08.01.05 Nr 6
   PLUS MINUS
DWIE TWARZE KRÓLA LESZCZYŃSKIEGO
Stanislas kontra Stanisław

Dla Francuzów: król-filozof, przyjaciel Woltera i Monteskiusza, współautor przyłączenia Lotaryngii i sponsor jednego z najpiękniejszych założeń urbanistycznych XVIII wieku. Dla Polaków: nieszczęśliwy władca i zawołany reformator, uosobienie tak pożądanego sojuszu z Paryżem. Kłopot polega na tym, że tylko jedna z tych twarzy Stanisława Leszczyńskiego jest prawdziwa.

Francois Vincent, ?Król Stanisław mianuje Antoine-Chaumont de la Galaiziere kanclerzem Lotaryngii na zamku Meudon?
(c) LORRAIN, NANCY / P. MIGNOT
Należący do króla Stanisława zegar słoneczny autorstwa Vana Bockstaela
(c) MUSÉE LORRAIN, NANCY / CLAUDE PHILIPPOT
Jean Girardet, ?Portret Stanisława, króla polski i księcia Lotaryngii?
(c) MUSÉE DES BEAUX-ARTS, NANCY / CLAUDE PHILIPPOT

Jak na intelektualistę, nasz bohater odebrał dość pobieżne wykształcenie: najpierw zajmowali się nim domowi nauczyciele, potem pedagodzy z gimnazjum protestanckiego w Lesznie. Uzupełnieniem edukacji była obowiązkowa dla każdego młodego magnata podróż, obejmująca Austrię, Włochy, Francję, Holandię i Niemcy.

Fama o lingwistycznych talentach Stanisława jest przesadzona. Na pewno biegle władał łaciną, ale już jego francuszczyzna była dość nieporadna, o czym świadczy zatrważająca ilość błędów ortograficznych w zachowanych dokumentach. Najgorsze jednak, że w epoce tak wypełnionej zgiełkiem oręża Leszczyński był kompletnie pozbawiony talentów wojskowych. Jak to elegancko ujął historyk Józef Feldman: "brakowało mu żelaza we krwi". Prawdziwą bronią Stanisława okazała się jego długowieczność. Przetrzymał większość swoich wrogów i rywali, osiągając iście matuzalemowy wówczas wiek 89 lat. Żaden polski król nie żył tak długo. Gdyby 5 lutego 1766 roku Leszczyński nie zbliżył się zanadto do zamkowego kominka, mógłby pobić kolejne rekordy. O sile sędziwego organizmu najlepiej świadczy, że jeszcze osiemnaście dni zmagał się ze śmiertelnymi oparzeniami.

Stanisław miał wystarczająco dużo czasu i umiejętności, by nadzorować powstanie własnej legendy. Używając nowoczesnego języka, był swoim najlepszym PR-owcem. Pierwsze biografie Leszczyńskiego ukazały się jeszcze za jego życia. Osiemnastowiecznych autorów fascynowały awanturnicze koleje losu teścia najpotężniejszego władcy Europy. Sam Stanisław podsuwał ten trop, snując opowieści, jak to przebrany za sługę kupca przemykał przez Niemcy, a kilka miesięcy później, udając chłopa, przedzierał się przez nadwiślańskie bagniska ścigany przez kozackie patrole, albo jak cudem uszedł z pułapki zastawionej przez saskich zbirów pod Wissemburgiem.

W pamięci Europy chciał pozostać jako dobroczynny władca, myśliciel, mecenas nauki i sztuk pięknych. W pamięci rodaków - jako obrońca honoru Rzeczypospolitej, któremu okoliczności nie pozwoliły zrealizować programu naprawy państwa. Z perspektywy wieków trzeba przyznać, że prawie mu się udało wykreować taki obraz.

