Rzeczpospolita
13.12.01 Nr 291
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


"Solidarność" w poszukiwaniu metod walki

Długi marsz czy krótki skok

3 maja 1982 roku - demonstracja na placu Zamkowym w Warszawie

(C) NIEDENTHAL/FORUM

ŁUKASZ KAMIŃSKI

Nie sposób nie zauważyć, iż "Solidarność" nie była przygotowana na wprowadzenie stanu wojennego. Brakowało nie tylko przygotowań organizacyjnych, lecz także koncepcyjnych - nie było ogólnopolskiego programu działania w przypadku tak poważnego kryzysu.

Osoby nawołujące do przygotowania się na wypadek zagrożenia istnienia związku (ukrycie sprzętu poligraficznego, organizowanie tajnych komisji zakładowych) traktowano w najlepszym razie z przymrużeniem oka, przeważnie zaś uważano je za groźnych prowokatorów lub agentów SB. Tylko na Dolnym Śląsku i Białostocczyźnie na początku grudnia zdecydowano się podjąć z kont i ukryć większe kwoty pieniędzy (odpowiednio osiemdziesiąt i dwa miliony złotych). Jedynie regiony Dolny Śląsk i Mazowsze przygotowały instrukcje działania na wypadek stanu wyjątkowego. Nie przewidywano jednak zorganizowania przez władze tak szeroko zakrojonej i długotrwałej operacji militarno-policyjnej jak stan wojenny. Ale opór we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku tuż po 13 grudnia należał do najsilniejszych w kraju - sprawnie organizowano strajki, sieć łączności między zakładami, tymczasowe siedziby RKS w największych fabrykach itd. Jednakże po spacyfikowaniu wszystkich protestów przywódcy związku zostali pozbawieni zaplecza - Władysław Frasyniuk i Barbara Labuda w Wigilię przez kilka godzin błąkali się po Wrocławiu, nie wiedząc, gdzie się udać. Wreszcie wbrew wszelkim zasadom konspiracji spędzili święta u znajomych Labudy.

Kierownictwo "Solidarności" zlekceważyło liczne sygnały świadczące o przygotowaniach władz do generalnej rozprawy ze związkiem. Wspomnieć można chociażby o utworzeniu w październiku wojskowych terenowych grup operacyjnych, których struktura i zakres działania musiały nasuwać myśl o przygotowaniach wojska do przejęcia kontroli nad państwem. Ważnym sygnałem było także przedłużenie służby wojskowej rocznikom "przedsierpniowym". Nie wydaje się, iż możliwe było niezauważenie przygotowań podjętych przez aparat partyjny pod koniec listopada, takich jak zabezpieczanie miejsc ewakuacji dla rodzin funkcjonariuszy PZPR oraz tworzenie oddziałów samoobrony, liczących 5 grudnia 1981 roku ponad trzydzieści tysięcy osób, uzbrojonych w broń krótką, pistolety maszynowe i miotacze gazu. Tuż przed 13 grudnia miały miejsce ostrzeżenia od współpracujących z opozycją funkcjonariuszy SB, w tym bezpośrednia informacja kapitana Hodysza o rozpoczęciu operacji wprowadzania stanu wojennego, przekazana obradującym w Gdańsku członkom Komisji Krajowej. Związkowi zabrakło ośrodka analitycznego, zbierającego spływające z całego kraju informacje, budującego scenariusze spodziewanego starcia.

Pierwszym doświadczeniem i zarazem próbą znalezienia skutecznej metody walki stały się strajki grudniowe 1981 roku. Dla większości członków związku jedyną wskazówką postępowania były postanowienia statutu "Solidarności" - nieadekwatne do zaistniałej sytuacji. W tych przedsiębiorstwach, które zdecydowały się na podjęcie strajku, przyjęto dwie formy prowadzenia protestu - obrony czynnej zakładu pracy oraz biernego oporu (utrudniania) w razie pacyfikacji. Druga forma została we Wrocławiu rozwinięta przez Frasyniuka, który opowiadał się za koncepcją strajku permanentnego, polegającego na powrocie do zakładu po jego opuszczeniu przez siły pacyfikacyjne i ponownym podjęciu akcji. Metoda ta okazała się nieskuteczna, nie uwzględniała chociażby psychologicznego wpływu, jaki wywierała na strajkujących sama akcja "odblokowywania" zakładu, nawet jeśli przebiegała bezkrwawo, a także swoistego wyczerpywania się potencjału oporu. Po pacyfikacji kopalni Wujek, kiedy jasne było, że władze nie cofną się nawet w obliczu ofiar śmiertelnych, również pierwsza koncepcja, mimo iż skuteczniejsza, okazała się nierealna.

