|
Rozmowa z dr. Philippem Schepensem, przewodniczącym Światowej Federacji Lekarzy Szanujących Ludzkie Życie
Nie jestem panem życia i śmierci
Jak pan wytłumaczy pojawienie się w ostatnich dziesięcioleciach eutanazji?
Eutanazja istnieje, tak samo jak aborcja, ponieważ człowiek stoi na drodze innym ludziom - ponieważ umiera, ponieważ jest bardzo chory, ponieważ kosztuje wiele pieniędzy, ponieważ nie można znieść widoku cierpienia. Niektóre powody są absurdalnie idealistyczne, inne zaś bardziej materialne, ale podstawa jest ta sama. W przeciwnym wypadku chory człowiek byłby otoczony opieką aż do naturalnej śmierci.
Wraz rozwojem nauki i wiedzy medycznej mamy coraz więcej możliwości utrzymywania ludzi przy życiu, widać to wyraźnie, gdy spojrzy się na średnią długość życia mężczyzny. W 1962 r. było to około 65 lat, obecnie - około 80 lat. Ale to dużo kosztuje, szczególnie przy tak niskim przyroście naturalnym. Aspekt finansowy związany z eutanazją jest celowo pomijany, gdyż jest jasne, że argument o potencjalnych oszczędnościach nie przekona ludzi do zabijania. Rząd i firmy ubezpieczeniowe zdają sobie sprawę, że opieka medyczna nad człowiekiem przez ostatnie sześć miesięcy jego życia kosztuje tyle samo, co przez jego całe dotychczasowe życie. Dzięki eutanazji można uzyskać znaczne oszczędności. Oczywiście nie przekona się w ten sposób lekarzy, którzy pragną leczyć pacjenta dla niego samego, a nie ze względów społecznych. Dlatego, by ich przekonać do eutanazji, przytacza się najbardziej ekstremalne przypadki i dowodzi: "Zobaczcie, jak bardzo cierpią, stracili swoją godność, nie można na to obojętnie patrzeć". I lekarze zaczynają myśleć: "Rzeczywiście, ta agonia trwa już zbyt długo, trzeba dać ludziom leki, które przyspieszą ich śmierć".
Nie można jednak zaprzeczyć, że zdarzają się sytuacje, gdy cierpienie jest naprawdę nie do zniesienia. Czy według pana jest inne rozwiązanie niż eutanazja?
Proces umierania często trwa bardzo długo. Jest to szczególnie widoczne w przypadku raka - ludzie powoli zmierzają ku śmierci, co powoduje wiele cierpienia. Widząc tak cierpiącego człowieka, można zrobić sporo rzeczy, natomiast zamiast zabić ból, zabija się pacjenta. Jeśli zdesperowani ludzie wołają: "Doktorze, proszę coś zrobić, bo za bardzo cierpię!", należy zrobić cokolwiek, ale nie zabijać. W sytuacji, gdy zacznie się redukować poziom bólu do stanu akceptowalnego przez pacjenta, odzyskuje on radość życia i zapomina o chwilach, gdy pragnął śmierci. Pracując od 35 lat w szpitalu, wielokrotnie byłem stawiany w takich sytuacjach i wiem, że zawsze jest jakieś wyjście.
Czy współczesna medycyna osiągnęła poziom, że jest w stanie zmniejszyć każde cierpienie?
Jeśli chodzi o ból, to dziś właściwie każdy jego rodzaj można zredukować w sposób satysfakcjonujący dla pacjenta. Istnieje wiele technik opracowanych w ciągu ostatnich pięciu - dziesięciu lat, są specjaliści zajmujący się wyłącznie leczeniem bólu. Tylko ignoranci nieznający dobrze medycyny paliatywnej twierdzą, że to niemożliwe, by złagodzić każdy ból. Czasem pacjent traci trochę świadomości, ale nigdy całkowicie, co pozwala mu godnie umrzeć. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można zachować godność człowieka, zabijając go.
Jednak oficjalne raporty rządowe wskazują, że to nie ból fizyczny jest główną przyczyną próśb o eutanazję, lecz utrata godności i sensu życia. Czy lekarz może coś zrobić, gdy pacjent cierpi z takich właśnie powodów?
Oczywiście cierpienie to również utrata godności. Tacy ludzie często cały czas spędzają w łóżkach, nic nie mogą zrobić, muszą całkowicie polegać na pomocy innych, czasem nie są w stanie się poruszać. Ludzie, którzy kiedyś byli, tak samo jak my, w pełni aktywni życiowo, zaczynają po prostu wegetować i nie są w stanie tego znieść. To częściowo efekt materialistycznej koncepcji świata, dla której podstawą jest działanie, wykonywanie różnych czynności, więc w sytuacji, gdy nie można już nic robić, życie traci sens. Jeśli tacy pacjenci zaczynają prosić, by z nimi skończyć, to pierwsze, co powinien zrobić lekarz, to zacząć słuchać i rozmawiać, by odkryć, gdzie leży problem i jak przywrócić godność. Otoczenie troskliwą opieką, dobre relacje z rodziną i z otoczeniem, odnowienie zainteresowań - to wszystko na nowo może nadać życiu sens. Myśli o zabiciu się znikną jak śnieg ogrzewany promieniami słońca.
A jak pan rozmawia z pacjentami?
Po pierwsze, nigdy ich nie okłamuję, i jeśli pytają mnie: "Doktorze, czy ja umrę?", nie mówię: "Tak, na pewno", a raczej: "Nie jestem panem życia i śmierci, nie wiem, ile może trwać choroba, ale to nieważne, na razie żyjesz i zobaczymy, co się da zrobić". Tak zaczyna się przywracanie godności i przygotowanie do odejścia. Wszyscy chorzy ludzie mogą umrzeć w pokoju, naprawdę nikt nie musi cierpieć.
