31.08.06 Nr 203
   GORĄCE ROZMOWY
Z siostrą Małgorzatą Chmielewską rozmawia Szymon Hołownia
Trzeci adres Jezusa

Biednego najpierw karmię i prowadzę do lekarza, potem uczę pracować, na rachunek sumienia przyjdzie czas później.

(c) MICHAŁ WALCZAK

Rz: Z niedawnego tekstu w "Przekroju" dowiadujemy się, że Matka Teresa prawdopodobnie była opętaną przez szatana fanatyczką, a ponadto hochsztaplerką. Zdefraudowała miliony dolarów, założony przez nią zakon zamiast karmić biednych, jadł sam, a najedzony znęcał się nad chorymi. Siostra stosuje podobne metody w swojej pracy?

s. Małgorzata Chmielewska: Oczywiście, wszak wykorzystywanie bogatych to od czasów Janosika jeden z fundamentów działalności charytatywnej. A poważnie - te zarzuty to jakaś dziennikarska paranoja. Ta kobieta mieszkała z ludźmi, do których zdecydowana większość społeczności brzydziłaby się podejść na dwa metry. Czy ktoś, kto ma czelność ją teraz oskarżać, pomyśli choć przez chwilę, że ona i jej siostry codziennie ryzykowały życie?

Kilka lat temu we Francji żona założyciela naszej wspólnoty i jego synowa o mało nie zostały pocięte nożem w paski przez jednego z podopiecznych. Parę miesięcy temu w jednym z naszych warszawskich domów pensjonariusz rzucił się z nożem na nieostrożną wolontariuszkę, tragedii uniknęliśmy w ostatniej chwili.

Nasza praca naprawdę nie opiera się wyłącznie na karmieniu głodnych dzieci i tuleniu płaczących niewiast. Siostry Matki Teresy też z pewnością nieraz zostały pobite. Przez pewien czas pracowałam z nimi w Polsce, przecież te kobiety niemal uciekają na widok pieniędzy, nie mają konta bankowego, w domu - nawet lodówki, ubrania piorą ręcznie...

Przecież gdyby kupiły pralkę, miałyby więcej czasu dla biedaków...

Może i tak, ale czy biedacy z Kalkuty mieliby zaufanie do sióstr, które stać na to, żeby kupować sprzęt AGD? Ja mam pralkę i lodówkę, ale doskonale te siostry rozumiem. One wiedzą, że pomoc charytatywna to nie jest biznes jak każdy inny. Bo jeśliby tak było, ja powinnam za użebrane na biedaków pieniądze kupić sobie telewizor i karnet do kina, bo przecież gdy wypocznę, moja pomoc będzie bardziej efektywna. Tyle że, widzi pan - ja nie mam żadnej z tych rzeczy, mam za to wybite okno, śpię na materacu, a ostatnio i tak budzę się na nim z myślą, czy przypadkiem nie jestem złodziejem? Nie moja wspólnota, w której każdą złotówkę przed wydaniem oglądamy ze wszystkich stron, ale czy ja osobiście na pewno nikogo nie okradłam, nie oszukałam, bo przecież zamiast kartofli mogłam kupić pomidory?

W powietrzu od jakichś paru lat wisi dziwna atmosfera podejrzliwości, wszyscy są potencjalnymi złodziejami, agentami. Nawet święci, jak Matka Teresa, jak jej biedacy. A skoro tak - to po co się z nimi dzielić, przecież oni i tak na pewno to wszystko zdefraudują. Skoro wszyscy są źli, nic już nie można zrobić. Widzi pan, jak ślicznie świat pogrąża się w beznadziei i umywa rączki?

Siostra wybaczy, ale jak ma ich sobie nie umywać, stojąc przed obliczem pana z fioletowym nosem, który prosi o pięć złotych na bułkę, a i ja, i on wiemy, że pieniądze wyda na wino, "nastuka się", po czym uda w krzaki i zaśnie. Poczucie beznadziei to w tej sytuacji chyba normalna reakcja?

