|
2008.06.15
Na tej hossie prawie wszyscy stracą
{Emil Szweda} Analityk | Open Finance
Wzrost cen żywności cieszy wciąż wąską grupę inwestorów, którzy wyczuli dobrą koniunkturę przed rokiem, kilka koncernów, które postawiły na żywność modyfikowaną genetycznie i sporą grupę rolników.
Dla pozostałych to widmo kolejnych kłopotów o nieznanej jeszcze skali. Częściowo odtajniony, pod koniec maja, przez redakcję Financial Times raport na temat cen żywności przygotowany przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Handlu (OECD) ostrzega, że wysokie ceny żywności nie są jednorazowym incydentem. Przez najbliższych dziesięć lat mają się one utrzymać na wysokim poziomie, a z powodu niskich zapasów, może dochodzić do okresowych skoków cen. Tyle, jeśli chodzi o prognozy. W raporcie mówi się o przyczynach wzrostu cen płodów rolnych w ostatnich miesiącach, ale nie jest on zbyt odkrywczy pod tym względem.
Najłatwiej winnego znaleźć w Azji
Teza, która każe się doszukiwać rosnących cen żywności w błyskawicznym rozwoju gospodarek Chin i Indii jest tyleż uzasadniona, co i opóźniona. Dwóm najliczniejszym krajom globu nie przybyło przecież z roku na rok 10 proc. obywateli. Również ich silny wzrost gospodarczy nie trwa od czterech kwartałów (a właśnie w perspektywie dwunastu miesięcy rozpatruje się najbardziej dynamiczną część rolnej hossy), a liczony jest już trzecią dekadę (patrz tabela 1).
Dlaczego więc, akurat teraz mamy do czynienia ze wzrostem cen żywności, kiedy następuje powolne schładzanie azjatyckich gospodarek? Dlaczego żywność nie drożała tak szybko pięć, dziesięć lat temu? Łatwo się domyśleć - ponieważ nie jest to jedyny czynnik wywołujący presję na wzrost cen. Aczkolwiek ten jest najłatwiej dostrzegalny, a także i mierzalny.
Przez trzy ostatnie dekady liczebność populacji Chin i Indii wzrosła o bagatela ok. 800 mln ludzi, czyli mniej więcej o 50 proc. Truizmem byłoby stwierdzenie, że ci ludzie muszą coś jeść. Rzecz w tym, że szybki rozwój gospodarczy powoduje, że ludzie chcą jeść coraz lepiej, ale też i coraz lepiej żyć - wielu z nich porzuca pracę na roli na rzecz miast, gdzie za zarobione pieniądze można kupić i więcej i lepszej żywności. Od 1990 roku przez kolejnych 15 lat liczba pochłanianego mięsa na głowę mieszkańca Chin wzrosła o 140 proc., zresztą innych produktów żywnościowych także (patrz tabela 2), a zmiany żywieniowe dotyczą także innych rynków rozwijających się.
Warto przy tym wiedzieć, że "produkcja" mięsa jest z punktu widzenia gospodarki żywnościowej bardzo droga - wyprodukowanie kilograma wieprzowiny wymaga nakładów w postaci trzech kilogramów zbóż. W przypadku wołowiny jest to aż osiem kilo. (Wypada więc być wdzięcznym opatrzności, za to, że Hindusi uważają krowy za święte zwierzęta.) Zatem wzrost spożycia mięsa na świecie jest równoznaczny ze wzrostem spożycia pasz przez zwierzęta hodowlane - choć produkcja zbóż wzrosła 1,8 do 2,1 mld ton od początku lat 90-tych, to warto pamiętać, że prawie całą dodatkową produkcję pochłonęły właśnie zwierzęta hodowlane (ok. 250 mln ton), a dopiero one trafiły na talerze liczniejszej o 25 proc. populacji ludzi.