Zarówno w Holandii, jak i w Belgii eutanazję wykonuje się również na upośledzonych noworodkach. Czy taka praktyka różni się od skracania życia ludzi w podeszłym wieku?
Nie jesteśmy panami życia i śmierci również w przypadku upośledzonych dzieci. By mogły one funkcjonować, potrzebują zdrowych ludzi, wymagają szczególnej opieki i jeśli ktoś decyduje, że taki człowiek nie ma prawa żyć, to tak jakby przywracał niewolnictwo, a nawet gorzej, bo niewolników utrzymywało się przy życiu. Nie wiem, na jakiej podstawie ktokolwiek miałby prawo to zrobić. Nie można zabijać słabszych, zarówno umierających, jak i upośledzonych, mimo że ich egzystencja kosztuje wiele wysiłku i pieniędzy.
Jak przeprowadza się eutanazję na nowo narodzonych dzieciach?
Jeśli rodzi się bardzo upośledzone dziecko, rodzice są najczęściej bardzo zdesperowani, nierzadko pytają lekarza: "Co powinniśmy zrobić?". I jeśli ten odpowie, że można to życie zakończyć, bo i tak nie potrwa długo, to wystarczy delikatnie uśpić to dziecko i w ciągu kilku godzin umrze z braku wody. To się praktykuje, ale bardzo ostrożnie. Wszystko zależy od rodziców, których zazwyczaj próbuje się przekonać, że to nowe życie będzie tylko ciężarem i przeszkodą, że nie ma ono żadnego sensu.
Czy ludzie upośledzeni mogą być szczęśliwi?
Oczywiście, że tak. Jeśli rozwój człowieka zatrzyma się, powiedzmy na poziomie dwóch, trzech lat, to będzie on nieszczęśliwy tylko wtedy, gdy zostanie odepchnięty i nie będzie odczuwał miłości. Nigdy nie można zakładać, że upośledzony człowiek na pewno będzie nieszczęśliwy.
Jakie są skutki powszechnego praktykowania eutanazji? Czy widzi pan jakieś zmiany w społeczeństwie?
Jednym z najbardziej tragicznych efektów jest pogłębiający się smutek starszych ludzi. Nie są wyprowadzani z błędu, że pod koniec swojego życia są już tylko trudnym do zniesienia brzemieniem. Zetknąłem się kiedyś z następującym przypadkiem: pewien ciężko chory człowiek zdecydował razem z dziećmi, że nadszedł właściwy czas, by umarł. Zdecydowano się na eutanazję, zaczęto rozmawiać o terminie. Dzieci zaproponowały, by "zrobić to" we wtorek albo w środę - oni będą mieli czas na przygotowanie pogrzebu, a przyjaciele, by na niego przyjechać. Gdy nadszedł moment eutanazji, tuż przed zrobieniem zastrzyku, lekarz zapytał pacjenta, czy podtrzymuje swoją decyzję. On na to: "Doktorze, gdybym mógł pożyć jeszcze przez chwilę, byłoby lepiej". Na co lekarz: "Jak to? Przecież zgodziłeś się, podpisałeś wszystkie papiery?". "No tak, ale dlatego, że chciałem sprawić przyjemność swoim dzieciom".
Twierdzi pan, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach można człowiekowi przywrócić jego godność. Proszę podać jakiś dowód na to, że jest to możliwe.
Przytoczę dwa przypadki, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Pewien mężczyzna w wieku 50 lat umierał na raka. Pewnego dnia syn powiedział do niego: "Tatusiu, gdym miał to, co ty, zabiłbym się". Ojciec odrzekł: "Gdybyś leżał w łóżku, w którym ja leżę, z chorobą, na którą ja choruję, wiedząc, że już nie pożyjesz długo, nie mówiłbyś tak. Zapamiętaj na zawsze, że każdego dnia, kiedy budzę się rano i patrzę przez okno na świat, jestem szczęśliwy, że jestem tu z tobą". Umarł kilka tygodni później.
Inny przypadek. 41-letni mężczyzna miał tak umiejscowiony nowotwór, że jego język wisiał bezwładnie na zewnątrz, przykro było patrzeć. Ten człowiek nie mógł normalnie jeść ani pić, karmiony był przez rurkę umieszczoną w nosie. Kiedyś przez swoją żonę zapytał, czy mógłby się napić ze mną piwa. Pielęgniarki powiedziały mi, że lubi mocne, belgijskie piwo, i codziennie wypijałem z nim jedno piwo. Musiałem przenieść wizyty u niego na koniec dnia, inaczej nie mógłbym normalnie pracować. On właściwie nie czuł żadnych smaków ani zapachów, bo dostawał piwo przez rurkę, ja rozmawiałem z nim, pijąc ze swojej szklanki. Gdy zmarł, jego żona powiedziała mi, że to codzienne piwo przywróciło mu godność, gdyż był traktowany jak istota ludzka, a nie jak cierpiący obiekt.
Jak podsumowałby pan zjawisko eutanazji?
Czy wiedzą panowie, jaki jest problem z lekarzami? Jako zbawcy ludzkości chcą sukcesów. Przychodzi pacjent, zostaje wyleczony, wraca do pracy i to jest sukces. Umierający nie przynosi żadnych sukcesów, kończy na cmentarzu, czasem via kościół, jeśli jest wierzący, i tyle. Niektórzy lekarze tego nie lubią, gdyż nie mogą powiedzieć światu: "zobaczcie, jak wspaniale wyleczyłem tego człowieka", i często przyspieszają proces umierania. Lekarz jako pan życia i śmierci - to mentalność eutanazji.
Rozmawiali Maciej Bodasińki i Lech Dokowicz
Fot. Lech Dokowicz
|