|
PLUS MINUS DWIE TWARZE KRÓLA LESZCZYŃSKIEGO
Stanislas kontra Stanisław
Dla Francuzów: król-filozof, przyjaciel Woltera i Monteskiusza, współautor przyłączenia Lotaryngii i sponsor jednego z najpiękniejszych założeń urbanistycznych XVIII wieku. Dla Polaków: nieszczęśliwy władca i zawołany reformator, uosobienie tak pożądanego sojuszu z Paryżem. Kłopot polega na tym, że tylko jedna z tych twarzy Stanisława Leszczyńskiego jest prawdziwa.
|
|
|
Francois Vincent, ?Król Stanisław mianuje Antoine-Chaumont de la Galaiziere kanclerzem Lotaryngii na zamku Meudon?
(c) LORRAIN, NANCY / P. MIGNOT
|
|
|
|
Należący do króla Stanisława zegar słoneczny autorstwa Vana Bockstaela
(c) MUSÉE LORRAIN, NANCY / CLAUDE PHILIPPOT
|
|
|
|
Jean Girardet, ?Portret Stanisława, króla polski i księcia Lotaryngii?
(c) MUSÉE DES BEAUX-ARTS, NANCY / CLAUDE PHILIPPOT
|
Jak na intelektualistę, nasz bohater odebrał dość pobieżne
wykształcenie: najpierw zajmowali się nim domowi nauczyciele, potem
pedagodzy z gimnazjum protestanckiego w Lesznie. Uzupełnieniem
edukacji była obowiązkowa dla każdego młodego magnata podróż,
obejmująca Austrię, Włochy, Francję, Holandię i Niemcy.
Fama o lingwistycznych talentach Stanisława jest przesadzona. Na
pewno biegle władał łaciną, ale już jego francuszczyzna była dość
nieporadna, o czym świadczy zatrważająca ilość błędów
ortograficznych w zachowanych dokumentach. Najgorsze jednak, że w
epoce tak wypełnionej zgiełkiem oręża Leszczyński był kompletnie
pozbawiony talentów wojskowych. Jak to elegancko ujął historyk
Józef Feldman: "brakowało mu żelaza we krwi". Prawdziwą bronią
Stanisława okazała się jego długowieczność. Przetrzymał większość
swoich wrogów i rywali, osiągając iście matuzalemowy wówczas wiek
89 lat. Żaden polski król nie żył tak długo. Gdyby 5 lutego 1766
roku Leszczyński nie zbliżył się zanadto do zamkowego kominka,
mógłby pobić kolejne rekordy. O sile sędziwego organizmu najlepiej
świadczy, że jeszcze osiemnaście dni zmagał się ze śmiertelnymi
oparzeniami.
Stanisław miał wystarczająco dużo czasu i umiejętności, by
nadzorować powstanie własnej legendy. Używając nowoczesnego języka,
był swoim najlepszym PR-owcem. Pierwsze biografie Leszczyńskiego
ukazały się jeszcze za jego życia. Osiemnastowiecznych autorów
fascynowały awanturnicze koleje losu teścia najpotężniejszego
władcy Europy. Sam Stanisław podsuwał ten trop, snując opowieści,
jak to przebrany za sługę kupca przemykał przez Niemcy, a kilka
miesięcy później, udając chłopa, przedzierał się przez
nadwiślańskie bagniska ścigany przez kozackie patrole, albo jak
cudem uszedł z pułapki zastawionej przez saskich zbirów pod
Wissemburgiem.
W pamięci Europy chciał pozostać jako dobroczynny władca,
myśliciel, mecenas nauki i sztuk pięknych. W pamięci rodaków - jako
obrońca honoru Rzeczypospolitej, któremu okoliczności nie pozwoliły
zrealizować programu naprawy państwa. Z perspektywy wieków trzeba
przyznać, że prawie mu się udało wykreować taki obraz.
