Sztuka pomnażania majątku
2007.03.15
Zyskowne inwestycje w dobrym tonie
Ewa Bednarz, Redaktor Naczelna miesięcznika Antyki
Rynek dzieł sztuki coraz bardziej przypomina rynek kapitałowy. Zdaniem specjalistów, na rozpoczęcie budowy dobrej kolekcji wystarczy 100 tys. zł.
Bankowcy przeanalizowali notowania aukcyjne dzieł sztuki na przestrzeni dziesiątek lat i doszli do wniosku, że mogą one przynosić rocznie 10-procentową stopę zwrotu. Nowojorscy ekonomiści: Jiangping Mei i Michael Moses stworzyli - Mei Moses Fine Art Index - specjalistyczny wskaźnik odzwierciedlający koniunkturę na tym rynku. Powstały nawet fundusze inwestycyjne, takie jak Fernwood Art Investments czy London-based Fine Art Fund, które w swoich portfelach zamiast akcji i obligacji, mają rzeźby i obrazy. Philip Hoffman, dyrektor Fine Art Fund, funduszu inwestującego na rynku sztuki zapewnia, że 10-procentowy zarobek w ciągu roku jest całkowicie realny. Nie jest też gołosłowny - jego fundusz wydaje ok. 2 mln dolarów miesięcznie na zakup obrazów i rzeźb.
Płótno zamiast papieru
Opracowania analityków dowodzą, że nie ma korelacji rynku sztuki z rynkiem kapitałowym. Zainwestowanie części oszczędności w obrazy czy rzeźby może więc być znakomitym uzupełnieniem portfela inwestycyjnego i jednocześnie sposobem na dywersyfikację ryzyka, a więc zabezpieczeniem w razie załamania na rynku papierów wartościowych. Korzystne ulokowanie oszczędności nie jest jednak łatwe. Trudności sprawia odpowiedni dobór do portfela papierów wartościowych czy jednostek funduszy inwestycyjnych, a co dopiero dzieł sztuki. Oprócz znajomości rynku, śledzenia notowań aukcyjnych, niezbędna jest znajomość technik i okresów, z których twórczość poszczególnych artystów jest najbardziej ceniona. Przydaje się też wiedza na temat planowanych dużych wystaw, po których zainteresowanie prezentowanymi tam twórcami zaczyna się nasilać, wpływając tym samym na wzrost cen. Prawidłowość ta dotyczy również sponsorowania twórców współczesnych przez wpływowych marszandów i dużych kolekcjonerów. O intratności inwestowania w sztukę świadczą kolekcje polskich instytucji finansowych: banków i towarzystw ubezpieczeniowych, które są właścicielami kilkuset obrazów najwybitniejszych artystów.
Sześć z dziesięciu największych banków przyznaje się do świadomego inwestowania w sztukę. Preferują dzieła polskich XIX-
-wiecznych malarzy, ale nie tylko. Powodzeniem cieszy się klasyka współczesnego malarstwa polskiego, a Grupa ING postawiła tylko i wyłącznie na dzieła powstałe po 1990 roku. Kupowane przed laty za przysłowiowe grosze, dziś mają wielokrotnie większą wartość.
Doradca załatwi Picassa...
Zainteresowani inwestowaniem części swoich oszczę-dności w sztukę mogą skorzystać z ofert działających na rynkach rozwiniętych funduszy i dużych banków. UBS, ABN Amro, Deutche Bank, Citigroup czy JPMorgan oferują specjalistyczne usługi, określane jako art banking. Pracujący w nich doradcy, na podstawie danych historycznych, starają się prognozować wyniki, jakie mogą osiągnąć dzieła różnych twórców w ciągu kolejnych lat. Pomagają też tworzyć kolekcje albo wynajdować interesujące klienta dzieła na całym świecie. Kupujący nie musi więc osobiście walczyć o upatrzone przedmioty na aukcjach lub prowadzić żmudnych poszukiwań w galeriach. Ma też poczucie bezpieczeństwa, że nie trafi na falsyfikat albo dzieło wcześniej skradzione.
Specjaliści twierdzą, że na rozpoczęcie budowy dobrej kolekcji wystarczy 100 tys. złotych. Kwota ta nie wystarcza jednak na skorzystanie z usług banków zachodnich, ukierunkowanych na najzamożniejsze osoby. Nie wystarczy też na zainwestowanie w London-based Fine Art Fund, który wymaga od inwestorów co najmniej 250 tys. dolarów. Polskim klientom na razie musi wystarczyć pomoc pracowników dużych domów aukcyjnych, takich jak DesaUnicum, Rempex czy Agra-Art. Pierwszy z nich przyjmuje nawet zamówienia na konkretne dzieła sztuki. Na zlecenie klienta wynajduje je i kupuje na całym świecie. Załatwia też wszystkie formalności związane ze sprowadzeniem ich do Polski.
... i pomoże wyłowić perełkę
Pracownicy domów aukcyjnych pomogą zainteresowanym wynajdować niedoceniane dzieła sztuki. A na takie można trafić częściej, niż można by się spodziewać. Wystarczy przyjrzeć się kilku ubiegłorocznym aukcjom. Na aukcji zorganizowanej przez Dom Aukcyjny Agra-Art najwyraźniej został przeoczony Wieczór na Marienplatz w Monachium Stanisława Zawadzkiego, porównywany przez marszandów do nokturnów Gierymskiego i Pankiewicza. W Domu Aukcyjnym Ostoya można było kupić Figury osiowe Jana Lebensteina za 12 tys. zł. Amator się jednak nie znalazł, mimo że podobne prace osiągały już ceny dwukrotnie wyższe, a na aukcji w Rempeksie Figura 151 znalazła nabywcę nawet za 46 tys. zł. W Rempeksie, na aukcji sztuki współczesnej sprzedano też obraz Bez tytułu Henryka Płóciennika o 700 zł poniżej ceny wywoławczej. Zdaniem specjalistów to także była atrakcyjna cena. Przykłady te nie oznaczają, że można zarobić łatwo i szybko. Mają tylko pomóc uświadomić sobie, że nie trzeba być krezusem, by odwiedzić dom aukcyjny i korzystając z rady specjalisty, zainwestować w przedmiot, który będzie nie tylko zyskiwał na wartości, ale również cieszył oko.
|