|
Rozmowa z dr. Pieterem Admiraalem, ojcem holenderskiej eutanazji
Lekarz powinien pomóc w umieraniu
Kiedy przeprowadził pan pierwszą eutanazję?
Pierwszy raz dokonałem tego w 1969 roku i często nazywa się mnie ojcem chrzestnym eutanazji. Mówiłem wszystkim otwarcie, że to robię. Dzięki temu mogła się rozpocząć dyskusja na ten temat. Z naszych obserwacji - a także z raportu sporządzonego ostatnio przez Ministerstwo Zdrowia - wynika, że aż dwie trzecie pacjentów uznaje swoje cierpienie za całkowicie bezsensowne. Wiąże się z nim również utrata ludzkiej godności, co podkreśla ponad 80 proc. chorych. Dokłada się do tego także całkowite uzależnienie od pielęgniarek, lekarzy, rodziny. Ludzie mówią: nie chcę być całkowicie ubezwłasnowolniony, żyłem na własną rękę i tak chcę umrzeć. Co zadziwiające, o bólu wspomina tylko 29 proc. Nasi oponenci twierdzą, że ból jest najważniejszym czynnikiem skłaniającym pacjentów do eutanazji i gdyby był on dobrze leczony, nikt nie prosiłby o eutanazję. Ale to właśnie w leczeniu bólu osiągamy największy postęp. Ostatni raport wskazuje, że to nie ból, lecz poczucie bezsensu cierpienia i utrata godności są tym, co sprawia, że ludzie nie chcą dłużej żyć.
Wracając do pańskiego pierwszego przypadku - dlaczego zdecydował się pan na skrócenie pacjentowi życia?
Swoją praktykę lekarską rozpocząłem w 1957 roku jako anestezjolog. Szybko zdałem sobie sprawę, jak słabo rozwinięte jest leczenie bólu i zacząłem się specjalizować w tej dziedzinie. Od początku lat 60. zajmowałem się uśmierzaniem bólu i opieką nad pacjentami chorymi terminalnie. Czyniłem to razem z pielęgniarkami, katolickimi i protestanckimi duchownymi, a także świeckimi. Po latach doświadczeń zdaliśmy sobie sprawę, że nie da się powstrzymać cierpienia pacjentów i zdecydowaliśmy, że jedynym wyjściem jest pomóc im umrzeć. Pewnego razu zostałem poproszony o pomoc chorej na raka. Robiliśmy, co możliwe, ale nie udawało się nam zwalczyć bólu i poczucia jego absolutnego bezsensu. Pacjentka bez przerwy powtarzała, że nie zgadza się na takie życie. Bardzo ciężko jest zaakceptować, że nie można zmniejszyć cierpienia. Wraz z pielęgniarką i katolickim księdzem musieliśmy przełamać uczucie, że zawiedliśmy, dlatego zdecydowaliśmy się na eutanazję. Zawsze robiliśmy to w zespole złożonym z dwóch lekarzy, pielęgniarki i księdza, pastora lub innego doradcy duchowego. Wszyscy musieli się zgodzić. Eutanazję przeprowadza się w towarzystwie rodziny, przełożonej pielęgniarek, osoby duchownej. Ustaliliśmy termin. Najpierw ja pożegnałem pacjenta, potem rodzina, na koniec wszedł cały zespół, ja dałem zastrzyk. Odczekaliśmy, aż pacjent umrze.
Wielu lekarzy dokonujących eutanazji w czasach, gdy była nielegalna, stawało przed sądem. Czy pan także?
Stanąłem przed sądem w 1985 r., po eutanazji przeprowadzonej w 1982 r. Zostałem uznany za winnego, ale nie zapadł żaden wyrok, gdyż sąd uznał, że nie było innego wyjścia.
W jakich warunkach - pana zdaniem - dalsza egzystencja nie ma sensu?