Między Wolterem a jezuitą
Najcieplejsze uczucia żywią do Leszczyńskiego mieszkańcy
Lotaryngii. Był wszak ich ostatnim księciem, a ślady jego
dwudziestodziewięcioletniego panowania do dzisiaj widać w panoramie
Nancy. Także z punktu widzenia Paryża dziedzictwo "Stanislasa"
prezentuje się ze wszech miar atrakcyjnie. Socjaliści doceniają
system opieki społecznej, jaki zafundował lotaryńskim poddanym,
pacyfiści - "Memoriał o ustanowieniu powszechnego pokoju" z 1748
roku, a środowiska naukowe - powołanie do życia Akademii,
bezpłatnych szkół publicznych i bibliotek. Euroentuzjaści mogą
powoływać się na projekt utworzenia Ligi Państw i sejmu
europejskiego (notabene dla Leszczyńskiego nie ulegało wątpliwości,
że przywódcą tej Ligi powinien zostać król francuski).
Na korzyść Stanisława świadczy nawet to, że jednemu z ogrodowych
pawilonów w rezydencji w Luneville kazał nadać tureckie formy. W
kontekście francuskiego poparcia dla starań Ankary o wejście do
Unii Europejskiej orientalny gust króla, wyniesiony z czasów
internowania na sułtańskim terytorium, nabiera zgoła nowego
wymiaru.
Wreszcie - dla wszystkich Francuzów, niezależnie od poglądów
politycznych, firmowana nazwiskiem Leszczyńskiego aneksja
Lotaryngii pozostaje największym osiągnięciem niezbyt fortunnego
panowania Ludwika XV. Dlatego nikt nad Sekwaną nie wspomina dziś o
niemiłym incydencie z 1793 roku, gdy duchowi spadkobiercy
hołubionych przez Stanisława filozofów wywlekli jego szczątki z
grobowca, by pośmiertnie dokonać dekapitacji "tyrana". Przeciwnie,
francuscy konserwatorzy, wspomagani przez studentów warszawskiej
ASP, z pietyzmem odnawiają kościół Notre Dame de Bonsecours w
Nancy, w którym ów grobowiec się znajduje, a w dawnym zamku książąt
lotaryńskich z wielkim hukiem 17 grudnia 2004 roku otwarto wystawę
"Stanislas - un roi de Pologne en Lorraine". Ekspozycja jest
ostatnim akcentem Sezonu Polskiego we Francji, organizowanego przez
Instytut Adama Mickiewicza, i zarazem pierwszą z cyklu imprez "Les
Temps de Lumieres", reklamujących Nancy jako stolicę europejskiego
Oświecenia. Dla Francuzów, wciąż niemogących się pogodzić z
kurczeniem się politycznych i kulturalnych wpływów, to świetna
okazja, by przypomnieć światu, że to oni dali światu Woltera,
Monteskiusza i Diderota. A ponieważ Leszczyński przyjmował w
Luneville filozofów wtedy, gdy Wersal ledwie tolerował ich
istnienie, tym samym awansował na władcę oświeconego. Co prawda
władca Lotaryngii był gorliwym katolikiem, codziennie brał udział w
mszy i nie rozstawał się z relikwiami ulubionych świętych
(szczególną estymą darzył Jana Nepomucena), ale jego reputacji nad
Sekwaną wcale to nie szkodzi.
Wolnomyśliciele wybaczają mu nawet pociąg do znienawidzonego
przez oświeconych zakonu jezuitów. Jak na ironię Maria Leszczyńska,
którą wychował na swój obraz i podobieństwo, jest dla Francuzów
symbolem polskiego "obskuranckiego" katolicyzmu. Małżonka Ludwika
XV, podobnie jak za życia, przegrywa z faworytą króla - markizą de
Pompadour, protektorką encyklopedystów. Stanisław wierzył
natomiast, że filozofię da się pogodzić z chrześcijaństwem (napisał
nawet rozprawę "Niedowiarstwo zwalczane zdrowym rozsądkiem").
Sympatii często towarzyszy ignorancja. Na oficjalnej stronie
internetowej miasta Nancy można wyczytać, że Król Dobroczynny
urodził się we Lwowie i pochodził... z Litwy (co zgadzałoby się z
artykułem osiemnastowiecznej encyklopedii, lokującej Wielkie
Księstwo Litewskie na południowym wschodzie Rzeczypospolitej).
