|
GORĄCE ROZMOWY
Trwa globalne powstanie
Demokracji nie da się przynieść na amerykańskich bagnetach, a założenie, że islamiści podbiją Zachód, jest śmieszne. Z Francisem Fukuyamą rozmawia Dariusz Rosiak
|
|
|
Odkrycia biotechnologiczne niepokoją mnie, ponieważ mogą prowadzić do tyranii, do stworzenia nauki, której skutkiem będzie kontrolowanie ludzkiego zachowania, podobnie jak dyktatury XX w. kontrolowały swoich obywateli
(c) AFP/EAST NEWS
|
Rz: Co pana najbardziej przeraża, gdy patrzy pan
na świat dookoła?
Francis Fukuyama: Z rzeczy związanych
z wydarzeniami politycznymi największe przerażenie budzi to, co
dzieje się na Bliskim Wschodzie. W sensie szerszym mój największy
niepokój wywołują skutki niektórych odkryć z dziedziny
biotechnologii.
Pozostańmy przez moment w sferze polityki. W
Europie często mówi się, że powodem wielu zagrożeń na świecie jest
hegemonia Stanów Zjednoczonych. Czy zgadza się pan z taką
interpretacją?
Przede wszystkim warto zauważyć, że najbardziej doskwierający
nam dziś problem, czyli terroryzm, nie został wywołany przez Stany
Zjednoczone. Wręcz przeciwnie - to my zostaliśmy zaatakowani 11
września. Zresztą do ataków islamskich terrorystów na cele
amerykańskie dochodziło już wcześniej - zamach na World Trade
Center był momentem przełomowym, od którego zaczęło się to, co
prezydent George W. Bush nazwał wojną z terrorem. Jednak moim
zdaniem sposób, w jaki Stany Zjednoczone zareagowały na zagrożenie,
pogorszył sytuację.
Czy nie należało wrogowi przeciwstawić siły
wojskowej?
Prezydent Bush uznał terroryzm za konwencjonalne zagrożenie
militarne. Podobnie zresztą podchodzą Izraelczycy do zagrożenia,
jakie stwarza dla nich Hezbollah w Libanie. Ten sposób myślenia to
błąd. Moim zdaniem mamy dziś do czynienia z czymś w rodzaju
powstania na skalę globalną, a pierwszą regułą w konfrontacji z
siłami powstańczymi czy partyzanckimi jest nienadużywanie siły. Gdy
kraje demokratyczne przesadzają w stosowaniu siły wobec
kogokolwiek, pogarszają sytuację przede wszystkim dlatego, że tracą
poparcie polityczne w swoich społeczeństwach.
Czy Stany Zjednoczone i Izrael stosują nadmierną
przemoc w wojnie z ekstremistami islamskimi?
Jeśli chodzi o USA, to nie mam co do tego wątpliwości - nie
powinniśmy dokonywać inwazji na Irak. Dziś dokładnie widzimy, że
ponad trzy lata po wejściu do tego kraju sytuacja jest gorsza, niż
była. To jest wynik szeregu błędów popełnionych jeszcze przed
wybuchem wojny: braku przygotowania planów rozwoju sytuacji po
pokonaniu Saddama, zbyt późnej zmiany taktyki w walce z
powstańcami, itd. W przypadku Izraela rzecz jest bardziej
skomplikowana. W walce ze swoimi wrogami w Libanie Izrael przyjął
metodę nalotów powietrznych, które są szczególnie nieskuteczne w
wojnie partyzanckiej, jaką prowadzi Hezbollah. Poza tym naloty ze
swojej natury powodują ogromne straty wśród ludności cywilnej, co
widzieliśmy do niedawna niemal codziennie. Myślę, że Izrael
wykorzysta obecny czas rozejmu na zmianę swojej taktyki w walce z
Hezbollahem.
Kto wygrywa w wojnie z terrorem?
Ten termin stosowany jest dla określenia tak wielu tak różnych
rzeczy, że najpierw warto wyjaśnić, o co chodzi. Dla mnie istotą
wojny z terrorem jest walka z Al-Kaidą i innymi grupami, których
celem jest zabijanie cywilów w różnych krajach. To jest generalnie
wojna prowadzona przez służby wywiadowcze i policję. Ostatnie
rozbicie siatki zamachowców w Wielkiej Brytanii wskazuje, że Zachód
odnosi na tym polu sukcesy. Jednak oprócz tego mamy wojny w
Afganistanie, Iraku i - przerwaną przez rozejm - w Libanie. Te
konflikty są, owszem, powiązane z wojną z terrorem, ale moim
zdaniem nie są jej częścią. Weźmy Irak - tam trwa wojna domowa
między szyitami a sunnitami, a równocześnie powstanie przeciwko
siłom okupacyjnym. Łączenie tego z niedawnymi wypadkami z Londynu
to po prostu nieporozumienie.
