Rzeczpospolita
31.01.03 Nr 26
program telewizyjny
felieton wydanie dodatki
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


ROZMOWA JACKA CIEŚLAKA Z WOJCIECHEM MANNEM

Chomik w obłędnym kołowrotku

FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

Jest jedną z najpopularniejszych postaci polskiego radia i telewizji. Zaczynał jako dziennikarz muzyczny, teraz znamy go jako prezentera, gospodarza talk-show - rozbrajającego publiczność ironicznym, chwilami sardonicznym, angielskim poczuciem humoru. Realizował audycje radiowe "Mój magnetofon", "Muzyczna poczta UKF", "Bielszy odcień bluesa", "Dyskoteka pod gruszą", "Radio Mann". Potem poznaliśmy jego telewizyjne programy satyryczne, w których występował wraz z Krzysztofem Materną: "Za chwilę dalszy ciąg programu", "MdM", "MdM po godzinach". Obecnie prowadzi w telewizji tylko "Szansę na sukces".

Rz: Telewizyjna Jedynka pana nie chciała, Puls zbankrutował - co pan teraz robi?

Teraz to się nazywa, że my odeszliśmy z Jedynki, a to nieprawda... Gdy skończyła się nasza przygoda z Pulsem, przedstawiliśmy TVP trzy pomysły programów. Do dzisiaj nie mamy odpowiedzi. Widocznie nie były ciekawe. Widocznie nas nie chcieli.

Rz: Czy gdyby nie dał pan sam sobie pracy w radiu Pogoda, którego jest współwłaścicielem, miałby pan co robić?

Zniknąłem z anteny TVP 1, ale muszę podkreślić, bo nie jestem niewdzięcznym łobuzem, że wciąż prowadzę "Szansę na sukces" w Dwójce. Szczęśliwie dojechałem do jubileuszu 10-lecia. Zacząłem pisać tłumaczenia piosenek do "Dużego formatu", co bardzo mi się podoba. Mam felieton w "Elle". A już bardzo dawno temu postanowiłem, że kiedy nic nie będzie mi się udawać, zawsze mogę uczyć angielskiego i jakoś przeżyję.

Rz: I nie odczuwa pan głodu telewizji?

Oglądając to, co dzieje się dookoła, sam przed sobą odgrywam scenki, które bym zrobił z Krzyśkiem Materną. Szkoda, że nie ma gdzie tego pokazać.

Rz: A co pan sądzi o obecnej radiowej Trójce?

Może wykluje się z tego jakaś ciekawa forma. Ale żal mi tego dawnego, trochę elitarnego radia. Wpuszcza się na antenę ludzi nieprzygotowanych, gadających głupstwa. Jak można wymagać od stacji, żeby była jednocześnie publiczna, przynosiła zyski i miała słuchalność. Kwadratura koła.

Rz: Ma pan jeszcze tam jakieś okienko?

O północy. To jest zepchnięcie na radiowy cmentarz, ale czy ja się skarżę? Nie chcę być wesołym dyskdżokejem pod dyktando.

Rz: Porównajmy cenzurę polityczną PRL i tę współczesną, wynikającą z ekonomii oraz fetyszu oglądalności.

W tamtych czasach było jednak okropnie. Człowiek sam siebie ostrzegał, żeby nie powiedzieć czegoś, bo na pewno wytną. Żyliśmy w schizofrenicznym poczuciu, co mogę w domu, a co na antenie. Straszny był ten brak swobody i wolności. Tylko głupi mogli być zadowoleni, że ktoś mówi im, jak u Mleczki - co jest naprawdę, a co dla jaj. Pod stołem pół litra, a na stole ciastko. Teraz mamy, niestety, dyktat oglądalności i słuchalności. Zachowanie ludzi mediów przypomina mi chomika w obłędnym kołowrotku. Kręci się, kręci i donikąd bidulek nie dobiegnie, prędzej umrze od tego biegania. Jeśli ktoś jest dobry, to nie jest dla wszystkich. Program przesuwają mu na późniejsze godziny. Wtedy siłą rzeczy ma gorszą oglądalność, mniejszą widownię. Za karę jest na antenie po północy, w końcu słyszy: "To nie jest popularne, dziękujemy panu". Brakuje szefów, facetów z jajami, ale to może być kobieta, obojnak, kosmita, byle tylko pokazał, jaką koncepcję chce realizować. A nie miotał się straszliwie, byle tylko przytrzymać widza i powiedzieć w okienku "oglądalność 7 koma 8, jestem dobry". Co to jest 7 koma 8 oglądalności? Pan Jerzy Wasowski uczył mnie, że muszę grać najlepiej jak potrafię, nawet jeżeli na sali tylko jeden gość rozumie, o co chodzi. Ale to jest szkoła dinozaurów. Piosenki pana Wasowskiego nie powinny być nadawane, bo obniżają słuchalność, oglądalność... nie są wystarczająco łomotliwe i głupie. Jeżeli telewizja jest populistyczna, goni za wielką widownią, która konsumuje reklamy, niech nie udaje, że ma jakąś misję. W Ameryce jest PBS, Anglicy mają BBC, a my nie mamy nic.

Rz: Wolałby pan zapomnieć o obecnym okresie w życiu zawodowym?