Jerzy Gutkowski, jeden z komisarzy wystawy, nie jest zaskoczony tym
faktem: - W świadomości Francuzów Stanisław zaistniał dopiero w
1726 roku, gdy niespodziewanie został teściem Ludwika XV. Nasze
eksponaty dobieraliśmy tak, by uzmysłowić gospodarzom, że
Leszczyński nie był człowiekiem znikąd, "spadochroniarzem", jak
czasami go tu nazywają, lecz że wywodził się z jednego z
najpotężniejszych polskich rodów - tłumaczy.
Istotnie, łatwiej zrozumieć późniejsze losy Stanisława, jeśli
się wie, że jako dziewiętnastolatek posłował na Sejm i kandydował
do godności marszałka. Dwa lata później był już wojewodą poznańskim
i małżonkiem Katarzyny Opalińskiej, która wniosła mu w wianie -
bagatelka - 60 miasteczek i 150 wsi.
Szwedzki pocałunek
W trzechsetną rocznicę wyniesienia wielkopolskiego magnata na
tron Jagiellonów także dla ogółu Polaków jest on postacią cokolwiek
enigmatyczną. Ot, jeden z królów elekcyjnych uwikłany w niekończący
się korowód zewnętrznych i wewnętrznych waśni. Konia z rzędem temu,
kto spamięta wszystkie te intrygi i konfederacje.
Ale nie z powodu natłoku wydarzeń na pierwsze panowanie
Stanisława w Polsce (1704 - 1709) najlepiej byłoby opuścić zasłonę
milczenia. Był on pierwszym władcą Rzeczypospolitej wybranym pod
lufami obcych żołnierzy. Jego elekcji zażyczył sobie okupujący
stolicę król szwedzki Karol XII, nie przejmując się, że państwo
polsko-litewskie miało już legalnego władcę w osobie Augusta
Mocnego. W dodatku Leszczyński był kandydatem rezerwowym.
Początkowo Szwed chciał osadzić na tronie któregoś syna Jana
Sobieskiego, ale August przewidująco uprowadził ich do Saksonii.
Stanisław podpisał wówczas weksel, że po uwolnieniu królewiczów
natychmiast abdykuje. Słowa nie dotrzymał.
W Warszawie szeptano, że insygnia, którymi posłużono się przy
koronacji wojewody poznańskiego, zostały wykonane z klejnotów
zrabowanych wcześniej w Polsce. Po dopełnieniu ceremonii Szwedzi
odebrali pomazańcowi koronę i przerobili ją na monety. Nie ulega
wątpliwości, że Leszczyński, biorąc udział w tej szopce, przedłożył
swój prywatny interes nad dobro kraju. Był to jednak dopiero
początek sromoty. Nowy król (a raczej antykról) musiał podpisać
traktat czyniący z Rzeczypospolitej szwedzki protektorat. Wymowną
ilustracją stosunków łączących dwóch monarchów jest portret
przywieziony na francuską wystawę ze szwedzkiego zamku Gripsholm -
Stanisław jest na nim ubrany w taki sam strój, jakiego na co dzień
używał jego wojowniczy patron.
Władysław Konopczyński w "Dziejach Polski nowożytnej" zauważył
złośliwie, że Leszczyński "pod wzrokiem swego przyjaciela Karola
topniał jak wosk pod rozpalonym żelazem". Widziano też Stanisława,
jak chcąc wyżebrać coś u szwedzkiego kanclerza, całował go w rękę.
Nie dziwota, że po klęsce Karola pod Połtawą nie znalazł w sobie
dość odwagi, by pozostać w Polsce i bronić swych praw do tronu.