Nie uważa pan, że radykałowie islamscy po prostu
chcą zniszczyć Zachód wszystkimi możliwymi sposobami, a konflikty,
które pan wymienia, są częścią globalnej wojny?
To jest absurdalna teza. Gdy ktoś mówi, że islam chce zawojować
Zachód, wprowadzić nowy kalifat, to mnie to śmieszy. Terroryzm
uprawia zdecydowana mniejszość muzułmanów. Zagrożenie Zachodu nie
polega na tym, że ktoś nas zislamizuje. Realne zagrożenie stanowią
grupy straceńców gotowych wysadzać się w powietrze, porywać
samoloty. Realne zagrożenie stanowi program nuklearny Iranu. Realne
zagrożenie to możliwość obalenia przez ekstremistów rządów w
Jordanii czy Arabii Saudyjskiej. Ale założenie, że islamscy
radykałowie podbiją Stany Zjednoczone albo Europę Zachodnią, jest
śmieszne. Oczywiście w Europie należy zastanawiać się nad kwestią
integracji muzułmanów, ale to jeszcze inna sprawa - też tylko
pośrednio związana z wojną z terrorem.
W swojej ostatniej książce "America at the
Crossroads" ("Ameryka na rozdrożach") ostro krytykuje pan sposób, w
jaki George W. Bush próbuje wprowadzać demokrację w innych krajach.
Nazywa pan nawet to podejście leninowskim, co szczególnie w ustach
osoby uważanej - tak jak pan - za konserwatystę, jest wyjątkowo
dotkliwym oskarżeniem...
Wyjaśnijmy tylko, że określenie "leninowski" odnoszę nie do
Busha, tylko do ludzi takich jak William Kristoll i innych
neokonserwatystów.
...którzy jednak mieli bardzo silny wpływ na
decyzje polityczne podejmowane przez prezydenta. Dlaczego jest pan
dla niego tak surowy? W końcu - jak sam pan mówi - wojny z terrorem
nie zaczął Bush. To jest wojna obronna z muzułmańskimi
radykałami.
Myślę, że miesza pan kilka spraw. Pierwsza to zagrożenie
terrorystyczne i reakcja na to zagrożenie. Druga to realizacja
przez Amerykę ambitnego projektu transformacji Bliskiego Wschodu.
Prezydent Bush uznaje, że najlepszym sposobem zabezpieczenia świata
przed terroryzmem jest przekształcenie Iraku i innych krajów
regionu w państwa demokratyczne. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z
tym założeniem, to pozostaje trzecia sprawa: sposób, w jaki
realizujemy ten projekt demokratyzacji Bliskiego Wschodu.
Z tym że ja nie przyjmuję głównej tezy Busha, według której
powodem terroryzmu na świecie jest brak demokracji na Bliskim
Wschodzie. Uważam, że to po prostu nieprawda. W rzeczywistości u
źródeł konfliktu świata muzułmańskiego z Zachodem tkwią napięcia
pomiędzy tradycyjnym islamem a postępem, rozwojem cywilizacyjnym.
Te napięcia mają miejsce zarówno wewnątrz państw muzułmańskich -
popatrzmy na Arabię Saudyjską czy Pakistan - jak i w konfrontacji z
demokracją zachodnią. Tych napięć nie da się rozwiązać poprzez
wprowadzenie większej demokracji. Owszem, demokracja sama w sobie
jest pożądana w jak największej części świata, ale nie ma ona nic
wspólnego z rozwiązaniem problemu terroryzmu.
Mówi pan, że demokracja jest ustrojem pożądanym
w jak największej części świata. Jak zatem należałoby ją
wprowadzać?
Demokracja jest rezultatem wewnętrznej ewolucji, którą musi
przejść kraj. Taka cywilizacyjna przemiana ma wymiar polityczny,
społeczny, kulturalny, gospodarczy. Jeśli w danym społeczeństwie
ludzie nie wyrażają potrzeby, by taki proces nastąpił, to siły
zewnętrzne nie mają co w nim szukać. A już używanie przemocy w celu
zaprowadzenia demokracji jest szczególnie bezsensowne. Myślę, że
fundamentalnym błędem tej administracji w Iraku było przekonanie,
że pozbycie się tyrana automatycznie sprowadzi do kraju demokrację,
że demokratyczna forma rządów jest niejako zapisana w genach
wszystkich ludzi i w każdym kraju wyzwolonym z jakiejś dyktatury
demokracja pojawi się naturalnie. Nieważne, jakimi instytucjami
dysponuje dane państwo, nieważne, czy panuje w nim porządek,
bezpieczeństwo, rządy prawa. Tymczasem te rzeczy to esencja
demokracji i nie da się ich zarządzić dekretem jakiejś siły
wyzwoleńczej.