Między Wolterem a jezuitą

Najcieplejsze uczucia żywią do Leszczyńskiego mieszkańcy Lotaryngii. Był wszak ich ostatnim księciem, a ślady jego dwudziestodziewięcioletniego panowania do dzisiaj widać w panoramie Nancy. Także z punktu widzenia Paryża dziedzictwo "Stanislasa" prezentuje się ze wszech miar atrakcyjnie. Socjaliści doceniają system opieki społecznej, jaki zafundował lotaryńskim poddanym, pacyfiści - "Memoriał o ustanowieniu powszechnego pokoju" z 1748 roku, a środowiska naukowe - powołanie do życia Akademii, bezpłatnych szkół publicznych i bibliotek. Euroentuzjaści mogą powoływać się na projekt utworzenia Ligi Państw i sejmu europejskiego (notabene dla Leszczyńskiego nie ulegało wątpliwości, że przywódcą tej Ligi powinien zostać król francuski).

Na korzyść Stanisława świadczy nawet to, że jednemu z ogrodowych pawilonów w rezydencji w Luneville kazał nadać tureckie formy. W kontekście francuskiego poparcia dla starań Ankary o wejście do Unii Europejskiej orientalny gust króla, wyniesiony z czasów internowania na sułtańskim terytorium, nabiera zgoła nowego wymiaru.

Wreszcie - dla wszystkich Francuzów, niezależnie od poglądów politycznych, firmowana nazwiskiem Leszczyńskiego aneksja Lotaryngii pozostaje największym osiągnięciem niezbyt fortunnego panowania Ludwika XV. Dlatego nikt nad Sekwaną nie wspomina dziś o niemiłym incydencie z 1793 roku, gdy duchowi spadkobiercy hołubionych przez Stanisława filozofów wywlekli jego szczątki z grobowca, by pośmiertnie dokonać dekapitacji "tyrana". Przeciwnie, francuscy konserwatorzy, wspomagani przez studentów warszawskiej ASP, z pietyzmem odnawiają kościół Notre Dame de Bonsecours w Nancy, w którym ów grobowiec się znajduje, a w dawnym zamku książąt lotaryńskich z wielkim hukiem 17 grudnia 2004 roku otwarto wystawę "Stanislas - un roi de Pologne en Lorraine". Ekspozycja jest ostatnim akcentem Sezonu Polskiego we Francji, organizowanego przez Instytut Adama Mickiewicza, i zarazem pierwszą z cyklu imprez "Les Temps de Lumieres", reklamujących Nancy jako stolicę europejskiego Oświecenia. Dla Francuzów, wciąż niemogących się pogodzić z kurczeniem się politycznych i kulturalnych wpływów, to świetna okazja, by przypomnieć światu, że to oni dali światu Woltera, Monteskiusza i Diderota. A ponieważ Leszczyński przyjmował w Luneville filozofów wtedy, gdy Wersal ledwie tolerował ich istnienie, tym samym awansował na władcę oświeconego. Co prawda władca Lotaryngii był gorliwym katolikiem, codziennie brał udział w mszy i nie rozstawał się z relikwiami ulubionych świętych (szczególną estymą darzył Jana Nepomucena), ale jego reputacji nad Sekwaną wcale to nie szkodzi.

Wolnomyśliciele wybaczają mu nawet pociąg do znienawidzonego przez oświeconych zakonu jezuitów. Jak na ironię Maria Leszczyńska, którą wychował na swój obraz i podobieństwo, jest dla Francuzów symbolem polskiego "obskuranckiego" katolicyzmu. Małżonka Ludwika XV, podobnie jak za życia, przegrywa z faworytą króla - markizą de Pompadour, protektorką encyklopedystów. Stanisław wierzył natomiast, że filozofię da się pogodzić z chrześcijaństwem (napisał nawet rozprawę "Niedowiarstwo zwalczane zdrowym rozsądkiem").