Nie wiem. Z jednej strony mam poczucie, że zawsze można by coś jeszcze, z drugiej strony jestem leniem i nic mi się nie chcę, a z trzeciej - mam coraz mniejszą ochotę wyrywać się do różnych zadań, co pewnie wiąże się z wiekiem, ilością rzeczy poznanych, zrobionych. Pewnie, że mógłbym więcej. Ale cały czas bym narzekał.

Rz: Kiedy był pan bardziej aktywny w telewizji, w teatrze - musiał się pan chyba bardzo zmuszać?

To była pułapka, w którą sam wpadłem. Ciesząc się, że nie mam uregulowanego rodzaju pracy, brałem kolejne zadania, i okazywało się, że pracuję nie od od 8.00 do 6.00, tylko od 8.00 do 8.00. Myślałem, że jeśli daję sobie radę, wszystko jest w porządku. Aż jeden kolega powiedział, że brakuje tylko tego, bym mu do domku przez okienko w piekarniku zajrzał. Tyle było mnie wszędzie.

Rz: Nie czuł pan, że zaczyna chałturzyć?

Chałtury mi się zdarzały, ale nazwałbym je wypadkami przy pracy. Nigdy nie miałem napędu, żeby brać wszystko jak leci. Szczególnie takie długie wyjazdowe propozycje. Tu Wrocław, potem jeszcze wystąpimy w Koninie, zaraz obok będzie Poznań, więc skoczymy, i jeszcze Szczecin da się jakoś upchnąć. Pierwszą chałturą, na jaką się z Krzyśkiem Materną entuzjastycznie zgodziliśmy, nie mając świadomości, czym to grozi, były występy na "Batorym". Mieliśmy wpisane w kontrakcie rozbawianie pasażerów, bycie dyżurnymi małpami. Naprawdę chciałem skoczyć w morskie odmęty, żeby nie robić tego więcej. To było coś okropnego. Publiczność nie zajmowała się programem artystycznym, ale handlem od portu do portu oraz piciem alkoholu w ilościach, jakich jeszcze nie widziałem. Potem zdarzały się pojedyncze wpadki. Pamiętam występ w Katowicach. Poczułem, że coś jest w nie tak, gdy na moje pytanie, kto po kim wchodzi na estradę, organizator powiedział, żebyśmy sami to sobie ustalili. Uciekł w połowie występu nie płacąc nikomu.

Rz: Gdy program gwałtownie obniża poziom, potrafi pan schronić się w autoironię.

Musi być jakiś ratunek. Gdy coś dzieje się nie tak, trzeba reagować. A mam dystans do siebie, do świata, gdybym wszystko brał poważnie, już dawno bym się wykończył. Poza tym publiczność ma znakomity instynkt, wyczuwa, kiedy jestem naprawdę z nią. Staram się nie podlizywać, nie lubię beznadziejnych okrzyków "jesteście wspaniali!". To jest ordynarne wkupywanie się w łaski. A oni swoje wiedzą.

Rz: Zaczynał pan od kabaretów językowych, a w latach 90. próbował się odnaleźć w nieco jarmarcznej rzeczywistości, pokazując "ciekawych" ludzi, pajacyki, gazetowe chochliki.

Nie wyczerpaliśmy starych tematów i inspiracji, ale chcieliśmy zrobić intrygujący program w naszym stylu, teraz to się nazywa talk-show i ma złe konotacje. Chodziło o to, żeby omijać tak zwane gwiazdy, bo to zawsze jest pójście na łatwiznę. Woleliśmy pokazać, że motorniczy, który zdobył wicemistrzostwo Europy w zawodach tramwajowych w Pradze Czeskiej, jest bardziej fascynujący niż powszechnie znana osoba zwierzająca się, jak ma urządzoną sypialnię. Dowiedliśmy tego. Pokazaliśmy gościa, który przyciągał żelazka, i konstruktora drewnianych rowerów. Elementy jarmarczne znalazły się w programach siłą rzeczy - na przykład durne rymowane pożegnania, straszna szmira, na pograniczu chamstwa. Ludzie to uwielbiali. Nie chcieliśmy rezygnować. Pajacyki były przebojem "MdM" przez dłuższy czas.

Rz: Czasami można było mieć wrażenie, że naśmiewacie się panowie ze swoich gości.

Nigdy nie miałem takiego zamiaru. Po prostu nie ukrywamy naszego amatorstwa. Nie jesteśmy wytresowanymi konferansjerami, chociaż moglibyśmy mieć kamienną twarz. Na początku próbowaliśmy nawet tępić bardzo osobiste, prywatne reakcje. Programy były montowane, wycinaliśmy śmiech. Potem doszliśmy do wniosku, że publiczność lubi najbardziej to, co spontaniczne, improwizowane. Świadomie rozśmieszałem Krzyśka, który, gdy go "ugotować", staje się wyjątkowo zabawny.

Rz: Czy panów relacje zawodowe nie odbijały się na przyjaźni?

W ostatniej chwili uratowaliśmy się. Mieliśmy w planach zamieszkanie obok siebie, przez płot. I to by była tragedia. Mielibyśmy siebie przez całą dobę, przez cały rok. Pojechalibyśmy jeszcze na wakacje i pozarzynali się nożami. Przyjaźni nie można przedawkować. Ale zawsze będę powtarzał, że jesteśmy jednym z bardzo nielicznych duetów, który przetrwał tyle lat, nie pokłócił się o pieniądze, o popularność. Tak się dopasowaliśmy, tak zrozumieliśmy własne słabości, że wciąż istniejemy. Mamy własną firmę.


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.