Rzeczpospolita
29.05.04 Nr 125
Drukuj artykułWyślij artykuł
Warszawski mały sabotaż - pierwsza linia Polski Walczącej

Piasek sypany w oczy

Kadr z filmu "Robota wawerska", nakręconego w Warszawie przez Ludwika Zaturskiego

(C) CBW/REPR. PIOTR KOWALCZYK

TOMASZ STAŃCZYK

W pierwszym miesiącu niemieckiej okupacji w Warszawie studentka Elżbieta Zahorska zdarła hitlerowski plakat propagandowy. Wojskowy sąd polowy skazał ją na śmierć. Wyrok wykonano na początku listopada.

Jeśli miała być to przestroga i próba zastraszenia mieszkańców miasta - to nie udało się. Niemal jednocześnie ze straceniem Zahorskiej hitlerowskie afisze zostały "ozdobione" i ośmieszone małymi nalepkami.

... a my was w d... mamy!

Aleksander Kamiński, człowiek, którego nazwisko nierozłącznie związane jest z pojęciem małego sabotażu, wspominał: "Był to początek listopada 1939 roku. Rozpacz i beznadzieja wżerały się w serca ludzi, z ponurymi twarzami kroczących wśród świeżych ruin miasta (...) Właśnie poprzedniego dnia na murach Warszawy rozplakatowano setki tysięcy wielkich żółtych płacht, na których nowo mianowany generalny gubernator Frank oznajmiał o ostatecznym zlikwidowaniu Państwa Polskiego i dyktował zasady nowej politycznej rzeczywistości. Gdziekolwiek sięgnął wzrok - wszędzie żółte płachty niemieckiej proklamacji. Starałem się szybko je wymijać, podrażniony w najwyższym stopniu, tak jak wszyscy Polacy, treścią i tonem proklamacji. Naraz na którymś z rogów Marszałkowskiej dostrzegam, że przechodnie po jednym, po dwóch zbliżając się na chwilę do któregoś z afiszów, uśmiechają się i idą dalej. Podszedłem. Na wielkiej, żółtej płachcie, na czarnym, obcym gotyku liter - zdanie: "Marszałek Piłsudski powiedziałby: A my was w d... mamy". Przez chwilę stałem oszołomiony, a potem i ja nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu (...) A gdy mijałem groźnie maszerujący batalion piechoty - do taktu niemieckich kroków uporczywie wracał refren nalepki: " A my was w d.. mamy".

"Alek" zrywa niemiecką płytę z pomnika Kopernika. Rysunek z drugiego, konspiracyjnego wydania "Kamieni na szaniec".

(C) ZBIORY ZBIGNIEWA DUNIN-WILCZYŃSKIEGO

Nalepka, która rozbawiła i pokrzepiła Kamińskiego, była dziełem organizacji PLAN.

"Wawer"

Pod koniec 1940 roku powstała, z inspiracji Aleksandra Kamińskiego, działacza harcerskiego i wówczas redaktora "Biuletynu Informacyjnego", pisma ZWZ - Organizacja Małego Sabotażu "Wawer". Była to, jak wspominał Czesław Michalski, jego zastępca w "Wawrze", organizacja społeczna, niestawiająca warunków natury ideologicznej, mająca natomiast powiązania z ZWZ. Wawer w nazwie organizacji przypominał o masakrze mieszkańców podwarszawskiej miejscowości dokonanej w grudniu 1939 roku przez Niemców w odwet za zabicie dwóch niemieckich żołnierzy przez kryminalistów. "Wawer pomścimy" - taki napis pojawił się na murach, płotach i parkanach Warszawy, podobnie jak później "Pawiak pomścimy" i "Oświęcim".

