Rzeczpospolita
13.12.01 Nr 291
A może warto przesłać ten tekst Państwa znajomym?

Adres odbiorcy (do):

Adres nadawcy (od):


Gospodarka w stanie wojennym

Kartki, kolejki i braki

Przed świętami Bożego Narodzenia 1981 roku w sklepie mięsnym

(C) NIEDENTHAL/FORUM

HALINA BIŃCZAK

Gospodarczą codzienność okresu stanu wojennego można streścić w trzech słowach: kartki, kolejki i braki. W przemyśle to komisarze wojskowi, którzy z reguły przeszkadzali w prowadzeniu przedsiębiorstwa, niedostatek surowców i materiałów, zwłaszcza importowanych, a także częste wyłączenia prądu, bo energii też brakowało.

Stan wojenny spowodował, że nie doszły do skutku starania o członkostwo w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, które dawały szanse na uporządkowanie kwestii długu zagranicznego, skłonił też państwa zachodnie do wprowadzenia sankcji gospodarczych wobec Polski. Wiązało się to z utratą możliwości kupowania na kredyt i przy braku walut zagranicznych oznaczało przerwanie dostaw wielu surowców i towarów.

"Za czym kolejka ta stoi?"

W 1982 roku na kartki były: mięso, masło, cukier, kasze, słodycze dla dzieci, proszek do prania, buty, obrączki ślubne, a nawet papierosy i wódka (z możliwością zamiany na kawę i szansą na większy przydział z okazji ślubu i chrzcin). Po to wszystko, a także po jajka, sery czy olej trzeba było stać w wielogodzinnych często kolejkach, bo "masy towarowej" zawsze brakowało. Kupno mebli, pralki czy lodówki przez całe lata 80. graniczyło z cudem: najpierw należało się zapisać do społecznej kolejki przed sklepem, potem - meldować się na dyżurach i dopiero po wielu miesiącach była szansa na wyszarpanie - czasem dosłowne - upragnionego dobra. Przy tej właśnie okazji pojawiła się nowa profesja: "stacza" kolejkowego, który za pieniądze godzinami czekał przed sklepem na dostawę.

Na kartki kupowało się także benzynę: w 1982 r. miesięczny przydział do malucha to maksymalnie 30 litrów, ale jednorazowo można było zatankować nie więcej niż 10 litrów. Materiały budowlane teoretycznie były wprawdzie - jak to się wtedy określało - w wolnej sprzedaży, ale na wsi najpierw trzeba było na nie uzyskać przydział z gminy.

Stan wojenny i wczesne lata 80. to także epoka "zrzutów", czyli paczek od dobrych ludzi z zagranicy, którzy chcieli pomóc biedującym Polakom. Przesyłki czasem trafiały bezpośrednio do potrzebujących pomocy, ale najczęściej dzielono je w kościołach. W przeciętnej paczce były konserwy, olej, kawa, herbata, czekolada, mydło, pasta do zębów, proszek do prania. Ze "zrzutów" pochodziły także lekarstwa, mleko i odżywki dla niemowląt, a nawet nasiona. Te "zrzuty" były nie tylko nieocenioną pomocą w codziennym bytowaniu, ale oznaczały także kontakt z normalnym światem.

Inflacja urzędowa i prawdziwa

Ceny w latach 80. były wprawdzie urzędowe, ale rosły szybko: w 1982 roku o 101 proc., w następnych latach rocznie w granicach 15 - 25 proc., a w roku 1988 już o 60 proc. Wskaźników inflacji nie podawano wtedy do publicznej wiadomości, zresztą naprawdę była dużo większa: należałoby przecież doliczyć ceny towarów kupowanych na czarnym rynku, "górkę" płaconą ekspedientce za odłożenie rajstop dla dziecka czy za powiadomienie o dostawie mebli, a także opłatę za ryzyko, pobieraną przez nielegalnego dostawcę mięsa (ja kupowałam je w pralni).