Ależ ja znam to uczucie! Przed chwilą dzwoniła do mnie dziewczyna z jednego z naszych domów, gdzie na placu zabaw zdarzył się wypadek. Jedna z matek wsadziła niemowlę na dach plastikowego domku, po czym zajęta papieroskiem i pogaduszkami nie zauważyła, że jej dziecko spadło. Przecież szlag może człowieka trafić na taką nieodpowiedzialność! Ale co ja mogę zrobić? Przecież jak ja tę matkę z dzidziusiem wyrzucę, przejdzie przez dwa kolejne domy i wyląduje pod mostem.

A może to ją czegoś nauczy? Kobieta jest młoda, ma dwie ręce, a siostra daje jej wikt, opierunek... Czy pomaganie takim ludziom nie kończy się ich demoralizacją?

Jeżeli ktoś przychodzi do mnie schorowany, biedny i głodny, to ja mu jednak najpierw dam jeść i zaprowadzę do lekarza, a dopiero później będę robić mu rachunek sumienia, dociekać, czy ktoś mu pomógł, czy sam się tak urządził.

Proszę zrozumieć, że o biednych nie zawsze da się myśleć w myśl schematu "winien i ma". Jest taka kategoria ludzi, którzy nigdy nie podejmą żadnej pracy. Matki z lekkim upośledzeniem umysłowym, ludzie zbyt uzależnieni od alkoholu, zbyt słabi. Zawsze mamy wybór - możemy ich popędzić, oni wtedy pójdą do kanałów ciepłowniczych i tam zginą, albo próbować im pomóc, nie oczekując w zamian zbyt wiele. To nie jest demoralizacja, to ratowanie życia. Znacznie trudniej jest z tymi, którzy mają wspomniane przez pana obie ręce. Problem w tym, że to często też są inwalidzi, bo ich nikt nie nauczył, że te ręce mogą się do czegoś przydać.

Tego powinna chyba uczyć rodzina?

Problem w tym, że coraz częściej ta rodzina jest słaba albo w ogóle jej nie ma. Mam stały kontakt z wychowankami domów dziecka, oni, gdy kończą 18 lat i muszą się stamtąd wyprowadzić, dostają na drogę wyprawkę - cztery tysiące złotych. To za mało, żeby kupić coś sensownego, na przykład mieszkanie, i za dużo, żeby przepić w jeden wieczór. Balanga trwa więc kilka miesięcy. Proszę zrozumieć, ci ludzie nie są źli, ale nie potrafią nic: pokroić chleba, zasłać łóżka, rozmawiać, nawiązać relacji.

Kilka lat temu nasza wspólnota kupiła malutkie gospodarstwo w Świętokrzyskiem, gdzie jest największa w kraju stopa realnego bezrobocia i najmniejszy odsetek młodzieży uczącej się w szkołach policealnych. Ja mogę tu przyjąć tylko czterech takich chłopaków. Proces przywracania ich do życia potrwa parę lat. Muszą się nauczyć prać, gotować, skończyć jakąś szkołę, bo tzw. zawodówki to wylęgarnie bezrobotnych, koszmarny błąd w systemie edukacji. Ostatnio zatrudniłam inżyniera rolnika, bo już nie miałam siły pilnować, czy króliki zostały nakarmione i czy kury nie zostały kopnięte tak, że miały połamane nogi, bo się chłopczyk zdenerwował...

A przecież problem nie dotyczy tylko młodych ludzi z domu dziecka. Dorasta nam pokolenie, które nigdy w życiu nie widziało mamy czy taty idących do pracy. Nasza wspólnota ma dom w Belgii. Oglądałam tam rodziny bezrobotnych, w których od trzech pokoleń nikt nie pracował, ludzie dostają tysiąc euro zasiłku, więc z domu wychodzą tylko po wódkę lub po narkotyki. Czasem dziękuję Bogu, że u nas nie ma tylu pieniędzy na zasiłki, co tam.