Kamiński definiował zadania małego sabotażu jako ciągłe uzmysławianie okupantowi wrogości otaczającego go świata i jako obrzydzanie kontaktów własnego społeczeństwa z wrogiem. Pisał w "Wielkiej grze", że mały sabotaż jest ostrą bronią. "Nie zabija on, to prawda, ale za to kłuje, i to kłuje dokuczliwie. Działa jak piasek sypnięty w oczy, jak ukłucie komarów lub os, jak drzazga wbita pod paznokieć". Z drugiej strony mały sabotaż, którego efekty były widoczne dla każdego, krzepił warszawiaków przygnębionych klęską wrześniową i nękanych niemieckim terrorem. Był, jak pisał Kamiński, "pierwszą linią Polski Walczącej", zanim zaczęła się wielka dywersja i akcje partyzanckie Armii Krajowej. Stanisław Broniewski "Orsza", naczelnik Szarych Szeregów, pisał we wspomnieniach, że połowę członków "Wawra" stanowili harcerze. Oddano im cały okręg południowy organizacji. Do pracy w małym sabotażu przystąpiły hufce Mokotów Górny, Mokotów Dolny, Ochota i centrum Pragi. W akcjach brali udział przyszli bohaterowie książki Kamińskiego "Kamienie na szaniec" - Jan Bytnar, Maciej Aleksy Dawidowski, Tadeusz Zawadzki, przyjaciele z liceum im. Batorego i z 23. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Debiutowali oni zresztą w działaniach organizacji PLAN.

Wojna warszawsko-niemiecka

Na wiosnę 1941 r. rozpoczęła się, uwieńczona sukcesem, "akcja fotograficzna" - wybijanie szyb w zakładach fotograficznych, które wystawiały fotografie umundurowanych Niemców, i w sklepach mających wywieszki w języku okupanta. Polewano kwasami ubrania kobiet prowadzających się z Niemcami. Kwas i gaz stosowano w salach kinowych, by zniechęcić do chodzenia na filmy, z których dochód szedł na potrzeby niemieckiej machiny wojennej.

Od jesieni 1941 r. malowano na murach żółwie, zachęcając do opieszałej pracy tych, którzy musieli pracować na rzecz Niemiec. Najbardziej udane wyszły, na Starówce, spod ręki Eugeniusza Poredy, aktora, ale także scenografa.

Z początkiem wiosny 1942 r. ukazała się warszawiakom kotwica, znak Polski Walczącej. Stał się legendą i jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli polskiej historii. "To, że znak kotwicy utrwalił się w Warszawie na cały czas okupacji - było w pierwszym rzędzie zasługą «Zośki», któremu z tej racji Mały Sabotaż nadał zaszczytne imię Kotwickiego." - pisał Kamiński w "Kamieniach na szaniec". Przez dwa tygodnie, od 20 marca do 3 kwietnia 1942 r., znak Polski Walczącej malowało ponad 400 osób. Jan Bytnar, legendarny "Rudy" z Szarych Szeregów, namalował ją na cokole pomnika Lotnika, który stał wówczas na placu Unii Lubelskiej, tuż obok osławionej alei Szucha. Wawerczycy dekorowali miasto biało-czerwonymi flagami 3 maja. Aby uzyskać czerwony materiał na nie, zdzierali ogromne niemieckie flagi. Jan Bytnar ściągnął taką z gmachu Zachęty, wówczas Domu Niemieckiej Kultury. Czesław Michalski podaje, że rekordzistą w wieszaniu flag był Bronisław Pietraszewicz "Lot", późniejszy uczestnik zamachu na generała Kutscherę.

Ta "wojna warszawsko-niemiecka" (tytuł książki Michalskiego) polegała również na pojedynku z niemiecką propagandą. Gdy pojawiło się na murach miasta obwieszczenie o egzekucji podpisane przez generała SS i policji Modera, poprawiano je na Mšrder - morderca. Jeden z wawerczyków Maciej Chołoniecki zrobił taką poprawkę 500 razy. Chołoniecki był pierwszym wawerczykiem, który zapłacił życiem za swoją działalność. Aresztowany podczas rozklejania nalepek, został wysłany do obozu Auschwitz, gdzie zginął.