Większe ceny wymagały większych pieniędzy: w 1981 roku największym nominałem w obiegu był banknot 2000 złotych, 1 czerwca 1982 pojawiły się już "pięciotysięczniki". Towarzyszyły im banknoty 10- i 20-złotowe, bo zaczynało brakować bilonu, a papierowe pieniądze były tańsze w produkcji niż monety. Nic dziwnego, że po tym treningu stosunkowo szybko przystosowaliśmy się do korekcyjnej inflacji lat 1989 - 1990.

Płace wprawdzie rosły, ale nie doganiały cen; przeciętne wynagrodzenie miesięczne w 1981 roku wynosiło 7689 złotych, a w 1988 roku - 53090 zł. Zwiększyło się zatem 6,9 raza, podczas gdy ceny - te oficjalne - wzrosły w tym czasie 7,7 raza. Przez całe lata 80. konieczność utrzymania systemu kartkowego i cen urzędowych władze uzasadniały tzw. nawisem inflacyjnym; to sugerowało, że w kieszeniach konsumentów leży jakaś gigantyczna masa pieniędzy, która może trafić na rynek. Jak mówi prof. Janusz Beksiak, był to całkowity humbug - konsumenci nic nie mieli w kieszeniach, bo na czarnym rynku kupowali po cenach wyższych od urzędowych.

Na zwolnionych obrotach

Gospodarka przez całe lata 80. funkcjonowała na zwolnionych obrotach: produkcja sprzedana przemysłu w 1988 roku była realnie zaledwie o 13 proc. większa niż w 1979 roku (w 1980 r. już malała). Produkcja ówczesnego "towaru strategicznego", czyli mięsa, aż do 1988 r. była mniejsza niż w końcu poprzedniej dekady: w roku 1983 różnica na minus wynosiła 23 procent. Z inwestycjami było jeszcze gorzej: zaczęły maleć już od 1979 roku, a w roku 1988 ich wartość odpowiadała (w cenach stałych) tylko 83 proc. poziomu sprzed zapaści. Dochód narodowy wytworzony zmniejszał się od 1979 roku i przez jedenaście lat nie sięgnął poziomu z roku 1978. Rosło zadłużenie zagraniczne, bo nie płaciliśmy rat ani odsetek; dolarowy dług zwiększył się z 26 mld w 1981 roku do 39,2 mld siedem lat później.

Za dolara na czarnym rynku w 1982 roku płacono 400 złotych (pół litra polskiej wódki w Peweksie kosztowało wówczas 65 - 85 centów), w 1988 r. - 2500 zł, a rok później, gdy można go już było legalnie kupić w kantorze - najpierw 7400, a potem nawet 11 tysięcy złotych.

Podejmowane przez władze próby reform gospodarczych (było nawet w tej sprawie referendum) nie przynosiły efektów - bo bez zmiany podstaw systemu nie mogły ich przynieść. Zdaniem prof. Janusza Beksiaka jedynym istotnym dla gospodarki posunięciem była ustawa, zezwalająca na tworzenie firm z udziałem kapitału zagranicznego. Powstające wówczas "firmy polonijne" wprowadziły trochę ożywienia do gospodarki - choć jednocześnie wtedy właśnie zaczęła się uwłaszczać partyjna nomenklatura. Te przedsiębiorstwa stworzyły także nowy, inny niż w firmach państwowych, rynek pracy.

Pewne ożywienie do gospodarki wniosła też liberalizacja przepisów paszportowych w jakiś czas po oficjalnym zniesieniu stanu wojennego. Wtedy właśnie Polacy zaczęli masowo wyjeżdżać "na handel", przywożąc do kraju najpierw tony proszków do prania i kawy, a potem - tureckie swetry, magnetowidy, kasety wideo i komputery w częściach.

Generalnie jednak lata 80. sprawiają pod względem gospodarczym wrażenie czarnej dziury, przerywnika między gierkowską "dekadą przyspieszonego rozwoju" a epoką przemian, jakie zaczęły się w 1989 roku. Dopiero przepisy wprowadzone przez rząd Mieczysława Rakowskiego - zmiany w systemie bankowym, ustawa o działalności gospodarczej i legalizacja obrotu walutami obcymi - można traktować jako istotne dla gospodarki. Ale one należą już właściwie do innej epoki. -


| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.