Sympatii często towarzyszy ignorancja. Na oficjalnej stronie internetowej miasta Nancy można wyczytać, że Król Dobroczynny urodził się we Lwowie i pochodził... z Litwy (co zgadzałoby się z artykułem osiemnastowiecznej encyklopedii, lokującej Wielkie Księstwo Litewskie na południowym wschodzie Rzeczypospolitej). Jerzy Gutkowski, jeden z komisarzy wystawy, nie jest zaskoczony tym faktem: - W świadomości Francuzów Stanisław zaistniał dopiero w 1726 roku, gdy niespodziewanie został teściem Ludwika XV. Nasze eksponaty dobieraliśmy tak, by uzmysłowić gospodarzom, że Leszczyński nie był człowiekiem znikąd, "spadochroniarzem", jak czasami go tu nazywają, lecz że wywodził się z jednego z najpotężniejszych polskich rodów - tłumaczy.

Istotnie, łatwiej zrozumieć późniejsze losy Stanisława, jeśli się wie, że jako dziewiętnastolatek posłował na Sejm i kandydował do godności marszałka. Dwa lata później był już wojewodą poznańskim i małżonkiem Katarzyny Opalińskiej, która wniosła mu w wianie - bagatelka - 60 miasteczek i 150 wsi.

Szwedzki pocałunek

W trzechsetną rocznicę wyniesienia wielkopolskiego magnata na tron Jagiellonów także dla ogółu Polaków jest on postacią cokolwiek enigmatyczną. Ot, jeden z królów elekcyjnych uwikłany w niekończący się korowód zewnętrznych i wewnętrznych waśni. Konia z rzędem temu, kto spamięta wszystkie te intrygi i konfederacje.

Ale nie z powodu natłoku wydarzeń na pierwsze panowanie Stanisława w Polsce (1704 - 1709) najlepiej byłoby opuścić zasłonę milczenia. Był on pierwszym władcą Rzeczypospolitej wybranym pod lufami obcych żołnierzy. Jego elekcji zażyczył sobie okupujący stolicę król szwedzki Karol XII, nie przejmując się, że państwo polsko-litewskie miało już legalnego władcę w osobie Augusta Mocnego. W dodatku Leszczyński był kandydatem rezerwowym. Początkowo Szwed chciał osadzić na tronie któregoś syna Jana Sobieskiego, ale August przewidująco uprowadził ich do Saksonii. Stanisław podpisał wówczas weksel, że po uwolnieniu królewiczów natychmiast abdykuje. Słowa nie dotrzymał.

W Warszawie szeptano, że insygnia, którymi posłużono się przy koronacji wojewody poznańskiego, zostały wykonane z klejnotów zrabowanych wcześniej w Polsce. Po dopełnieniu ceremonii Szwedzi odebrali pomazańcowi koronę i przerobili ją na monety. Nie ulega wątpliwości, że Leszczyński, biorąc udział w tej szopce, przedłożył swój prywatny interes nad dobro kraju. Był to jednak dopiero początek sromoty. Nowy król (a raczej antykról) musiał podpisać traktat czyniący z Rzeczypospolitej szwedzki protektorat. Wymowną ilustracją stosunków łączących dwóch monarchów jest portret przywieziony na francuską wystawę ze szwedzkiego zamku Gripsholm - Stanisław jest na nim ubrany w taki sam strój, jakiego na co dzień używał jego wojowniczy patron.

Władysław Konopczyński w "Dziejach Polski nowożytnej" zauważył złośliwie, że Leszczyński "pod wzrokiem swego przyjaciela Karola topniał jak wosk pod rozpalonym żelazem". Widziano też Stanisława, jak chcąc wyżebrać coś u szwedzkiego kanclerza, całował go w rękę. Nie dziwota, że po klęsce Karola pod Połtawą nie znalazł w sobie dość odwagi, by pozostać w Polsce i bronić swych praw do tronu.

