zamożniejsze od swoich rodziców. W ciągu ostatnich stu lat przeistoczyło się z dużego, ale niezdecydowanego nastolatka w dominującego politycznie, gospodarczo i militarnie boksera wagi ciężkiej. Co więcej, Ameryka dwukrotnie uratowała demokrację europejską od zagłady. Podczas drugiej wojny światowej amerykańska potęga była kluczowym elementem w walce z faszyzmem. Zagwarantowała zwycięstwo aliantom na froncie zachodnim; dostarczając olbrzymiej ilości sprzętu wojskowego, Ameryka znacznie przyczyniła się do utworzenia logistycznej bazy, która wsparła niespodziewane zwycięstwo Sowietów na Wschodzie. Po wojnie mądre i wspaniałomyślne założenia planu Marshalla - który, niestety, nie objął Polski - umożliwiły odbudowę gospodarczą Europy Zachodniej i powstanie Wspólnoty Gospodarczej (obecnie Unia Europejska). Dzięki swemu zaangażowaniu w NATO Stany Zjednoczone umożliwiły Europie przeciwstawienie się ambicjom ZSRR i zwycięstwo w zimnej wojnie. Ostatecznie po upadku sowieckiego komunizmu USA wysunęły się na pozycję jedynego światowego supermocarstwa.

Europejczycy mają więc wiele słusznych powodów, aby żywić wdzięczność wobec Ameryki. Jednocześnie czasem czują zazdrość i oburzenie. Ameryka bowiem dominuje nad światem w taki sam sposób, w jaki kiedyś dominowała Europa. Przymierze z Ameryką uczyniło Europę silną gospodarczo, ale militarnie zależną. Unia Europejska nie może interweniować na Bliskim Wschodzie, nawet gdyby chciała, ponieważ nie posiada niezależnych organizacji wojskowych czy organizacji bezpieczeństwa.

Imperializm - narzucenie hegemonii jednego państwa reszcie świata - został w dużej mierze wymyślony i praktykowany przez Europejczyków. Brytyjczycy, Francuzi, Rosjanie, Hiszpanie, w mniejszym stopniu Holendrzy, Włosi, Portugalczycy i Belgowie - wszyscy angażowali się w jego umacnianie. Amerykanie, którzy wymknęli się Imperium Brytyjskiemu, od dawna lubią nazywać siebie antyimperialistami, niezdolnymi do równie nikczemnych czynów. Ale czasy i poglądy się zmieniają.

Tak zwany imperializm amerykański nie był powiązany z osadnictwem kolonialnym czy sprawowaniem władzy. Działał dzięki sile pieniądza, potędze wielkich rafinerii ropy, sprzedaży broni oraz niepożądanemu stylowi dyplomacji, która hojnie wynagradzała pochlebców, natomiast groziła niepokornym. Amerykanie dążyli do stabilności za wszelką cenę. W rezultacie jednak faworyzowali tyranów, ignorowali tendencje demokratyczne i obrażali arabskich nacjonalistów. Ledwo nacjonaliści arabscy zasmakowali w wolności wywalczonej z tak wielkim trudem, a już jej owoce zostały im odebrane przez hegemonię amerykańską.

Syjonizm kontra islam

Nacjonalizm - kreowanie i promowanie społeczności narodowej - narodził się także w Europie. Ma on przeróżne oblicza, ale w swojej najważniejszej formie, znanej pod nazwą "nacjonalizmu integralnego", zakłada, że każdy naród ma niezbywalne prawo do posiadania własnego terytorium. W Niemczech ideologia ta doprowadziła do powstania słynnego hasła "Blut und Boden" - krew i ziemia. We Francji, Action Francaise dała początek sloganowi "Francja dla Francuzów", który znalazł odzew w innych krajach i w który Jean-Marie Le Pen ostatnio tchnął nowe życie. W Polsce objawem nacjonalizmu była ideologia Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego Romana Dmowskiego. Następnie został on podjęty przez komunistów w PRL jako usprawiedliwienie przejęcia tak zwanych ziem odzyskanych. W krajach arabskich, pod hasłem "ziemie arabskie dla Arabów", nacjonalizm narodził się jako metoda przeciwstawienia się w takim samym stopniu rodzimym despotom, jak obcym rządom. Wśród Żydów, którzy głównie osiedlili się w Europie, a zwłaszcza w Polsce, narodził się syjonizm.