Korona, czyli towar
Augustowi Mocnemu zarzucano, że za plecami posłów i senatorów
frymarczył ziemiami Rzeczypospolitej. Dzisiaj historycy mają
wątpliwości, czy tak było naprawdę. O Stanisławie wiadomo zaś, że
lekką ręką oferował sąsiadom nie tylko Kurlandię. Zapłatą za
przystąpienie Turcji do wojny po stronie Szwedów miała być Ukraina
i Kamieniec Podolski. Pomoc Prusaków Leszczyński chciał kupić za
Warmię, Elbląg oraz zgodę na wytyczenie eksterytorialnego gościńca
przez polskie Pomorze. Towarzyszyły temu sofistyczne tłumaczenia,
że "lepiej utracić jeden członek aniżeli całe ciało", amputacja zaś
zapobiegnie gangrenie.
Kiedy Karol XII gotował się do ostatecznej rozprawy z Rosją,
Stanisław prosił, by po zwycięstwie awulsy, czyli ziemie stracone
niegdyś przez Rzeczpospolitą (Smoleńsk, Kijowszczyzna), zostały mu
przekazane w prywatne posiadanie. Już będąc na emigracji,
proponował, by August oddał mu Wielkie Księstwo Litewskie, sam
zadowalając się ziemiami Korony. W ostateczności godził się na
panowanie w Kurlandii i Inflantach jako szwedzki lennik.
Choć po śmierci Karola i podpisaniu szwedzko-rosyjskiego
traktatu pokojowego Stanisław stał się politycznym trupem, nie
tracił optymizmu. "Korona polska jest towarem, któremu można nadać
dowolną cenę" - zapewniał na przekór wszystkiemu w 1722 roku.
Kilkanaście lat później okazało się, że tą ceną jest księstwo
Lotaryngii.
Umrzeć za Gdańsk
Leszczyńskiego uratowało nie tyle małżeństwo jego córki z
arcychrześcijańskim królem, ile polityka Francji, zmierzająca do
odbudowy tzw. bariery wschodniej. Chodziło o to, by klinem wciąć
się między monarchię Habsburgów a sprzymierzoną z nimi Rosję.
Koncepcja ta miała jednak poważną wadę - jej twórcy zapomnieli, że
Polską nie rządzi już Jan Sobieski, Szwecją Gustaw Adolf, a Turcją
Sulejman Wspaniały.
Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Po śmierci Augusta
Mocnego szlachta, zasilana tyleż niechęcią do cudzoziemców, co
pieniędzmi szczodrze rozdawanymi przez ambasadora Montiego, wybrała
na króla "Piasta" w osobie Stanisława. Tym razem jego panowanie
trwało tylko jedenaście dni. Na wieść o nadciągającej armii
sasko-rosyjskiej elekt pospiesznie opuścił Warszawę i wraz ze
stronnikami schronił się w warownym Gdańsku, skąd wypatrywał
odsieczy.
Pierwszy minister Ludwika XV, kardynał Fleury, zdając sobie
sprawę ze słabości potencjalnych sojuszników, nie zamierzał jednak
rozpętywać ogólnoeuropejskiego konfliktu. W obronie "pogwałconej
polskiej wolności" wypowiedział wojnę... Habsburgom. Dostrzegł
bowiem szansę na zajęcie Lotaryngii, na co Francja miała wielki
apetyt co najmniej od czasów kardynała Richelieu. Za Gdańsk chciał
umierać jedynie markiz de Plelo, który samowolnie porzucił placówkę
w Kopenhadze, zarekwirował jeden z francuskich okrętów i wyruszył
na odsiecz obleganemu miastu. Konterfekt bohaterskiego dyplomaty,
który życiem zapłacił za nieznajomość zasad realpolitik, jest
ozdobą lotaryńskiej wystawy.
Zamiast pomocy Leszczyński doczekał się od swego zięcia żądania
abdykacji. Miał i tak więcej szczęścia niż Stuartowie, którzy za
utracony tron brytyjski nie otrzymali żadnego odszkodowania. On
dostał w dożywocie Lotaryngię. Intronizację Stanisława w okupowanym
przez Francuzów księstwie poprzedziło jednak podpisanie tajnego
układu w Meudun. Jego warunki były upokarzające - w zamian za
roczną pensję w wysokości półtora miliona liwrów (później
podwyższoną do dwóch milionów) Leszczyński wyzbywał się niemal
wszystkich prerogatyw panującego. Lotaryngia jeszcze za jego życia
miała de facto stać się częścią Francji. Polak przełknął jednak i
tę żabę. Przy Karolu XII przeszedł twardą szkołę posłuszeństwa.