Korona, czyli towar

Augustowi Mocnemu zarzucano, że za plecami posłów i senatorów frymarczył ziemiami Rzeczypospolitej. Dzisiaj historycy mają wątpliwości, czy tak było naprawdę. O Stanisławie wiadomo zaś, że lekką ręką oferował sąsiadom nie tylko Kurlandię. Zapłatą za przystąpienie Turcji do wojny po stronie Szwedów miała być Ukraina i Kamieniec Podolski. Pomoc Prusaków Leszczyński chciał kupić za Warmię, Elbląg oraz zgodę na wytyczenie eksterytorialnego gościńca przez polskie Pomorze. Towarzyszyły temu sofistyczne tłumaczenia, że "lepiej utracić jeden członek aniżeli całe ciało", amputacja zaś zapobiegnie gangrenie.

Kiedy Karol XII gotował się do ostatecznej rozprawy z Rosją, Stanisław prosił, by po zwycięstwie awulsy, czyli ziemie stracone niegdyś przez Rzeczpospolitą (Smoleńsk, Kijowszczyzna), zostały mu przekazane w prywatne posiadanie. Już będąc na emigracji, proponował, by August oddał mu Wielkie Księstwo Litewskie, sam zadowalając się ziemiami Korony. W ostateczności godził się na panowanie w Kurlandii i Inflantach jako szwedzki lennik.

Choć po śmierci Karola i podpisaniu szwedzko-rosyjskiego traktatu pokojowego Stanisław stał się politycznym trupem, nie tracił optymizmu. "Korona polska jest towarem, któremu można nadać dowolną cenę" - zapewniał na przekór wszystkiemu w 1722 roku. Kilkanaście lat później okazało się, że tą ceną jest księstwo Lotaryngii.

Umrzeć za Gdańsk

Leszczyńskiego uratowało nie tyle małżeństwo jego córki z arcychrześcijańskim królem, ile polityka Francji, zmierzająca do odbudowy tzw. bariery wschodniej. Chodziło o to, by klinem wciąć się między monarchię Habsburgów a sprzymierzoną z nimi Rosję. Koncepcja ta miała jednak poważną wadę - jej twórcy zapomnieli, że Polską nie rządzi już Jan Sobieski, Szwecją Gustaw Adolf, a Turcją Sulejman Wspaniały.

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Po śmierci Augusta Mocnego szlachta, zasilana tyleż niechęcią do cudzoziemców, co pieniędzmi szczodrze rozdawanymi przez ambasadora Montiego, wybrała na króla "Piasta" w osobie Stanisława. Tym razem jego panowanie trwało tylko jedenaście dni. Na wieść o nadciągającej armii sasko-rosyjskiej elekt pospiesznie opuścił Warszawę i wraz ze stronnikami schronił się w warownym Gdańsku, skąd wypatrywał odsieczy.

Pierwszy minister Ludwika XV, kardynał Fleury, zdając sobie sprawę ze słabości potencjalnych sojuszników, nie zamierzał jednak rozpętywać ogólnoeuropejskiego konfliktu. W obronie "pogwałconej polskiej wolności" wypowiedział wojnę... Habsburgom. Dostrzegł bowiem szansę na zajęcie Lotaryngii, na co Francja miała wielki apetyt co najmniej od czasów kardynała Richelieu. Za Gdańsk chciał umierać jedynie markiz de Plelo, który samowolnie porzucił placówkę w Kopenhadze, zarekwirował jeden z francuskich okrętów i wyruszył na odsiecz obleganemu miastu. Konterfekt bohaterskiego dyplomaty, który życiem zapłacił za nieznajomość zasad realpolitik, jest ozdobą lotaryńskiej wystawy.

Zamiast pomocy Leszczyński doczekał się od swego zięcia żądania abdykacji. Miał i tak więcej szczęścia niż Stuartowie, którzy za utracony tron brytyjski nie otrzymali żadnego odszkodowania. On dostał w dożywocie Lotaryngię. Intronizację Stanisława w okupowanym przez Francuzów księstwie poprzedziło jednak podpisanie tajnego układu w Meudun. Jego warunki były upokarzające - w zamian za roczną pensję w wysokości półtora miliona liwrów (później podwyższoną do dwóch milionów) Leszczyński wyzbywał się niemal wszystkich prerogatyw panującego. Lotaryngia jeszcze za jego życia miała de facto stać się częścią Francji. Polak przełknął jednak i tę żabę. Przy Karolu XII przeszedł twardą szkołę posłuszeństwa. Gotów był zapłacić każdą cenę, by móc wejść w buty Króla Dobroczynnego.