Ostatecznie najbardziej udaną formą oporu był "strajk polski" (pod ziemią) podjęty przez załogi kilku śląskich kopalń po masakrze w "Wujku". Protest tego typu, w przypadku zdeterminowania strajkujących, był praktycznie niemożliwy do spacyfikowania. Miał także ogromny wydźwięk propagandowy, niekorzystny dla władz, co mogło skłaniać je do podjęcia negocjacji. Wadą tej metody walki był jednak prozaiczny fakt, iż mogła być zastosowana tylko w kopalniach, a i to nie we wszystkich.

Pierwsze po grudniowym szoku rozważania nad obraniem właściwej metody postępowania zaczęto snuć na początku 1982 roku. Związane to było z podjętą przez grupę działaczy "Solidarności", z Eugeniuszem Szumiejką na czele, próbą budowy scentralizowanej struktury podziemnej - Ogólnopolskiego Komitetu Oporu (OKO). Już w styczniu doszło do pierwszego sporu między najlepiej zorganizowanym ośrodkiem wrocławskim a nastawioną głównie na przetrwanie grupą związkowców z Mazowsza.

Dokumentem obrazującym początek sporu programowego w łonie podziemnych struktur "Solidarności" jest list Zbigniewa Bujaka i Wiktora Kulerskiego z 24 stycznia 1982 roku, skierowany do Władysława Frasyniuka i jego współpracowników. Był on najprawdopodobniej odpowiedzią na pismo wrocławian, zawierające propozycję akcji protestacyjnej skierowanej przeciwko podwyżce cen. Mazowieccy związkowcy zdecydowanie wystąpili przeciwko projektowi, uznając, iż "ostre starcie obecnie, w razie zachwiania się władzy, będzie prowadzić nie do ustępstw, ale do otwartej wojny domowej, nie bez działań z zewnątrz". Bujak i Kulerski sądzili, że społeczeństwo nie jest przygotowane na konfrontację z władzą. Zarysowali swoją koncepcję walki, która przyjmie później nazwę "długiego marszu" - "należy przebudować organizację związkową w strukturę zdecentralizowaną i niesformalizowaną, opartą na grupach związkowców, których łączą więzy koleżeńskie, sąsiedzkie, przyjacielskie. Przebudowy tej należy dokonywać w trakcie działań skupionych przede wszystkim na niesieniu pomocy prześladowanym i rodzinom; odrodzeniu niezależnej prasy i sieci jej kolportażu; stworzeniu nowej sieci łączności; wznowieniu ruchu wydawniczego; wypracowaniu systemu zbierania i przekazywania informacji; doprowadzeniu do wytworzenia się skutecznie działającej opinii publicznej, z którą będą musieli liczyć się służalcy; stopniowym organizowaniu biernego oporu i walki cywilnej".

Była to koncepcja odmienna od wrocławskiej, zakładającej budowę silnych struktur podziemnych. Wrocławski RKS (przynajmniej w swojej umiarkowanej części) dostrzegał również, iż strajk generalny nie ma sensu, wychodzono jednak z odmiennych przesłanek. W opracowanych w styczniu 1982 roku "Tezach o aktualnej sytuacji" stwierdzono, iż obecnie "strajk raczej nie wypali" ze względu na słabość wszystkich regionów poza Wrocławiem. Uważano, iż ze względu na naturę systemu konflikt władzy ze społeczeństwem będzie narastał, chociażby po planowanych podwyżkach cen. Uważano, iż "tylko strajk powszechny z udziałem Śląska da efekt". W dokumencie pada również znamienne zdanie: "Trzeba się przyzwyczaić do myśli o jakimś samoograniczeniu". Rozumiano je jednak inaczej niż na Mazowszu: "Z żądaniem wolnych wyborów trzeba zaczekać na rozpad imperium. Dziś stawiamy na działalność statutową, żelazną organizację, dostęp do decyzji (Izba Samorządowa), wszechnicę, prasę, wybory do rad (prawo weta) ".