Paliwa i biopaliwa, a ceny żywności
Jak się rzekło, trend rosnącej populacji azjatyckich, szybko rozwijających się, gospodarek nie jest niczym nowym i sam w sobie raczej nie wywołałby gwałtownego wzrostu cen żywności, a jeśli już to ich stopniowy wzrost w długim okresie. Jednocześnie jednak, aby nasycić rosnący popyt systematycznie mogłaby rosnąć powierzchnia pól uprawnych i w ten sposób ceny żywności mogłyby pozostać na stałych poziomach, tak jak pozostały do 2005 roku.
Jednak problem w tym, że rosnący popyt na żywność nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na wzrost cen. Tym drugim - sądzę, że w tym kontekście znacznie ważniejszym - jest wzrost zapotrzebowania na biopaliwa i rosnące notowania ropy.
Jeszcze w 2002 r. tylko 7 do 8 proc. kukurydzy hodowanej w USA trafiało na potrzeby przemysłu paliwowego. W sezonie 2007/08 ma na etanol zostanie przerobione ponad 30 proc. zebranego "pokarmu bogów" (tak o kukurydzy mówili Majowie), a szczególnie dynamiczny wzrost rozegrał się przez ostatnie dwa lata, gdy skala produkcji kukurydzy na potrzeby rafinerii wzrosła z 2 do 4 mld buszli (jeden buszel to ok. 35,2 litra, buszel jest miarą objętości). Nie chodzi tylko o to, że kukurydza zamiast do przemysłu spożywczego trafia do baków samochodów. Zmieniają się także preferencje farmerów - wolą oni hodować i zbierać kukurydzę zamiast pszenicy i soi (nawiasem mówiąc, także z soi można produkować komponenty dla biodisela), więc ograniczają areały przeznaczone do produkcji żywności, na rzecz upraw energetycznych (choć akurat w sezonie 2008/09 zmiany poszły w drugą stronę, za sprawą wysokich notowań pszenicy)
Trend jest o tyle ciekawy, że mimo świadomości istnienia kryzysu żywieniowego i jego dość łatwej do wytłumaczenia genezy, ani USA ani Unia Europejska nie wycofują się jak dotąd ze swoich planów dotyczących biodisela. Za dziesięć lat ekologiczne domieszki mają stanowić 15 proc. zawartości samochodowych baków w USA, a w Europie ma to być 10 proc. w 2020 roku. Unia Europejska twierdzi jednak, że chodzi o paliwa drugiej generacji, które nie będą potrzebowały produktów żywnościowych do uzyskania estrów paliwowych i wygląda na to, że w najbliższych latach rzeczywiście zrezygnuje z dopłat do produkcji biopaliw opartych na kukurydzy, soi czy rzepaku, co mogłoby zwiększyć areały rolne przeznaczone pod produkcję żywności ze zbawiennym skutkiem dla kieszeni konsumentów.
Sęk w tym, że odwrót od koncepcji biopaliw wytwarzanych z żywności wcale nie musi okazać się dobrym rozwiązaniem. W sytuacji, gdy świat zmaga się z niedoborem energii, którego pochodną jest wzrost notowań ropy naftowej, rezygnacja z suplementu ropy może przełożyć się na dalszy wzrost jej ceny. A ponieważ ceny żywności po części zależą od notowań ropy naftowej, mogą one wędrować w górę mimo zakończenia biopaliwowego eksperymentu. Obecnie biopaliwa dają zaledwie 1,3 proc. paliw płynnych ogółem. Może to niezbyt wiele, ale całkowita rezygnacja z biopaliw może dodatkowo zwiększyć niedobory na rynku ropy (o ile nie są one kolejnym mitem - nie wszyscy bowiem wierzą w to, że ropy faktycznie brakuje). A przecież ropa jest dziś konieczna dla istnienia nowoczesnych gospodarstw - uprawy trzeba obsiać, opryskać, a na koniec jeszcze zebrać zbiory i przetransportować je. Wpływ cen paliwa nie jest więc bez znaczenia na ostateczne ceny żywności w sklepach.