Kopernik i Kiliński

Na mapach ilustrujących postępy armii niemieckiej w Rosji dopisywano datę 1812. Wawerczycy wykorzystali też do nadania polskich melodii wojskowych "szczekaczki" - umieszczone na ulicach głośniki, przez które Niemcy rozpowszechniali swe propagandowe informacje. Taką akcję przeprowadzono na placu Wilsona w dzień święta narodowego, 3 maja 1943 r.

Pomysłodawcą był Stefan Rodkiewicz, a jednym z wykonawców - Jerzy Zborowski, "Jeremi", późniejszy zastępca dowódcy batalionu "Parasol".

"Gadzinówkę" - wydawany przez Niemców "Nowy Kurier Warszawski" - stemplowano patriotycznym nadrukiem, także znakiem Polski Walczącej. Majstersztykiem było wydanie falsyfikatu tej gazety, z tekstem o polskim lotnictwie w Wielkiej Brytanii. Najbardziej ryzykowną, a zarazem chyba najgłośniejszą akcją wymierzoną we wrogą propagandę było zdjęcie niemieckiej tablicy z pomnika Kopernika przez Macieja Aleksego Dawidowskiego w lutym 1942 r. Zyskał wówczas przydomek "Kopernicki". Gdy w odwecie Niemcy usunęli pomnik Kilińskiego i ukryli go w Muzeum Narodowym, Dawidowski namalowal wielki napis na gmachu: "Ludu Warszawy, jam tu. Jan Kiliński". Wyczynem było też spalenie przez Czesława Zadróżnego makiety litery V, na placu Piłsudskiego (literę V niemiecka propaganda przejęła jako symbol zwycięstwa).

Mały sabotaż był szkołą odwagi, opanowania i dyscypliny, wstępem do wielkiej dywersji i walki partyzanckiej.

Grzegorz Łyś Konspiracyjny werbunek

Drogi do organizacji konspiracyjnych, które dały początek AK, były różne. Inne w Warszawie, inne na wsi, gdzie wszyscy się znali. Odmienne w GG niż na wielonarodowych kresach. Największą rolę odgrywały wszędzie więzy i kontakty rodzinne i przyjacielskie, w przypadku najmłodszych szkolne i harcerskie. Wspólny był jednak przede wszystkim "mocny duch patriotyczny". Młodzież wychowana w II Rzeczypospolitej miała niezachwiane przekonanie, że pomimo wrześniowej klęski Polska znów wkrótce odzyska niepodległość. Wielu z nich było za młodych, by uczestniczyć w konspiracji od samego początku, ale wszyscy wiedzieli, że ta chwila nadejdzie. I czekali na nią.

Mirosław Spiechowicz "Sokół"

Z BASZTY NA POLESIE

- Na początek wybraliśmy feldfebla Wehrmachtu. Przechodził wiaduktem nad dworcem Gdańskim w stronę Żoliborza. Po prostu podszedłem, przystawiłem mu lufę do żeber i wyciągnąłem z kabury pistolet. Zrobił się blady jak papier. Miał bardzo ładne parabellum, które najwyżej, po visie, ceniliśmy. I zaraz z kolegą, który ubezpieczał, zniknęliśmy, a on dalej stał tam jak baran. Wrażenie było mocne. Ja nigdy przedtem na nikogo przecież nie napadałem, nikomu nie groziłem bronią. Ale tu był stan wyższej konieczności. Działaliśmy na rozkaz i w ramach szkolenia. Potem to stopniowo spowszedniało. Nigdy jednak nie robiliśmy rozbrajania na własną rękę. W moim środowisku uważaliśmy, że w pojedynkę można się zajmować bandytyzmem, a nie walką o niepodległość.