Dyskusja między zwolennikami "długiego marszu" (budowy zdecentralizowanego społeczeństwa podziemnego) oraz "krótkiego skoku" (przygotowania i przeprowadzenia strajku generalnego, w wyniku którego skłoni się władze do ustępstw) przeniosła się pod koniec marca 1982 roku na forum publiczne z chwilą publikacji w "Tygodniku Mazowsze" artykułu Jacka Kuronia "Tezy o wyjściu z sytuacji bez wyjścia" oraz polemizujących z nim tekstów Bujaka ("Walka pozycyjna") i Kulerskiego ("Trzecia możliwość"). Kuroń zdecydowanie opowiedział się za budową silnego, scentralizowanego ruchu oporu, zdolnego przygotować społeczeństwo do "zlikwidowania okupacji w zbiorowym, zorganizowanym wystąpieniu". Jednocześnie proponował opracowanie i przedstawienie władzy propozycji nawet daleko idącego kompromisu w celu uniknięcia wybuchu. W odpowiedzi Bujak i Kulerski przedstawili koncepcję stworzenia społeczeństwa podziemnego, zdecentralizowanego, niesformalizowanego, trudnego do rozbicia i infiltracji. Jego podstawą miałyby stać się parafialne komitety pomocy społecznej, rady: edukacji, kultury, nauki, odtworzone TUR, luźne grupy związkowe. Celem działalności miałby być "powolny rozkład systemu i stopniowe zmiany prowadzące do odzyskiwania przez społeczeństwo wpływu na swój los".

Skupieni w Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej liderzy "Solidarności", aczkolwiek różnili się co do strategii związku, byli zgodni co do jednego - unikania demonstracji ulicznych jako akcji nieskutecznych i przynoszących zbędne ofiary. Podobnie traktowano strajki, stające się źródłem represji, w tym zwalniania z pracy najaktywniejszych robotników. Stąd też paradoksalna reakcja na stosunkowo udane demonstracje majowe i czerwcowe oraz zakończony dość dużym sukcesem strajk 13 maja - apel o powstrzymanie się od protestów do 22 lipca. Miało to być wyrazem "gotowości do porozumienia", aczkolwiek grożono jednocześnie "sięgnięciem po różnorodne środki nacisku, ze strajkiem generalnym włącznie". Dokument ten jednak, a także inne ogłaszane w tym okresie wydają się świadczyć o usilnym dążeniu TKK do nawiązania dialogu z władzą.

Rozczarowanie brakiem zmiany polityki władz, wiązanego z mityczną datą 22 lipca, skłoniło członków TKK do zmiany polityki i wystosowania 26 lipca 1982 roku wezwania do masowych demonstracji w drugą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych. Miały być przeprowadzone "pod hasłami przywrócenia działalności NSZZ ÇSolidarnośćČ, uwolnienia internowanych, aresztowanych i skazanych, zawarcia porozumienia narodowego". Jednak nie opracowano żadnej koncepcji działania w razie powodzenia manifestacji - na przykład ich kontynuacji w kolejnych dniach, przejścia do strajku generalnego. Demonstracje miały zapewne pozostać jedynie manifestacją siły podziemnej "Solidarności" i skłonić władze do podjęcia negocjacji. Jak się okazało, było to oczekiwanie naiwne.

31 sierpnia 1982 roku okazał się w dużej mierze sukcesem - demonstrowano w ponad sześćdziesięciu miastach, w wielu z nich doszło do walk ulicznych z trudem wygranych przez służby porządkowe, w niektórych mniejszych miejscowościach, ogołoconych z MO, manifestanci bez przeszkód przez kilka godzin krążyli po ulicach. Jednak nawet taki zasięg manifestacji nie skłonił władz do podjęcia rozmów. Bezowocne w rezultacie (jeśli nie liczyć aspektu propagandowego) demonstracje okupiono śmiercią pięciu osób. Dopiero pod wpływem rozwoju wydarzeń na forum TKK (5 - 7 września 1982 roku) pojawiła się idea ogłoszenia strajku generalnego, było na to jednak za późno. 31 sierpnia był co prawda kulminacją oporu, przyniósł jednak również jego wyczerpanie.

Po fiasku protestów przeciw delegalizacji "Solidarności" ideę strajku generalnego odłożono do lamusa. Na długie lata główną metodą walki stała się koncepcja budowy społeczeństwa podziemnego, z natury będąca ofertą dla stosunkowo wąskiego grona zwolenników opozycji.

Jest to skrót referatu przygotowanego na sesję "Stan wojenny - spojrzenie po dwudziestu latach" zorganizowaną przez Instytut Pamięci Narodowej. Autor jest doktorem historii, pracownikiem naukowym Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN we Wrocławiu.


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.