Niepewne zbiory
Czynnikiem trudnym do zmierzenia, a którego nie sposób pominąć przy ocenie skali kryzysu żywnościowego są zmiany klimatyczne prowadzące do anomalii pogodowych na ogromną skalę. Jedna noc przymrozków na przełomie maja i kwietnia ubiegłego roku zadecydowała o spadku zbioru owoców aż o 44 proc. (mimo zwiększenia powierzchni upraw o 11,5 proc. - dane GUS) w porównaniu do 2006 roku. A to tylko dane dla Polski, która cieszy się umiarkowanym klimatem i natężeniem katastrof naturalnych. Tymczasem inne kraje i kontynenty muszą zmierzyć się ze skutkami o wiele poważniejszych anomalii pogodowych. Tegoroczna zima w Chinach zniszczyła 10 proc. powierzchni lasów, Australia zmaga się z wieloletnimi sezonami suszy (sześć lat z rzędu w okresie 2000-2006), w tym roku suszy doświadczyły już kraje południowej Europy i Ameryki Południowej. I choć wszystko wskazuje na to, że tegoroczne zbiory - zarówno w Polsce jak i na świecie - będą naprawdę dobre, to nie sposób przewidzieć, czy kolejne sezony będą równie udane. Długoterminowe perspektywy z pewnością są bardzo złe - z brakiem wody pitnej i wykorzystywanej dla nawadniania zmierzyć się będzie musiała Australia (tu sytuacja przedstawia się najgorzej), południowa Europa i południowa Azja, która póki co czerpie wodę z rzek zasilanych przez tybetańskie lodowce. Tegoroczne zbiory mogą dać oddech ulgi, ale raczej nie wpłyną zbyt silnie na bieżące ceny na giełdach towarowych. Światowe zapasy żywności są na najniższym poziomie od 1980 roku (dotyczy to zwłaszcza ryżu) - lepsze zbiory zostaną wykorzystane do ich odbudowania, a tym samym zostaną łatwo "zdjęte" z rynku. Jeszcze przez kilka lat - nawet przy niezwykle sprzyjającej aurze - ewentualne klęski urodzaju nie doprowadzą do gwałtownego spadku cen żywności, lecz będą wykorzystywane do odbudowania nadszarpniętych zapasów.
Druga strona rachunku
Nie bardzo więc można znaleźć słabe punkty w przytaczanej na początku tekstu prognozie OECD. (poza uporczywie pomijaną przez wszystkich polityką chińskiego rządu "2+1", która obowiązuje prawie od 30 lat i zezwala małżeństwu na posiadanie tylko jednego dziecka, co w liczonej na dekady perspektywie powinno jednak obniżyć popyt na żywność). Dziesięć lat to długi okres do prognozowania, ale jeśli polityka rządów dotycząca biopaliw nie zmieni się - najlepiej z jednoczesnym spadkiem notowań ropy - wówczas przewidywania dziesięciu lat wysokich cen żywności mogą okazać się trafne.
Nie sposób wyliczyć wszystkich konsekwencji, do których mogą doprowadzić wysokie ceny żywności, zwłaszcza połączone z jej jednoczesnym niedoborem. Te najbardziej oczywiste już są widoczne - od początku roku rozruchy społeczne na tle wysokich cen/niedoboru żywności zanotowano w 30 krajach. Według ONZ pogłębienie tej sytuacji może doprowadzić do międzynarodowych konfliktów politycznych, ale to jest, póki co, czarny scenariusz.
Dla biednych społeczeństw, gdzie bieżące dochody są wykorzystywane przede wszystkim na zakup żywności, wzrost jej cen oznacza widmo głodu - tego nie da się nazwać inaczej. Dla bogatszych państw, gdzie koszyk inflacyjny przedstawia się nieco inaczej (tylko 25 proc. lub mniej dochodów przeznaczanych jest na żywność), wzrost jej cen oznacza wzrost inflacji (a co za tym idzie także stóp procentowych z widocznym także u nas skutkiem w postaci zmniejszonego zainteresowania nieruchomościami), a więc prawdopodobnie także spowolnienie gospodarcze (skoro więcej trzeba wydać na żywność i spłatę kredytów, to mniej zostaje na pozostałą aktywność konsumencką), na którym swoje piętno i tak zaczyna odciskać kryzys kredytowy, który jeszcze nie całkiem wygasł.