Moim zdaniem, podobnie jak zdaniem wielu liberalnych i demokratycznych komentatorów, nacjonalizm integralny stał się jedną z wielu plag współczesnego świata. Jego psychologia, która zawsze wymaga istnienia wroga, daje początek ksenofobii, czyli nienawiści do cudzoziemców, i nieuchronnie prowadzi do prześladowań mniejszości etnicznych lub religijnych. W krajach o zróżnicowanej strukturze etnicznej, takich jak była Jugosławia, prowadzi do konfliktów: kiedy jedna grupa nacjonalistów utrzymuje przewagę, nadchodzi przemoc ze wszystkimi swoimi okropieństwami, makabra prześladowań mniejszości etnicznych i wysiedleń.

Syjonizm, który kierował się ideą, że Żydzi mają niepodważalne prawo do powrotu do Syjonu, jest klasycznym przykładem staroświeckiego nacjonalizmu integralnego. Nie jest on jednak, jak chciała tego propaganda komunistyczna, odpowiednią etykietką dla aspiracji politycznych Żydów; narodził się przed Shoah z czasów drugiej wojny światowej, nie był dominującym trendem wśród większości Żydów. Co więcej, w początkowych stadiach nie był nietolerancyjnym czy dogmatycznym rodzajem nacjonalizmu. Wielu pierwszych przywódców Izraela, takich jak David Ben-Gurion, pochodziło z Polski i było dobrze zorientowanych w problemach państwa wielonarodowościowego. Wiedzieli oni dobrze, że "Ziemia Syjonu", czyli Palestyna, była zamieszkana w większości przez Arabów; przez zachęcanie Żydów do emigracji nie zamierzali wywłaszczać i wypędzać ludności arabskiej. (Potwierdzała to, dotycząca przyszłości Palestyny, deklaracja Balfoura z 1917 roku, według której prawa i własność ludności arabskiej nie powinny być zniesione.) Dopiero w ostatnim pokoleniu syjonizm znalazł się w rękach nieugiętych suprematystów: najpierw był Menachem Begin, były zamachowiec, urodzony w Brześciu, Icchak Szamir, również urodzony w Polsce, a ostatnio Benjamin Netanjahu i Ariel Szaron. Ludzie ci mają swoich odpowiedników w członkach polskiego ONR-NSZ, niemieckiej Hakaty albo dawnych rosyjskich "czarnych sotni". Moim zdaniem, nie są to politycy, których powinni popierać zachodni liberałowie. Przeciwnie, jestem przekonany, że wsparcie należy się przeciwnikom Szarona, których trzeba bronić zarówno w samym Izraelu, jak i poza jego granicami.

Nacjonalizm arabski jest potencjalnie silniejszy od syjonizmu, jednak nigdy nie był w stanie udowodnić swej przewagi. Mimo że większość Arabów to muzułmanie, nie istnieje żaden główny odłam islamu, który mógłby skupić wokół siebie wszystkie siły panarabskie. Arabowie, wyznawcy islamu, dzielą się na sunnitów i szyitów, podobnie jak zachodni Europejczycy dzielą się na katolików i protestantów. W najbogatszym kraju arabskim, Arabii Saudyjskiej, praktykuje się najbardziej deprymującą i ekscentryczną formę islamu, która większości muzułmanów wydaje się odrażająca. Fundamentalizm islamski, propagowany przez radykalne Bractwo Muzułmańskie, jest potępiany przez wszystkie istniejące reżimy.