Czyli Ameryka powinna odstąpić od promowania
demokracji na świecie?
Myślę, że rola USA i innych państw demokratycznych może być
pomocna, ale przy zastosowaniu zupełnie innych instrumentów niż
siła militarna - przede wszystkim chodzi o naciski dyplomatyczne,
pomoc w budowie społeczeństwa obywatelskiego. Polska i inne kraje
Europy Wschodniej są znakomitym przykładem tego typu ewolucji. W
latach 80. prezydent Reagan stosował różnego rodzaju naciski na
Związek Radziecki, Zachód wspomagał istniejącą w krajach regionu
opozycję, ale na szczęście nikt nie myślał o inwazji na Polskę w
celu wprowadzenia w niej demokracji. Podobnym niedawnym sukcesem
zwolenników demokracji są przemiany na Ukrainie czy w Gruzji. Ale w
tych krajach impuls wyszedł od wewnątrz - demokracji nie da się
przynieść na amerykańskich bagnetach.
A co zrobić z krajami, w których te miękkie
metody dyplomatyczne nie mogą być zastosowane, np. z Koreą
Północną?
Nic nie można zrobić.
Należy zostawić tych ludzi na pastwę
tyranów?
Przecież nie dokonamy inwazji na Koreę Północną czy Kubę po to,
żeby wprowadzić tam demokrację. To dopiero byłoby szaleństwo.
W swoich książkach zwraca pan uwagę na inny
rodzaj szaleństwa, które nam grozi. Dlaczego powinniśmy ostrożnie
podchodzić do możliwości, które stwarzają człowiekowi odkrycia z
dziedziny biotechnologii? W końcu są one wynikiem naszej
ciekawości, chęci poznania...
Broń nuklearna jest odbiciem naszej ciekawości i chęci poznania.
Jest sporo rzeczy, które nas ciekawią, ale wcale nie są dla nas
dobre. Odkrycia biotechnologiczne niepokoją mnie, ponieważ mogą
prowadzić do tyranii, do stworzenia nauki, której skutkiem będzie
kontrolowanie ludzkiego zachowania, podobnie jak dyktatury XX wieku
kontrolowały swoich obywateli.
Jakie dziedziny biotechnologii budzą pana
szczególny niepokój?
Przede wszystkim neurofarmakologia, czyli produkcja leków, które
modyfikują ludzkie zachowanie. Chodzi np. o ritalin czy prozac,
leki podawane dziś masowo w Ameryce coraz młodszym dzieciom.
Ritalin jest w zasadzie przyjętym sposobem modyfikowania zachowania
dzieci sprawiających trudności wychowawcze. Tego typu leki będą
coraz bardziej zaawansowane technologicznie, a przez to będą
stwarzać coraz większe możliwości nadużyć, wykorzystania do
kontroli ludzi.
Czy to nie jest ta sama sytuacja co z nożem,
który może równie dobrze służyć do krojenia chleba i podrzynania
gardła? Ritalin i prozac to leki, które pomagają ludziom.
Tyle że nadpobudliwość albo depresja - to w tych stanach stosuje
się ritalin i prozac - nie są stanami jednoznacznie definiowanymi.
Wszyscy przechodzimy doły psychiczne albo denerwujemy się -
niekiedy nawet wpadamy w furię, ale to nie znaczy, że wszyscy
powinniśmy brać ritalin i prozac. W Ameryce te leki przepisywane są
ludziom, którzy ich nie potrzebują. Nie wiemy, jakie będą tego
skutki dla nich, dla ich dzieci. Jesteśmy niedaleko osiągnięcia
możliwości genetycznych modyfikacji, które prostą drogą prowadzą do
trwałych zmian ludzkiego zachowania. Pojawia się niebezpieczeństwo
"programowania" dzieci, odrzucania typów, które z jakiegoś punktu
widzenia wydają nam się wadliwe, np. homoseksualistów czy osób z
niskim ilorazem inteligencji. Dzięki odkryciom biotechnologicznym
zmienia się również demografia bogatego świata. Żyjemy coraz
dłużej, za kilkadziesiąt lat ponad połowa ludzi w Europie będzie
miała ponad 65 lat.
To chyba dobrze, że żyjemy dłużej.
Chyba dobrze, chociaż oczywiście stwarza to nowe wyzwania,
którym musimy sprostać. Wyzwania natury ekonomicznej, społecznej,
psychologicznej. Mnie niepokoją takie sterowane przez człowieka
próby wpłynięcia na proces ewolucji, bo za każdym razem, gdy
braliśmy się za próby budowania nowego wspaniałego świata, to
wychodził koszmar. Zwłaszcza historia tyranii XX wieku nie napawa
mnie szczególnym optymizmem. Jeśli sto lat temu nie potrafiliśmy
wprowadzić w życie projektów zmian społecznych przy zachowaniu
podstawowych wartości, przede wszystkim zachowania ludzkiej
godności, to i dziś lepiej uważać. Szczególnie, że dysponujemy
lepszymi narzędziami zniewolenia. Co oczywiście nie znaczy, że
poszukiwania biotechnologiczne same w sobie są złe. Np. jestem
zwolennikiem poszukiwań w dziedzinie wykorzystania komórek
macierzystych i klonowania w celach terapeutycznych. Wszystkie
badania w tych dziedzinach powinny być jednak bardzo ściśle
kontrolowane przez państwo.
