20.10.06 Nr 246
   MIXER: KLUBY, KULINARIA, DLA DZIECI, DLA RODZINY
NOWE MIEJSCE U Kucharzy
Kuchnia na wierzchu

Takiego spektaklu kulinarnego nie da się wyreżyserować! W restauracji U Kucharzy gości obezwładniają zapachy wyjętych właśnie z pieca drożdżowych bułek i migdałowych florentynek

wir_a_43-1.F.jpg
Restauracja "U Kucharzy"
ROBERT GARDZIŃSKI

Na zapleczu Hotelu Europejskiego powstała kapitalna restauracja. U Kucharzy to miejsce wyjątkowe, zarówno ze względu na świetną kuchnię z prawdziwym przedwojennym polskim menu, lokalizację, jak i wreszcie odważny pomysł wprowadzenia i usadzenia gości tam, gdzie gotują kucharze. W kuchni postawiono po prostu dwa barowe stoły z surowego drewna i wysokie krzesła, dzięki temu pracę kucharzy oglądamy jak kulinarny performance. Wystrój jest minimalistyczny, bo czego więcej trzeba, kiedy przestrzeń sama pachnie historią, pod stopami zachowała się przedwojenna czarno-biała posadzka, a na wyciągnięcie ręki białe kafle na ścianach?

Widowisko kulinarne, które się tutaj rozgrywa, rozmiękczy duszę i podniebienie najbardziej zdystansowanych gości. Rzędy żeliwnych patelni, lśniące miedziane rondle i stalowe garnki z grubym dnem przechodzą z palnika na palnik, z rąk do rąk. Jednocześnie przy długim kuchennym stole uwijają się kucharze, kucharki i podkuchenne, słychać, jak w tempie prestissimo nóż sieka cebulę, a wałek z szybkością bobsleja ślizga się po stolnicy. W tym perfekcyjnie funkcjonującym żywym organizmie każdy ma swoją ściśle określoną funkcję. Starszy piekarz z czułością zagniata ciasto, zaplata w warkocze, przysypuje makiem i wkłada do pieca - co kilka minut podgląda, bo może chałki już doszły? Ktoś inny wyjmuje z pieca porcelanowe talerze i wazy do zupy, bo już wystarczająco się rozgrzały. Tuż za moimi plecami cukierniczka gniecie ciasto, blachę pokrywa równomiernie grubą warstwą migdałów, a do rondla przekłada lśniącą pomarańczową skórkę. Już za moment gigantyczna, pachnąca bosko florentynka wyciągana jest z pieca i roztacza wokół swój nieziemski zapach.

Ciasto na kluski kładzione, z dziurką i poznańskie pyzy, sosy, mięsa i pasztety - wszystko tworzy się na naszych oczach, a vista, bez żadnych sztuczek. Takiej atmosfery nie uda się wyreżyserować! No może udało się to jednemu człowiekowi na ziemi - Peterowi Greenewayowi w słynnym filmie "Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek". Dodatkowo maitre sali to sympatyczny, stylowy gość, a kelnerka, która podaje espresso, jest pulchna i ciepła jak najukochańsza ciocia.

Zestaw niedzielny, rodzinny, rozpoczęłabym od pasztetów domowej roboty oblepionych cienkimi plastrami boczku z królika i sarny. Zwięzłych, podawanych pięknie i prosto obok smacznej żurawiny i sosu ze świeżo tartego chrzanu. Albo od skrobanego tatara z posiekanymi sardelami, cebulą, ogórkiem kiszonym i marynowanym grzybkiem. Zacząć też można od świetnego karpia po żydowsku. Potem zupa - polecam krem z dyni delikatnie podprawiony kieliszkiem sherry albo klasyczny aromatyczny rosół. Tutejsze dania główne to wspaniały pochód mięs. Wielka cielęca szynka, upieczona do miękkości, jest wprost bajeczna! Cielęce ragout w esencjonalnym sosie albo sztukamięs z kwiatkiem, "danie domu Europejskiego", czyli plastry pysznej, soczystej wołowiny z przerostem tłuszczyku, podawane z piekielnie smacznym sosem chrzanowym, ziemniakami i warzywami z wody. Każda potrawa podawana U Kucharzy ma swoje entrée - wjeżdża na drewnianym stoliku na kółkach w asyście szefa kuchni, kucharzy i podkuchennych.

Przyjdźcie na ul. Ossolińskich o godzinie 14, kiedy prosto z pieca wyjmowany jest rewelacyjny kurczak po polsku, rumiany, pieczony w całości z pysznym nadzieniem z bułki, wątróbki i drobno posiekanej zielonej pietruszki z dodatkiem masła, albo o godz. 16 na cielęcinę. Do mięs podają tutaj albo mizerię z ogórków ze śmietaną, albo glazurowaną marchewkę z miodem i świeżym imbirem, czy delikatne buraczki i kiszone ogórki.

Firmowym znakiem tego miejsca pozostanie koszyk z pieczywem, świeżutkie pachnące masło i fortepian ustawiony pośród najbardziej smakowitych dźwięków świata. Na deser jeszcze ciepła florentynka, rozpadająca się w palcach, szczelnie przykryta płatkami migdałów i kojący myśli kisiel żurawinowy. Kwaskowy, z odrobiną ubitej śmietany. Ceny są bardzo rozsądne, bo za obiad dla czterech osób rachunek wyniósł niecałe 350 zł.

Maria Synoradzka


  • Jedzenie 4+
  • Jedzenie 4+
  • Atmosfera 5+
  • Obsługa 5
  • Skala: 1-5




Drukuj artykuł Drukuj artykuł Wyślij artykuł Wyślij artykuł

 

| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.