Gotów był zapłacić każdą cenę, by móc wejść w buty Króla
Dobroczynnego.
Ta historia mogła skończyć się inaczej. Załóżmy, że jakimś cudem
dyplomacji francuskiej udało się przekonać Rosję do pozostawienia
Stanisława na tronie Rzeczypospolitej. Czy tak trudno wyobrazić
sobie króla Piasta "topniejącego jak wosk" pod spojrzeniem carycy
Anny i całującego po rękach jej faworyta Birona?
Sas równa się Las
W 1730 roku, mieszkając na koszt zięcia w zamku Chambord nad
Loarą, Leszczyński pozował do portretu przedstawiającego go jako
wygnańca z boleściwą miną na tle posępnego krajobrazu. Współcześni
co prawda uważali go za człowieka o wyjątkowo pogodnym
usposobieniu, ale takim właśnie wiecznym tułaczem i męczennikiem
sprawy narodowej chcieli widzieć Stanisława dziewiętnastowieczni
Polacy. Dla generała Michała Sokolnickiego, który w 1814 roku
przywiózł do kraju relikwie niefortunnego władcy, był on "polskim
Arystydesem". Mecenas i kolekcjoner Edward Raczyński porównywał
Stanisława do Marka Aureliusza. Przywódca krakowskiej szkoły
historycznej Józef Szujski przypisywał mu wręcz "anielskie
przymioty". Dla innego prominentnego stańczyka, Stanisława
Tarnowskiego, filozof z Lotaryngii był przykładem "publicznej i
prywatnej cnoty". Z chóru chwalców wyłamał się Kazimierz
Jarochowski, jednak prace tego pierwszego historyka doby saskiej
nie wywarły większego wrażenia na polskiej opinii publicznej,
której bliższy był Matejkowski wizerunek króla swojaka z
podkręconym wąsem.
Charakterystyczne, że kult Leszczyńskiego odrzuciło pokolenie
historyków niepodległościowców. Szymon Askenazy nie zawahał się
porównać go do niechlubnej pamięci ostatniego króla
Rzeczypospolitej. Podobne skojarzenia musieli mieć Rosjanie, skoro
skonfiskowaną w Warszawie po upadku powstania listopadowego
trumienkę ze szczątkami dwukrotnego elekta umieścili w krypcie
Stanisława Augusta w petersburskim kościele św. Katarzyny.
Władysław Konopczyński nie miał już żadnych wątpliwości:
Stanisław moralnie nie przewyższał Sasów (o których znakomity
krakowski historyk zdanie miał jak najgorsze). Niewdzięcznej roli
obrońcy króla podjął się jego pierwszy biograf Józef Feldman. Ale i
on nie zdzierżył. Autora monografii "Bismarck a Polska" największym
obrzydzeniem napełniało prusofilstwo Stanisława, które zresztą w
rodzie Leszczyńskich było dziedziczną przypadłością. Istotnie,
roztaczanie miraży polskiej korony przed młodym Fryderykiem II i
gratulowanie przyszłemu inspiratorowi rozbiorów podboju Śląska nie
najlepiej świadczy o rozsądku naszego bohatera.
Krytyki nie wytrzymuje także mit o Stanisławie prekursorze
orientacji antyrosyjskiej w polityce polskiej. Leszczyński próbował
bowiem dogadać się z carem (zresztą na żądanie Karola XII, który
poniewczasie zrozumiał, że nie da się wojować ze wszystkimi naraz),
ale Piotr Wielki wykorzystał jego epistoły wyłącznie do
szantażowania niepewnego saskiego sojusznika.
Gorzki smak magdalenki
W PRL uznano, że Stanisław - jako monarcha "patriotyczny" i
"postępowy" - nadaje się na bohatera czytanek dla młodzieży. W 1977
roku w Lesznie zorganizowano poświęconą jego osobie sesją naukową.