W świecie arabskim nie ma wspólnej tradycji politycznej. Większość krajów to monarchie, takie jak Królestwo Arabii Saudyjskiej, w których zwalcza się wszystkie ruchy społeczne, a zwłaszcza tendencje panarabskie. W Syrii i Iraku kontrolę sprawuje partia BAAS, która przyjęła ideologię, będącą jadowitą mieszanką ekstremistycznego lokalnego nacjonalizmu i socjalizmu państwowego, którą najłatwiej można porównać z imitacjami stalinizmu w Albanii czy Korei Północnej.

Przygnębieni i zdesperowani

W takich warunkach walczy o przetrwanie naród palestyński. Jego los z pewnością musi wywoływać współczucie. Palestyńczycy są bardzo ubodzy; obozy w Dżeninie i Gazie przepełnione są setkami tysięcy uchodźców; próbują oni przeżyć w przeludnionych miastach lub wsiach, na maleńkich skrawkach ziemi pozbawionej nawodnienia, bez odpowiednich narzędzi do uprawy roli. Przede wszystkim jednak są bezbronni i bezustannie poniżani. Nie mają nadziei na to, że będą traktowani tak samo, jak ich sąsiedzi z Izraela.

Palestyńczycy patrzą na Izraelczyków, którzy jeżdżą po ulicach w czołgach, latają helikopterami, podczas gdy policja palestyńska nie może posiadać broni ciężkiej i jest oskarżana o międzynarodową działalność wywrotową, kiedy próbuje importować trochę starych karabinów. Cywile zostają aresztowani, jeśli mają przy sobie rewolwer, choć jednocześnie osadnicy izraelscy obnoszą się z półautomatyczną bronią maszynową w otoczonych murami osadach patrolowanych przez żołnierzy. Nade wszystko zaś Palestyńczycy widzą, jak na ziemi, która należała do ich ojców i dziadów, Izraelczycy budują nowoczesne domy, uprawiają obficie nawadniane ogrody i hodują egzotyczne rośliny na eksport. Takie sceny są naprawdę trudne do zniesienia.

Wobec takiego ogromu niesprawiedliwości polityka palestyńska musi być patologiczna. Palestyńczycy są przygnębieni i zdesperowani; są gotowi w każdym momencie zwrócić się ku ugrupowaniom ekstremistycznym, które - jak na przykład Hamas - przygotowują nastoletnich zamachowców-samobójców do ataków na Izraelczyków. Organizacja Fatah, która jest głównym oparciem dla władz palestyńskch, ma niewielkie pole manewru, ponieważ zawsze rozmawia z Izraelem na nierównych warunkach i niezależnie od tego, ile ustępstw uda się jej wynegocjować, nigdy jeszcze nie zdołała wymóc na przeciwniku rezygnacji z całkowitego zwierzchnictwa. Jaser Arafat, przywódca Autonomii Palestyńskiej, stoi na czele skorumpowanego aparatu administracyjnego, dokonuje aktów przemocy, nadyma się przed całym światem w dramatycznych pozach oraz bez przerwy zmienia stanowisko. Poprowadził swoich ludzi od klęski do klęski - w Libanie, gdzie z pomocą Szarona oddziały milicji chrześcijańskiej dokonały na nich masakry, i w Jordanii, gdzie zmasakrowała ich Królewska Armia Jordańska. Dwadzieścia lat jego relacji z Szaronem to osobista wendeta, której nie sposób zakończyć.

Postęp w procesie pokojowym można osiągnąć jedynie dzięki pomocy z zewnątrz. Nie ma sensu czekać, aż przestanie się nakręcać spirala aktów przemocy z obydwu stron. Izrael musi się natychmiast wycofać, jak nieśmiało zażądał tego kilka tygodni temu prezydent George W. Bush. Jak sugeruje plan pokojowy, wysunięty przez Arabię Saudyjską, Palestyńczykom należy przyznać państwo ze stolicą w Jerozolimie; uchodźcom palestyńskim trzeba zagwarantować ograniczone prawa do powrotu; wszystkie osady izraelskie poza granicami z 1967 roku należy zlikwidować. Ale to nie jest sedno sprawy. Państwo palestyńskie, jeśli ma przetrwać, musi posiadać taki sam status, jaki posiada Izrael, oraz powinno się mu w takim samym stopniu zapewnić pomoc gospodarczą. W przeciwnym razie wszystko zakończy się fiaskiem i nie będzie można liczyć na pokój.