Od początku okupacji cierpliwie szukaliśmy kontaktów organizacyjnych. Byliśmy i czuliśmy się harcerzami. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później znajdziemy miejsce w harcerskiej strukturze. Potrzeba służenia krajowi była w nas silniejsza niż wszystkie inne uczucia. Głęboko, naprawdę całą duszą, wierzyliśmy, że zniewolenie kraju jest tylko przejściowe. Ja i większość moich szkolnych kolegów z Żoliborza, trafiliśmy do batalionu "Baszta", który powstawał głównie z łączenia się takich koleżeńskich i harcerskich grup. W grudniu 1941 złożyłem przysięgę na ręce Ludwika Bergera "Hardego", charyzmatycznego harcmistrza, aktora jednego z warszawskich teatrów. To on właśnie współtworzył "Basztę" i początkowo dowodził kompanią "Howerla", w której się znalazłem. Przydzielono mnie do grupy do zadań specjalnych P-13, której zadaniem było zdobywanie broni, pieniędzy, dostarczanie samochodów na akcje itp. Trwało to dwa lata, ale ponieważ działałem dość czynnie, zaczęło mi się robić w Warszawie za ciasno. Cztery razy tylko dzięki szczęściu uniknąłem aresztowania. W końcu skierowano mnie do 30. Poleskiej Dywizji Piechoty AK. Z Warszawy wyszedłem z legendarnym cichociemnym, kapitanem "Wanią" (dr. Alfredem Paczkowskim). Zaczęliśmy robić "Burzę" na Polesiu. Ale to już inny rozdział.

MAŁY SABOTAŻ

(C) RYTM

Kierownictwo wojskowe kraju oraz wszystkie ugrupowania polityczne zajmują jednolite stanowisko w stosunku do walki z okupantem: w obecnych warunkach i w obecnym czasie niewskazana jest zarówno akcja powstańcza jak i sabotaż o charakterze wojskowym. Osiągnięty obecnie z tego rodzaju akcjI zysk - nie pokryłby nawet w części ofiar, jakie by spadły za tę akcję na społeczeństwo.

Są jednak pewne formy sabotażu w chwili obecnej nie tylko dopuszczalne, ale nawet nakazane. Każdy z nas - mężczyźni, kobiety, młodzież, zorganizowani i chodzący luzem - każdy z nas musi wziąć czynny udział w tej akcji małego sabotażu. Sabotażu, który nie narazi nikogo na szkody, a jednocześnie utrudni wybitnie codzienne życie okupanta.

Oto przykłady małego sabotażu: 1. Przeciąganie czasu pracy, wykonywanej na zlecenie okupanta w swoim zawodzie. 2. Różne "pomyłki", zrobione w robotach zleconych przez Niemców, 3. Fałszywe informowanie Niemców pytających o drogę (tracą benzynę i czas). 4. Opowiadanie: "nie rozumiem" - na wszelkie próby nawiązania kontaktu, nieprzyjmowanie żadnych usług niemieckich nprz. w pociągach, tramwajach (wytwarza poczucie nieżyczliwości, wrogości). 5. Lekceważenie wszelkich rozporządzeń niemieckich, niedbałe ich wykonanie, odkładanie na ostatnią chwilę etc. 6. Różnego rodzaju "psie figle" (anonimowy donos do Gestapo na jakiegoś gorliwego volksdutscha, przylepianie na słupie reklamowym lub na "niczyim" parkanie antyniemieckiego wiersza, aforyzmu, dowcipu). Chwila skupienia pozwoli każdemu z nas rozszerzać i uzupełniać podane tutaj przykłady coraz nowymi pomysłami.

Jasnym jest, że masowe i codzienne stosowanie "małego" sabotażu - uczyni pobyt nieprzyjaciela na terenie okupowanym uciążliwym i przykrym.

"Mały" sabotaż - otwiera perspektywę dla codziennej, patriotycznej aktywności każdego z nas. Zaspakaja jakby potrzebę serca, dręczonego musem obecnej bierności wojskowej. Ważnym jest tylko, aby rzecz nie ograniczyła się do chwilowego zapału i rozmów w patriotycznych gronach. Ważnym jest codzienna i powszechna realizacja sabotażu.

Artykuł Aleksandra Kamińskiego "Mały sabotaż". "Biuletyn Informacyjny", Warszawa, 1 XI 1940.


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.