Wzrost cen żywności przekłada się w ponad 75 proc. na wzrost inflacji w Chinach (i niektórych krajach centralnej Afryki - za Financial Times). Już teraz inflacja przyspiesza tam do 8,3 proc. (dane za marzec) - ponieważ Chiny stanowią obecnie centrum produkcyjne świata, łatwo sobie wyobrazić, że niewiele potrzeba do tego, aby Chiny eksportowały razem ze swoimi towarami także i wzrost cen. Stosunkowo bezpiecznie mogą czuć się mieszkańcy Zachodniej Europy, USA, Kanady i Australii - tam ceny żywności stanowią mniej niż 25 proc. koszyka inflacji.
Staje się więc oczywistym, że wysokie ceny żywności oznaczać będą nie tylko wyższe rachunki w restauracjach i hipermarketach, ale mogą przełożyć się znacząco na całą światową gospodarkę. Wedle ostatnich doniesień, Międzynarodowy Fundusz Walutowy swoich szacunków wzrostu PKB w 2008 r. nie zmienił, ale ostrzegł, że wysokie ceny żywności mogą jeszcze wywrzeć wpływ na jego przewidywania.
Grupa zwycięzców
Kiedy chodzi o pieniądze nigdy nie jest tak, że tracą je wszyscy. Zawsze znajduje się druga strona, która zarabia na stratach innych. W przypadku cen żywności oczywistym beneficjentem stają się jej wytwórcy, a więc rolnicy. Już teraz budzi to pytania o zasadność polityki rolnej prowadzonej przez UE. Skoro ceny pszenicy wzrosły o 50 proc. w ciągu roku, to czy jest jeszcze sens dotowania rolników? Proponowana przez Komisję Europejską reforma rynku rolnego, reformą jest tylko z nazwy - w systemie dopłat nastąpiło niewielkie przesunięcie środków, z dopłat bezpośrednich na rzecz funduszy rozwoju regionów rolniczych.
Rolnicy stanowią jednak w uprzemysłowionych krajach bardzo wąską grupę obywateli - w USA na roli pracuje tylko 2 proc. zatrudnionych, w Polsce - kraju o bodaj najbardziej rozdrobnionym rolnictwie w całej Unii - ok. 3,4 mln ludzi na 38,5 mln mieszkańców i ok. 20 proc. ogółu zatrudnionych (dane GUS).
Inwestorów, którzy w odpowiednim momencie zajęli długie pozycje na rynku kontraktów terminowych na artykuły rolne policzyć nie sposób, ale wiele świadczy o tym, że to właśnie ich obecność odpowiada w dużej mierze za ostatnie wahania na rynku cen. Za przykład niech posłuży 40-proc. spadek notowań pszenicy od lutego do maja 2008 r. Bez inwestorów nastawionych spekulacyjnie, ruch o takiej dynamice nie byłby możliwy. Nawiasem mówiąc - choć nie ma prostych liczb, które mogłyby to udowodnić - w dużej mierze to właśnie obecność inwestorów finansowych na rynkach towarowych może odpowiadać za wzrost cen żywności w ostatnim okresie. Nie jest tajemnicą, że kapitał uwolniony z rynków akcji i nieruchomości poszukuje kolejnych rynków do lokowania i zarabiania pieniędzy. Dynamiczne zmiany notowań kontraktów na żywność (zwłaszcza od drugiej połowy 2007 roku) sugerują, że rynek kontraktów stał się jednym z nich. Na marginesie - gdyby taka hipoteza była prawdziwa, na inwestorach finansowych spoczywałaby olbrzymia odpowiedzialność za wywołanie nie tylko wzrostu inflacji, ale także za zamieszki, które wybuchły do tej pory na tle drożejącej żywności (łącznie z ofiarami śmiertelnymi). Co każe się dobrze zastanowić nad tym, czy mimo wszystko warto brać udział w tej grze i czerpać korzyści ze wzrostu cen żywności.