Tym ludziom nie da się już pomóc?

Da się. To gospodarstwo w Świętokrzyskiem wymyśliliśmy, patrząc na bezdomnych z Warszawy. Na mieście nie znajdą pracy, w domu ile razy można takiemu człowiekowi kazać sprzątać jadalnię czy ubikację? A na wsi zawsze jakaś praca się znajdzie. Kupiliśmy więc domek i pięć hektarów ziemi. Wybudowaliśmy kaplicę i zobaczyliśmy, że gdy ludzie do kościoła mają parę kroków, a nie pięć kilometrów, nagle przypominają sobie, że są katolikami. Założyliśmy fundusz stypendialny dla dzieci, którym brakuje czasem 50 złotych do tego, by mogły się uczyć. Zaczęliśmy zajęcia z wiejskimi maluchami i wtedy zaczęli przychodzić do nas ludzie ze wsi i okolic, ze wzrokiem wbitym w ziemię, prosząc nas o pracę. A gdy mówiłam, że jej nie ma - prosili o jedzenie.

To gospodarstwo nie było w stanie wyżywić nawet nas, nie mieliśmy zboża, choć na przykład jabłek było zatrzęsienie. Postanowiłam więc, że będziemy robić z nich marmoladę, którą później będę sprzedawać na prowadzonych przez siebie konferencjach.

Z czasem znalazł się fantastyczny człowiek, sponsor, który pomógł nam uruchomić małą przetwórnię, gdzie robimy domowe dżemy, ogórki, musztardę - reklamujemy je pod szyldem Spiżarnia Prababuni. Obok przetwórni powstała szwalnia, gdzie nasze panie szyją stylową pościel, i stolarnia, gdzie panowie ręcznie robią piękne, stylowe meble. Zrozumieliśmy podstawowe prawo ekonomii społecznej - biedny jest w stanie zarobić wyłącznie na bogatym, tu nikt nie kupi dżemu za siedem złotych, dbamy więc, żeby nasze produkty były naprawdę najwyższej jakości, piękne, luksusowe i sprzedajemy je najbogatszym - mamy stałe kiermasze w Warszawie.

Ilu osobom możecie zapewnić pracę?

W tej chwili pracuje tu prawie 30 osób - w większości to ludzie stąd, ze wsi. Codziennie przeżywam dramat, odsyłając kogoś z kwitkiem. Nie chcę zatrudniać na czarno. Robota by się znalazła, ale nie stać mnie na to, by tworzyć kolejne stanowisko pracy, gdy firma na razie nie zarabia nawet na pensje, a ja na rękę płacę człowiekowi krajowe minimum, trochę ponad 600 złotych, prawie drugie tyle zaś muszę zapłacić jako haracz państwu.

To zresztą symptomatyczne, że pomagają nam zwykli ludzie. Setki osób z całej Polski opłacają naszym dzieciom stypendia. Gdy otwieraliśmy przetwórnię, pani profesor z SGGW przekazała nam know how i przeprowadziła przez procedury, a dziś ludzie jeżdżą przez pół miasta, żeby kupić nasze dżemy.

Ale państwo jest kompletnie ślepe na zyski, które płyną z ekonomii społecznej. Państwu łatwiej byłoby wypłacić zasiłek chłopakowi, który stałby pod budką z piwem, a u nas ma robotę, a za dwa lata pojedzie do miasta i tam będzie już miał w ręku papier, że coś umie i na czymś się zna. Politycy mówią tyle o wspieraniu rodziny - czy oni nie widzą, że tu na wsi ludzie nie myślą o żeniaczce nie dlatego, że są zgniłymi liberałami, tylko dlatego, że nie będą mieli z żoną i dziećmi gdzie mieszkać?! Przecież nie są głupi, wiedzą, że nikt im nie da kredytu.