Ta historia mogła skończyć się inaczej. Załóżmy, że jakimś cudem dyplomacji francuskiej udało się przekonać Rosję do pozostawienia Stanisława na tronie Rzeczypospolitej. Czy tak trudno wyobrazić sobie króla Piasta "topniejącego jak wosk" pod spojrzeniem carycy Anny i całującego po rękach jej faworyta Birona?

Sas równa się Las

W 1730 roku, mieszkając na koszt zięcia w zamku Chambord nad Loarą, Leszczyński pozował do portretu przedstawiającego go jako wygnańca z boleściwą miną na tle posępnego krajobrazu. Współcześni co prawda uważali go za człowieka o wyjątkowo pogodnym usposobieniu, ale takim właśnie wiecznym tułaczem i męczennikiem sprawy narodowej chcieli widzieć Stanisława dziewiętnastowieczni Polacy. Dla generała Michała Sokolnickiego, który w 1814 roku przywiózł do kraju relikwie niefortunnego władcy, był on "polskim Arystydesem". Mecenas i kolekcjoner Edward Raczyński porównywał Stanisława do Marka Aureliusza. Przywódca krakowskiej szkoły historycznej Józef Szujski przypisywał mu wręcz "anielskie przymioty". Dla innego prominentnego stańczyka, Stanisława Tarnowskiego, filozof z Lotaryngii był przykładem "publicznej i prywatnej cnoty". Z chóru chwalców wyłamał się Kazimierz Jarochowski, jednak prace tego pierwszego historyka doby saskiej nie wywarły większego wrażenia na polskiej opinii publicznej, której bliższy był Matejkowski wizerunek króla swojaka z podkręconym wąsem.

Charakterystyczne, że kult Leszczyńskiego odrzuciło pokolenie historyków niepodległościowców. Szymon Askenazy nie zawahał się porównać go do niechlubnej pamięci ostatniego króla Rzeczypospolitej. Podobne skojarzenia musieli mieć Rosjanie, skoro skonfiskowaną w Warszawie po upadku powstania listopadowego trumienkę ze szczątkami dwukrotnego elekta umieścili w krypcie Stanisława Augusta w petersburskim kościele św. Katarzyny.

Władysław Konopczyński nie miał już żadnych wątpliwości: Stanisław moralnie nie przewyższał Sasów (o których znakomity krakowski historyk zdanie miał jak najgorsze). Niewdzięcznej roli obrońcy króla podjął się jego pierwszy biograf Józef Feldman. Ale i on nie zdzierżył. Autora monografii "Bismarck a Polska" największym obrzydzeniem napełniało prusofilstwo Stanisława, które zresztą w rodzie Leszczyńskich było dziedziczną przypadłością. Istotnie, roztaczanie miraży polskiej korony przed młodym Fryderykiem II i gratulowanie przyszłemu inspiratorowi rozbiorów podboju Śląska nie najlepiej świadczy o rozsądku naszego bohatera.

Krytyki nie wytrzymuje także mit o Stanisławie prekursorze orientacji antyrosyjskiej w polityce polskiej. Leszczyński próbował bowiem dogadać się z carem (zresztą na żądanie Karola XII, który poniewczasie zrozumiał, że nie da się wojować ze wszystkimi naraz), ale Piotr Wielki wykorzystał jego epistoły wyłącznie do szantażowania niepewnego saskiego sojusznika.