Monsanto wygrywa
Kiedy sprawa dotyczy cen żywności nie sposób uciec od innego problemu toczącego się niejako w tle głównego nurtu związanego z samym trendem cenowym - chodzi mianowicie o żywność genetycznie modyfikowaną (GMO). Tak się składa, że wzrost cen produktów rolnych dotyczy właśnie tych zbóż, których genotyp został znacznie zmodyfikowany i pod nową postacią jest szeroko uprawiany w USA - chodzi o soję, kukurydzę i pszenicę. Największym graczem na rynku GMO jest koncern Monsanto i naturalnie nie narzeka on na obecną sytuację rynkową - ostatnie cztery lata były dla niego nieprzerwanym pasmem bicia rekordów sprzedaży i osiąganych zysków - w 2007 r. zysk netto wzrósł o 44 proc. i zbliżył się do miliarda dolarów.
Nie będąc naukowcem bardzo trudno jest rozstrzygnąć, czy rośliny GMO są rzeczywiście szansą ludzkości, czy też jej największym zagrożeniem. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do książki "Nasiona kłamstwa" autorstwa Jeffrey'a M. Smith'a, w której szczegółowo opisano niebezpieczeństwa związane z uprawą i skutkami wykorzystania GMO. Rośliny, których materiał genetyczny zmieniono, są co prawda odporne na niektóre środki chwastobójcze (tylko te produkowane przez Monsanto), ale ceną jest obowiązek uiszczenia opłaty za ziarna (do tej pory rolnicy mieli je za darmo z własnych upraw) oraz stosowanie preparatów tej samej firmy - już samo to budzi wątpliwości, oznacza bowiem uzależnienie rolników od jednego dostawcy, a więc w istocie budowanie monopolistycznej pozycji na rynku żywności przez koncern.
Choć obawy o możliwość zachorowania po spożyciu roślin GMO rzeczywiście wydają się przesadzone, to pewne fakty przytoczone w przywołanej wyżej książce wywołują jednak uzasadnione pytania o sens tej zabawy w Boga, jakim jest tworzenie nowych gatunków na drodze laboratoryjnej. Dla przykładu - okazuje się, że krowy karmione GMO zapadają znacznie częściej na zapalenie wymion, leczone później antybiotykami. Ślady tych antybiotyków można później odnaleźć w mleku sprzedawanym w sklepach. Amerykanie to jednak dziwny naród, gotów smarować chleb masłem w spray'u. I choć Monsanto samo siebie przedstawia w roli rycerza na białym koniu zdolnym uratować świat przed widmem głodu, to pewne jest tylko to, że za taki rachunek wystawi światu rachunek godny dokonanego czynu. Pozostaje jeszcze pytanie, czy konsumenci naprawdę chcą spożywać GMO, czy też zostaną postawieni w sytuacji braku alternatywy (już teraz nie można niemal kupić nasion soi wolnych od GMO).
Wygląda na to, że zarówno koncerny podtykające nam pod nos zmodyfikowaną żywności jak i instytucje finansowe sprzedające nam produkty finansowe oparte o wzrost cen żywności, mają na uwadze niekoniecznie tylko nasz interes. I choć nie różni się to wcale od setek innych sytuacji, w których stawiani są konsumenci i inwestorzy, to tym razem sprawa jest wyjątkowa ze względu na przedmiot transakcji. Żywności (najlepiej zdrowej) potrzebują wszyscy - i biedni i bogaci. A bez dodatkowych zysków z tego światowego uzależnienia można przecież żyć.
ZMIANA STRUKTURY SPOŻYCIA ŻYWNOŚCI W KRAJACH ROZWIJAJĄCYCH SIĘ
W LATACH 1990-2005 (2005/1990)
| | INDIE | CHINY | BRAZYLIA |
| ZBOŻE | 1,0 | 0,8 | 1,2 |
| ROŚLINY OLEISTE | 1,7 | 2,4 | 1,1 |
| MIĘSO | 1,2 | 2,4 | 1,7 |
| MLEKO | 1,2 | 3,0 | 1,2 |
| RYBY | 1,2 | 2,3 | 0,9 |
| OWOCE | 1,3 | 3,5 | 0,8 |
| WARZYWA | 1,3 | 2,9 | 1,3 |
Źródło: IFPRI (za Money.pl)
Źródło: gazeta Private Banking, 15 czerwca 2008
|
|