Społeczeństwo myśli, że biedak to jest po prostu ktoś, kto nie ma pieniędzy. A to jest chłopak, który się boi umówić z dziewczyną, żeby nie zostać wyśmianym. To matka, która wstydzi się iść na wywiadówkę, dziecko, które boi się rozebrać na wuefie, bo ma połatane spodenki i stare buty z darów, kobieta, która dopiero gdy dostała u nas swoją pierwszą w życiu pensję, odważyła się pójść do kościoła, bo wreszcie miała w czym iść.

Akurat kościół powinien być chyba miejscem, gdzie biedacy będą się czuli u siebie...

Sprawa jest prosta - jeśli ktoś chce spotkać Jezusa, może go znaleźć pod trzema adresami. W Kościele - we wspólnocie wiernych, na mszy świętej i wśród ubogich. Kościół to stół z trzema nogami, jeśli jednej zabraknie, to konstrukcja się wali. Nie mają racji ci, którzy z Kościoła na siłę starają się zrobić wyłącznie organizację charytatywną, ale trzeba pamiętać o proporcjach. To pięknie, że kolejna państwowa uroczystość będzie okraszona mszą świętą, a my dumnie wypniemy na niej pierś, pytanie tylko, czy wcześniej zrobiliśmy wszystko, by nieporadny syn sąsiadów dostał w końcu w szkole piątkę, stał się lepszym człowiekiem? Czy umiemy toczyć gorące debaty wyłącznie o pewnym radiu, czy może zastanawiamy się też nad chrześcijańską wizją człowieka, nad tym, jak wychować ludzi, by z każdym problemem nie szli do Caritasu, ale nie bali się zwrócić do sąsiada.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, to cudownie, że w wielu parafiach działają koła charytatywne. Ale w bardzo wielu nie działają. To pięknie, że pracują w nich z oddaniem starsze osoby, ale ja pytam, gdzie jest młodzież?

Jak to gdzie? W Anglii.

No właśnie. A co zrobiliśmy, żeby ich zatrzymać? Koło kościołów w Warszawie kręci się być może masa młodych ludzi, ale księża z naszych wiosek często nie mają pomysłu, co zrobić z młodzieżą. Państwo chyba też, gdzieś wyczytałam, że rząd cieszy się, gdy młodzi ludzie wyjeżdżają, bo poznają świat, a w kraju spada bezrobocie. Przecież, żeby głosić takie rzeczy, trzeba upaść na głowę!

Społeczeństwo to system naczyń połączonych, nie można z żywego organizmu amputować sporej części i powiedzieć, że nic się nie stało. Ci, którzy naprawdę mogliby pomóc - wyjeżdżają i siedzą w Madrycie, w Londynie... Kto przejmie na siebie "obowiązek solidarności"?

Państwo? Samorządy?

Pan żartuje? To cudownie, jeśli znajdzie się sensowny burmistrz, który po preferencyjnej stawce wynajmie nam lokal na kiermasz. Zwykle, niestety, jest inaczej. W Warszawie mamy trzy domy dla bezdomnych, w jednym z nich zimą przebywa do 120 chorych. Cieknie z dachu, kuchnia wymaga remontu, a ja muszę z użebranych na biedaków pieniędzy co miesiąc odprowadzać do kasy miasta 3 tysiące złotych podatku od nieruchomości. Gdy próbowałam protestować, zasugerowano mi, że sama wiedziałam, w co się pakuję, a jeśli nie chcę się w to bawić, zawsze mogę tych biedaków upchnąć pod łóżka w innych miejskich schroniskach.

Co ja mam zrobić, gdy słyszę coś takiego? Wziąć tych biedaków i pójść z nimi pod Sejm?

Być może państwo zdaje sobie sprawę, że pomoc biednym to worek bez dna.