Czy pana niepokój o przyszłość człowieka ma
swoje źródło w religii?
Nie, nie jestem religijny. Odwołuję się do pojęcia natury
ludzkiej, która moim zdaniem jest źródłem praw człowieka. To w
naturze ludzkiej tkwi potrzeba hierarchii, to z niej wypływają
dobre dla człowieka dążenia. Jeśli zaczniemy majstrować przy
ludzkiej naturze, to możemy źle skończyć. Efektem będzie istota,
która nie rozpoznaje siebie, nie rozumie, kim jest, nie wie, w
jakim systemie wartości żyje.
Jak jednak określić granice ludzkiej natury w
liberalnym świecie, gdzie każdy ma zdanie na każdy temat? Dla
niektórych ludzi prawo gejów do zawierania małżeństw mieści się w
sferze praw człowieka, podobnie jak np. prawo kobiet do rodzenia
dzieci w wieku 65 lat i późnej. Inni uważają tego typu postulaty za
próby zmiany norm natury ludzkiej.
Pytanie o to, czym jest natura ludzka, to przedmiot
zainteresowania filozofii od 2500 lat. W tak skomplikowanych
sprawach nigdy nie było i nie będzie łatwych odpowiedzi. W wolnym
świecie odpowiedzi tej szuka się oczywiście przy pomocy publicznej
debaty. Odbywa się ona na różnych poziomach, dlatego otrzymujemy
czasem mądre, czasem głupie odpowiedzi. Ale innej metody nie ma.
Pewnie gdybyśmy zapytali, co jest ważniejsze: prawo do życia czy do
spędzenia miłych wakacji, to odpowiedź byłaby prosta, tak mi się
przynajmniej wydaje.
Na początku lat 90. sformułował pan tezę o końcu
historii. To było pełne optymizmu założenie, że generalnie świat
zmierza w dobrym kierunku, a liberalna demokracja i wolny rynek
jest uwieńczeniem procesu modernizacji świata. Z tego, co pan mówi
w tym wywiadzie, wynika, że pana wiara w postęp i sensowność
działań człowieka została mocno nadszarpnięta.
Ja nigdy nie twierdziłem, że świat zachodniej demokracji jest
perfekcyjny. Po prostu zauważyłem, że zamiast dążyć do jakiejś
utopii komunistycznej czy czegoś w tym rodzaju, ludzie chcą żyć
godnie i dostatnio, a takie możliwości w największym stopniu
zapewnia im liberalna demokracja. Przez ostatnie kilkanaście lat
nie wydarzyło się nic, co generalnie podważyłoby moje przekonania.
Oczywiście terroryzm czy próby inżynierii społecznej muszą budzić
niepokój, ale popatrzmy na kraje takie, jak Indie czy Chiny - w
nich proces modernizacji postępuje bardzo silnie. Podobnie nie
jestem całkowitym pesymistą, jeśli chodzi o sprawy związane z
biotechnologią. Uważam, że jeśli uda nam się stworzyć odpowiednie
instrumenty kontroli, będziemy w stanie okiełznać proces rozwoju
nauki. Ciągle wierzę w demokrację i człowieka.
Jak ocenia pan perspektywy rozwoju Polski?
Macie znakomity moment w historii. Politycznie największe
zagrożenie współczesnego świata, czyli terroryzm - jak się wydaje -
dotyczy was w mniejszym stopniu. Po drugie wasza gospodarka jest
otwarta, nie niesie na sobie garbu nadmiernych regulacji, które
hamują rozwój takich krajów, jak Francja czy Niemcy. Jesteście
częścią świata Zachodu - od was zależy, co z tym zrobicie.
Dariusz Rosiak
| Francis Fukuyama |
|
|
|
|
Francis Fukuyama
(c) FILIP ĆCWIK/NEWSWEEK POLSKA/REPORTER
|
(ur. 1951 w Chicago) - amerykański politolog i
filozof, profesor Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Waszyngtonie. Autor
m.in. książek "Koniec historii i ostatni człowiek", "Koniec
człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej". W tym roku
ukazała się jego książka "America at the Crossroads" (Ameryka na
rozdrożach); krytykuje w niej amerykańskich neokonserwatystów, do
których wcześniej sam był zaliczany.
|
|