Nie znam innej gazety poza "Rzeczpospolitą", w której mogłabym pracować, i to tak długo - ponad dziesięć lat. Co mi w "Rz" odpowiada? To jedyny dziennik, w którym pozwolono mi zostać sobą. Mogę bez obaw wygłaszać własne opinie, niekiedy odosobnione i niepopularne. I nigdy żaden szef nie ingerował w moje teksty, nie próbował forsować tego, co jemu bliskie. Powie ktoś - bo kultura, a zwłaszcza sztuka, to dziedziny niezależne od polityki. Błąd. W każdej dziedzinie - także tej, w której się udzielam - zdarzają się naciski. Niektórzy ministrowie kultury mają swoich artystycznych ulubieńców; tu i ówdzie lokalni decydenci "cenzurują" program galerii. Układowe gazety przyklaskują każdej decyzji władz. W "Rz" mogę otwarcie polemizować z posunięciami, które wydają mi się chybione. Mogę krytykować okrzyczane gwiazdy, a lansować mało popularnych, moim zdaniem godnych uwagi twórców. Rozliczam się sama ze sobą, z własnym sumieniem. W "Rzeczpospolitej" nikt nie usiłuje tego zrobić za mnie.
Monika Małkowska