Gorzki smak magdalenki

W PRL uznano, że Stanisław - jako monarcha "patriotyczny" i "postępowy" - nadaje się na bohatera czytanek dla młodzieży. W 1977 roku w Lesznie zorganizowano poświęconą jego osobie sesją naukową. Znamienne, że z całej, gorącej ponoć dyskusji na zewnątrz wydostała się jedynie apologia króla autorstwa Jerzego Topolskiego. Poznański historyk nie zawahał się porównać Leszczyńskiego z Janem III Sobieskim. Wybito również medal pamiątkowy z napisem "Orędownikowi postępowych reform społecznych w 300. rocznicę urodzin" na rewersie. Na awersie widniała marsowa podobizna, istotnie budząca skojarzenia ze zwycięzcą spod Wiednia i Chocimia.

Nie miejsce tu na roztrząsanie politologicznej spuścizny króla. Autorstwo najważniejszego (z naszego punktu widzenia) dzieła przypisywanego Stanisławowi "Głos wolny wolność ubezpieczający" jest do dzisiaj przedmiotem sporów. Nie ulega też wątpliwości, że reformatorskie plany Leszczyńskiego ujrzały światło dzienne dopiero wtedy, gdy jego sprawa nad Wisłą była już kompletnie przegrana. Aby ukryć ten fakt, rozprawę antydatowano na 1733 rok, gdy Stanisław ostatni raz bawił w ojczyźnie. Sympatie współczesnych historyków są raczej po stronie Sasów niż ich konkurenta. Autor biogramu Leszczyńskiego w "Polskim słowniku biograficznym", Józef A. Gierowski, ubolewa, że nie okazał się on mężem stanu zdolnym do zjednoczenia kraju i wyprowadzenia go z niszczącej wojny. Paradoksem historii określa fakt, że w oczach rodaków Stanisław stał się obrońcą tradycji i niezależności Rzeczypospolitej.

Zdaniem francuskiego ministra kultury Renauda Donnedieu de Vabres wystawa w Nancy "pozwoli Francuzom odkryć Europejczyka i Polaka, a Polakom - dzieło księcia, który poddany kapryśnym zmianom losu w Lotaryngii spełnił aspiracje, ambicje i zamysły, które nosił w sobie, a które dziś wydają się nam wyprzedzające swój czas". Można przyklasnąć tym słowom, jeśli stoi się na pięknym placu Stanisława, arcydziele rokokowej urbanistyki, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Dorobku Ludzkości UNESCO. Leszczyński jako animator życia intelektualnego i artystycznego osiemnastowiecznej Lotaryngii ma swoje miejsce w historii. Jeśli wierzyć zapewnieniom mieszkańców Commercy, że słynna proustowska magdalenka powstała w jego kuchni, wniósł też co nieco do światowej literatury.

Dla nas jednak Stanisław pozostanie kłopotliwą postacią. Zasługi "wzorcowego Europejczyka" dla Polski są bowiem mizerne. Gdyby zaś nie ostatni, emerycki okres jego życia, byłyby żadne. Młody wojewoda poznański nie był pierwszym ani ostatnim magnatem, któremu zamarzyła się królewska korona. Dla osiągnięcia tego celu zgodził się jednak oddać ojczyznę pod kuratelę ościennego mocarstwa. Propozycjami wynagradzania doraźnych sojuszników ziemiami Rzeczypospolitej przygotowywał zaś grunt pod rozbiory. Na europejskiej szachownicy nie był figurą, lecz pionkiem. Oczywiście wynikało to nie tylko z niedostatków jego charakteru, lecz także ze słabości ówczesnej Polski.

W Lotaryngii, pod politycznym parasolem francuskiego króla, objawił się jako filantrop, mecenas i filozof. Czy to wystarczające kwalifikacje, by w kraju swego pochodzenia być patronem szkół, ulic i drużyn harcerskich? Historia udzieliła na to pytanie twierdzącej odpowiedzi. Zwiedzający wystawę w Nancy (która w kwietniu, w nieco zmienionym kształcie, zostanie przeniesiona do Warszawy) nie muszą się jednak zgadzać z jej wyrokami.

WIESŁAW CHEŁMINIAK



Drukuj artykuł Drukuj artykuł Wyślij artykuł Wyślij artykuł

 

| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.