Największe zaostrzenie długotrwałego konfliktu izraelsko-palestyńskiego było bezpośrednim wynikiem wydarzeń z 11 września. Amerykańska "wojna z terrorem" dała Szaronowi idealny pretekst, aby nazwać Autonomię Palestyńską organizacją terrorystyczną i wkrótce potem rozpocząć interwencję zbrojną. Oczywiście w Palestynie byli, i nadal są, terroryści. Operacja Szarona była skierowana nie tyle przeciwko tym terrorystom, ile obliczona na całkowite zniszczenie infrastruktury Autonomii Palestyńskiej. W Dżeninie armia zdemolowała jedną czwartą miasta. Władze izraelskie zabroniły wstępu do siedzib organizacji międzynarodowych, takich jak Czerwony Krzyż, gdzie rzekomo byli uwięzieni ludzie, a potem udaremniły próby ONZ wysłania tam niezależnej komisji do zbadania sytuacji. Aby dopełnić obrazu tej farsy, sam Arafat najpierw był więziony w otoczonej przez czołgi izraelskie, zniszczonej, pozbawionej wody, elektryczności i urządzeń sanitarnych siedzibie, a potem zwymyślany za pobłażliwość wobec terrorystów. Nawet opozycja izraelska podniosła alarm, a europejski komisarz do spraw zagranicznych Chris Patten stwierdził, że "Szaron uprawia piractwo w wojnie z terroryzmem".

Europa przed zmianami

Jak więc widać, zamach z 11 września wywołał liczne reperkusje. Europę czeka teraz okres dostosowywania się do zmian. Będą one dotyczyć przynajmniej pięciu zagadnień:

1) W przeciwieństwie do USA, Europa sąsiaduje z Bliskim Wschodem; wiele krajów europejskich zamieszkiwanych jest przez liczne mniejszości muzułmańskie i (lub) arabskie. Dlatego Europa nie może sobie pozwolić na taki rodzaj stronniczego podejścia do Bliskiego Wschodu, jak Ameryka, gdzie istnieje bardzo silne lobby proizraelskie, a społeczność arabsko-muzułmańska jest bardzo słaba. Moim zdaniem, stanowisko Europejczyków będzie bardziej zrównoważone i ostrożne; mam również nadzieję, że mieszkańcy Europy wystąpią w roli uczciwego mediatora.

2) Aby odgrywać bardziej aktywną rolę w polityce międzynarodowej, Unia Europejska będzie musiała się odpowiednio przygotować. Powinna uruchomić mechanizmy wspólnej polityki zagranicznej. Europa przemawiająca jednym głosem, w idealnej sytuacji - z jednym miejscem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, miałaby większy wpływ niż kakofonia opinii europejskich, które dziś znajdują niewielki oddźwięk. Przywódcy europejscy doznali bolesnego upokorzenia w latach 90., kiedy okazało się, że nie są w stanie działać jednomyślnie w byłej Jugosławii; z pewnością podejmowane będą starania, aby zapobiec podobnej bezsilności w odleglejszych rejonach "naszego podwórka", na Bliskim Wschodzie.

3) Kryzys bliskowschodni prawdopodobnie doprowadzi do jakiegoś nowego sojuszu między Europą i Rosją. Często zapominamy, że rejon, który Europejczycy nazywają Środkowym lub Bliskim Wschodem, z perspektywy Moskwy jest "Bliskim Południem". Rosjanie mają dość dobre kontakty z Irakiem; są też jednym z głównych graczy w grze o ropę naftową, która w ostatnich dziesięciu latach skupiła się w rejonie Morza Kaspijskiego. Na razie reakcje rosyjskie na wydarzenia z 11 września były dwuznaczne. Z jednej strony prezydent Władimir Putin poparł "wojnę z terroryzmem", ponieważ dała mu pretekst do kontynuowania skandalicznej akcji w Czeczenii. Z drugiej strony, jeśli Stany Zjednoczone miałyby przeprowadzić akcję zbrojną, na przykład przeciw Irakowi, Putin poszukiwałby partnerów do umiarkowanej koalicji.