To źle postawione pytanie, moje zdanie nie ma nic do rzeczy, to pacjent decyduje, co dla niego jest nie do zaakceptowania, jakie cierpienie jest nie do wytrzymania. Nasze prawo mówi, że lekarz może wykonać eutanazję tylko wtedy, jeśli pacjent jest w sytuacji, której nie może znieść. Nie jest przecież tak, że tylko czekam, by wykonać eutanazję, raczej mam nadzieję, że pacjent umrze śmiercią naturalną. W naszym szpitalu stanowi to więcej niż 90 procent zgonów. Bo kim jestem, by mówić: musisz to znosić, musisz żyć dalej? Przecież nie mam prawa zabierać głosu w tej sprawie.
Co pan czuł w czasie przeprowadzania eutanazji? Bądź co bądź zabija pan przecież człowieka.
Nie jest łatwo wykonać eutanazję, pacjent umiera po zastrzyku w ciągu paru minut. To bardzo dziwne uczucie dla lekarza - ma on przecież za zadanie utrzymać chorego przy życiu, a nie zabijać - więc jeśli ponad 80 proc. naszych lekarzy nie odrzuca eutanazji, to wcale nie znaczy, że lubią to robić, jeśli można temu zapobiec. Wykonałem około 100 eutanazji i zawsze byłem bardzo zmartwiony, ale czułem satysfakcję, że zakończyłem czyjeś cierpienie. Coraz więcej lekarzy dostrzega inną możliwość, która przyszła z Wielkiej Brytanii i rozprzestrzenia się po całej Europie, tak zwaną sedację terminalną. Pacjentowi, u którego nie można powstrzymać cierpienia ani bólu, podaje się zwiększone dawki środków nasennych i uspokajających, a jednocześnie przestaje się go odżywiać. Zapada w śpiączkę i umiera po dwóch, trzech dniach. Eutanazję należy zgłosić, wypełnić formularze i tym podobne, o sedacji terminalnej nie trzeba mówić nikomu, bo to część codziennej praktyki medycznej, np. leczenia bólu. Z ostatniego raportu wynika, że mamy 4,5 tysiąca przypadków eutanazji, natomiast sedacji terminalnych jest ponad 15 tys. rocznie. Myślę, ze ta ostatnia liczba będzie rosła, bowiem jest to ostatnia rzecz, jaką lekarz może zrobić dla pacjenta, szczególnie w tej części Europy, gdzie eutanazja jest zabroniona. Sedacja terminalna może być doskonałą alternatywą dla eutanazji, choć trzeba przyznać, że jest ona poza wszelką kontrolą.
Jakie grupy pacjentów powinny mieć prawo do eutanazji? Czy tylko ci cierpiący fizycznie?
Dopuszcza się możliwość eutanazji na cierpiących pacjentach, ale rodzaj cierpienia nie jest dokładnie określony. Nie mogą jednak o nią prosić chorzy psychicznie, cierpiący na demencję i chorobę Alzheimera. 84 proc. eutanazji jest dokonywanych na chorych na raka, część na sparaliżowanych, ważnym czynnikiem może być AIDS. Istnieją również inne schorzenia, gdzie cierpienie może być nie do zniesienia. Niedawno sąd uznał, że ani depresja, ani tak zwane zmęczenie życiem nie mogą być powodem do eutanazji, ja jednak mam inne zdanie. Gdy pacjent cierpi z powodu bezsensu życia, choroby czy czegokolwiek innego, i po rozmowach z psychologiem i psychiatrą wszyscy dochodzą do wniosku, że nie da się już nic zrobić, należy zgodzić się na eutanazję. Może w przyszłości będzie to dozwolone.
Wyobraźmy sobie sytuację nowo narodzonego, niezwykle upośledzonego dziecka, bez szans na wyleczenie. Co w takiej sytuacji powinien zrobić lekarz?