Świetnie, ale co z tego? I czy za bierność nie zapłaci się przypadkiem jeszcze wyższej ceny? Prorok Jeremiasz przestrzegał, że "podepczą was stopy biednych i nogi ubogich". W skali globalnej to już się sprawdza - choćby w postaci terroryzmu. U nas - wybuchnie za chwilę, gdy do głosu dojdzie pierwsze pokolenie dzieci, które nigdy nie widziały swoich rodziców w pracy. Mamy już całe ulice nędzy, tylko patrzeć, jak zmienią się w dzielnice. Tu nie pomoże rewitalizacja architektury, jeśli nie zadba się o ludzi, którzy w tych pięknych domach mają mieszkać. I nie ma się co wściekać na biedaków. To jasne, że biedak będzie zawsze wołał o pieniądze, podobnie jak chory zawsze ma prawo krzyczeć, że chce lekarstwo na ból. Tyle że tu trzeba mądrego lekarza, który zwoła konsylium i ustali, jaki lek zadziała najlepiej.

W Polsce dyskutuje się o wszystkim, o agentach, o sportowcach, o kocie premiera. A czy w ciągu ostatnich paru lat widział pan jakąś sensowną narodową debatę o tematyce społecznej, o rzeczywistych problemach normalnych ludzi? Jeszcze kilka lat temu politycy próbowali nas pytać, czego potrzebujemy, był jakiś dialog. Jechałam do urzędu gminy i rozmawiałam z człowiekiem o tym, co słychać, nawet o pogodzie, a dziś ten sam urzędnik patrzy na mnie przerażony i odpowiada coś półgębkiem. Nad naszym społeczeństwem wisi jakaś ciężka chmura.

Proszę mi wierzyć, ja nie jestem naiwna, doskonale wiem, że politycy i ludzie biznesu najintensywniej sypią groszem przed wyborami albo wtedy, gdy im się to opłaca. Widziałam plastikowe namioty przypominające nasze tunele ogrodnicze rozdawane tysiącom uchodźców w rozpalonej do 50 stopni Rwandzie. Albo nowiutkie ciężarówki Volvo, wysyłane hurtowo w miejsca, gdzie nie było dróg. Nie mam złudzeń co do wielkich tego świata. Ale coś niedobrego, smutnego, ciężkiego dzieje się też z nami wszystkimi. Nie ma pogody dla biedaków, ale w ogóle tej dobrej pogody jakoś ostatnio w nas coraz mniej.

Może ludzie jednak nie są dobrzy?

A skąd! Ludzie na pewno są dobrzy. Tyle że czasem robią sobie przerwy.

rozmawiał Szymon Hołownia



Siostra Małgorzata Chmielewska
(c) MICHAŁ WALCZAK
Siostra Małgorzata Chmielewska, z wykształcenia biolog, od kilkunastu lat przełożona Wspólnoty Chleb Życia w Polsce. Wspólnota i powołana przez nią fundacja prowadzą domy dla ubogich i bezdomnych oraz gospodarstwo rolne i manufakturę w Świętokrzyskiem. Siostra Chmielewska adoptowała trójkę dzieci, jeden z jej przybranych synów, 20-letni Artur cierpiący na autyzm i padaczkę, właśnie się usamodzielnił. W wywiadzie rzece udzielonym Michałowi Okońskiemu ("Wszystko, co uczyniliście", Wydawnictwo Znak) mówiła o życiu w swojej wspólnocie: "Wszystko to polega na czystości kontaktów między nami, na tym, że nikt nie chce nikogo sobie podporządkować, zniewolić. Modlitwa, adoracja nieustannie nas oczyszcza. Wbrew pozorom, oprócz przekleństw, bardzo dużo innych rzeczy bierzemy od naszych mieszkańców. A przede wszystkim: każdy zostawia sobie małego świrka i go hoduje. Jest ekologicznie"



Drukuj artykuł Drukuj artykuł Wyślij artykuł Wyślij artykuł

 

| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.