4) W nowym klimacie politycznym Unia będzie musiała ponownie rozważyć swoje główne cele. Nowa sytuacja raczej nie powstrzyma kolejnej fali poszerzenia Unii. Przeciwnie, proces ten może zostać przyspieszony, gdyż zamach z 11 września wzmocnił świadomość poczucia bezpieczeństwa na świecie. Kandydatura Polski nie powinna więc napotkać poważnych oporów. Jednocześnie jest prawdopodobne, że Unia skupi się głównie na sprawach politycznych, w mniejszym stopniu koncentrując się na problemach gospodarczych i społecznych, co tradycyjnie stanowiło przedmiot jej zainteresowań. Będzie musiała zająć się odwlekaną i skomplikowaną sprawą reform wewnętrznych, zwłaszcza w tak spornych kwestiach, jak budżet, "demokratyczny deficyt" oraz przyszła rola samej organizacji; ważna będzie także ponowna analiza skomplikowanego łańcucha powiązań między Radą Ministrów a Komisją Europejską w celu wyłonienia silniejszej władzy wykonawczej.

Równie ważna będzie potrzeba rewizji przepisów Unii w sprawie granic oraz sposobu traktowania imigrantów i azylantów. System z Schengen się nie sprawdza. Nielegalna imigracja z Bliskiego Wschodu i północnej Afryki przybiera na sile. Brak uregulowań tego problemu wykorzystują nacjonaliści oraz politycy-ksenofobi w całej Europie; ostatnie sukcesy Jeana-Marie Le Pena we Francji oraz zabójstwo Pima Fortuyna w Holandii powinny być dla nas ostrzeżeniem.

5) Od wielu lat odnoszę wrażenie, że Europa odcina się od USA. W pewnym stopniu jest to rezultatem końca zimnej wojny oraz znacznie zredukowanej zależności Europy od kurateli amerykańskiej. Proces ten można również traktować jako naturalną kolej rzeczy, w momencie kiedy Unia dojrzewa i zaczyna wprowadzać w życie własne prawa oraz bronić swoich interesów. Nie powinniśmy pozostawać pod wrażeniem, że system wartości jest w Ameryce identyczny, jak ten w Europie. Pomimo to, że USA i Unia Europejska mogą mieć ze sobą więcej wspólnego niż, na przykład, USA i Rosja czy Europa i Chiny, to jednak dzielą je różnice wynikające z odrębności doświadczeń kulturalnych i historycznych. Dzięki długiemu okresowi wolnemu od wojen i ofiar Amerykanie ciągle mają poczucie wyższości tak zwanej cywilizacji zachodniej, które większość powojennych Europejczyków wprawia w zakłopotanie.

Co zrobi Bush?

Jeszcze przed atakami z 11 września pojawiały się oznaki, że administracja George'a W. Busha chce postępować wbrew światowej opinii publicznej i podążać własną niezależną drogą. Bush ujawnił swoje inklinacje w wielu sprawach, począwszy od cła na stal, a skończywszy na stanowisku w sprawie globalnego ocieplenia. Bliski Wschód był także jedną z tych kwestii. Obecnie jest ona najważniejsza.

W przeciwieństwie do swego ojca, George'a Busha, który prowadził bardzo ostrożną i umiarkowaną politykę zagraniczną, George Bush junior zdaje się przyjmować pozę nazywaną w starożytnych Chinach gung-ho, którą można by przetłumaczyć jako "niebaczny i spragniony walki". W oczach wielu umiarkowanych komentatorów żydowskich w Wielkiej Brytanii i Ameryce Ariel Szaron jest z pewnością przykładem postawy gung-ho. Kiedy największa potęga świata oczekuje na sygnał od Szarona, wszyscy mamy powód do zmartwienia.

Jest to skrócony tekst wykładu przygotowanego dla Uniwersytetu Latającego "Znaku". Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.