W każdym kraju mogą się rodzić dzieci z ogromnymi upośledzeniami, które nie mają szans na przeżycie. Czasem takie noworodki bardzo cierpią - eksperci dokładnie wiedzą, kiedy tak się dzieje. Całkiem normalną sprawą powinno być zakończenie takiego życia. Nie ma różnicy między cierpieniem dziecka i dorosłego. Problem w tym, że w naszym prawie jest zapisane, że pacjent musi poprosić, a noworodek nie może tego zrobić, więc jeśli na takim dziecku dokonuje się eutanazji, łamie się prawo. Lekarze, którzy stawali przed sądem, byli sądzeni za morderstwo, a nie za eutanazję. Nasz rząd nie potrafi uregulować tej kwestii, dlatego lekarze stają przed pytaniem, co robić. Eutanazji nie można dokonać w tajemnicy, bo wokół są pielęgniarki, inni lekarze, administracja. Wszyscy zgadzają się, że nowo narodzone dzieci mają prawo do eutanazji, ale w Holandii nie jest to dobrze zorganizowane.
Czy stawał pan kiedyś przed takim problemem?
Ciężko jest patrzeć na śmierć dziecka. 15 lat temu zostałem poproszony przez oddział noworodków, zrobiliśmy to dwa razy, zgłosiliśmy do prokuratury. Wtedy nie niosło to ze sobą żadnych problemów, ale teraz jest znacznie trudniej.
W rządowych raportach pojawiają się również liczby dotyczące eutanazji wykonanych bez zgody pacjenta. Czy w czasie swojej kariery miał pan taki przypadek?
Ciężko powiedzieć, czy nieprzytomny człowiek cierpi, natomiast niewątpliwie taki stan jest trudny do zaakceptowania przez rodzinę. Pamiętam pacjenta z rakiem płuc, który przeżywał swoje ostatnie dni, miał wielkie problemy z oddychaniem. Rodzina, która czuwała przy nim jeden dzień, jedną noc, kolejny dzień, kolejną noc, nic nie mogąc zrobić, była tym bardzo zasmucona. W takich przypadkach czasami odbierałem życie i muszę przyznać, że robiłem to ze względu na cierpiącą rodzinę, mimo że pacjent mnie o to nie prosił, choć oczywiście jego dobro też miałem na względzie.
Czy kiedykolwiek coś zachwiało pańskimi przekonaniami co do słuszności decyzji o odbieraniu życia pacjentom?
Czy miałem wątpliwości? Czy odczuwałem żal po tym, co zrobiłem? Ależ tak! Czasami zespół i ja byliśmy bardzo przygnębieni po eutanazji, ale nie dlatego, że podjęliśmy złą decyzję, lecz z powodu zbyt długiego wahania. Z jakich względów nie zrobiliśmy eutanazji dzień wcześniej? Czemu cierpiał o jedną noc dłużej? Trzeba pamiętać, że wszyscy nasi pacjenci byli w ostatnim stadium choroby i ogromnie cierpieli.
Co daje lekarzowi władzę nad życiem i śmiercią? Jaki autorytet stoi za takimi decyzjami?
Jako lekarz nauczyłem się leczyć pacjentów, natomiast nigdy nie zaakceptowałem faktu, że umierają. Na studiach medycznych w ogóle nie mówi się o umieraniu, to błąd. Masz pomagać pacjentowi dalej żyć, a śmierć jest daleko. Jako lekarz jestem w stanie zakończyć czyjeś życie, jestem jedynym, który wie, jak to zrobić. Jestem przekonany, że częścią obowiązków lekarza jest pomoc w umieraniu. Dlatego należy ufać lekarzowi, że nigdy nie powie: "Bardzo mi przykro, ale nie mogę nic dla ciebie zrobić", to żałosne. Lekarz musi zawsze powiedzieć: "Mogę ci pomóc w każdej sytuacji". Dlatego uważam, że jako doktor, jako człowiek, jako przyjaciel mam prawo odebrać życie.
Rozmawiali Maciej Bodasiński i Lech Dokowicz
|