Znamienne, że z całej, gorącej ponoć dyskusji na zewnątrz wydostała
się jedynie apologia króla autorstwa Jerzego Topolskiego. Poznański
historyk nie zawahał się porównać Leszczyńskiego z Janem III
Sobieskim. Wybito również medal pamiątkowy z napisem "Orędownikowi
postępowych reform społecznych w 300. rocznicę urodzin" na
rewersie. Na awersie widniała marsowa podobizna, istotnie budząca
skojarzenia ze zwycięzcą spod Wiednia i Chocimia.
Nie miejsce tu na roztrząsanie politologicznej spuścizny króla.
Autorstwo najważniejszego (z naszego punktu widzenia) dzieła
przypisywanego Stanisławowi "Głos wolny wolność ubezpieczający"
jest do dzisiaj przedmiotem sporów. Nie ulega też wątpliwości, że
reformatorskie plany Leszczyńskiego ujrzały światło dzienne dopiero
wtedy, gdy jego sprawa nad Wisłą była już kompletnie przegrana. Aby
ukryć ten fakt, rozprawę antydatowano na 1733 rok, gdy Stanisław
ostatni raz bawił w ojczyźnie. Sympatie współczesnych historyków są
raczej po stronie Sasów niż ich konkurenta. Autor biogramu
Leszczyńskiego w "Polskim słowniku biograficznym", Józef A.
Gierowski, ubolewa, że nie okazał się on mężem stanu zdolnym do
zjednoczenia kraju i wyprowadzenia go z niszczącej wojny.
Paradoksem historii określa fakt, że w oczach rodaków Stanisław
stał się obrońcą tradycji i niezależności Rzeczypospolitej.
Zdaniem francuskiego ministra kultury Renauda Donnedieu de
Vabres wystawa w Nancy "pozwoli Francuzom odkryć Europejczyka i
Polaka, a Polakom - dzieło księcia, który poddany kapryśnym zmianom
losu w Lotaryngii spełnił aspiracje, ambicje i zamysły, które nosił
w sobie, a które dziś wydają się nam wyprzedzające swój czas".
Można przyklasnąć tym słowom, jeśli stoi się na pięknym placu
Stanisława, arcydziele rokokowej urbanistyki, wpisanym na Listę
Światowego Dziedzictwa Dorobku Ludzkości UNESCO. Leszczyński jako
animator życia intelektualnego i artystycznego osiemnastowiecznej
Lotaryngii ma swoje miejsce w historii. Jeśli wierzyć zapewnieniom
mieszkańców Commercy, że słynna proustowska magdalenka powstała w
jego kuchni, wniósł też co nieco do światowej literatury.
Dla nas jednak Stanisław pozostanie kłopotliwą postacią. Zasługi
"wzorcowego Europejczyka" dla Polski są bowiem mizerne. Gdyby zaś
nie ostatni, emerycki okres jego życia, byłyby żadne. Młody
wojewoda poznański nie był pierwszym ani ostatnim magnatem, któremu
zamarzyła się królewska korona. Dla osiągnięcia tego celu zgodził
się jednak oddać ojczyznę pod kuratelę ościennego mocarstwa.
Propozycjami wynagradzania doraźnych sojuszników ziemiami
Rzeczypospolitej przygotowywał zaś grunt pod rozbiory. Na
europejskiej szachownicy nie był figurą, lecz pionkiem. Oczywiście
wynikało to nie tylko z niedostatków jego charakteru, lecz także ze
słabości ówczesnej Polski.
W Lotaryngii, pod politycznym parasolem francuskiego króla,
objawił się jako filantrop, mecenas i filozof. Czy to wystarczające
kwalifikacje, by w kraju swego pochodzenia być patronem szkół, ulic
i drużyn harcerskich? Historia udzieliła na to pytanie twierdzącej
odpowiedzi. Zwiedzający wystawę w Nancy (która w kwietniu, w nieco
zmienionym kształcie, zostanie przeniesiona do Warszawy) nie muszą
się jednak zgadzać z jej wyrokami.
WIESŁAW CHEŁMINIAK
|