Plus Minus

Artur Becker: Karawana poezji w Chile

Na Muro de los Nombres w Villi Grimaldi wymienione są nazwiska osób przetrzymywanych w tym więzieniu w latach 1974-1977, po których ślad zaginął.
PAP/EPA
Chile, jak i Polska, są kresami nie tylko w sensie geopolitycznym. Polski Ocean Spokojny nazywa się Rosja. Za naszą granicą zaczyna się coś zupełnie nowego – inny świat.

Każdego ranka, chociaż mieszkam na 21. piętrze typowego dla Santiago de Chile wieżowca z czterema windami i setką małych apartamentów, wita mnie Río Mapocho, mająca swe źródło w Andach, i jej piekielnie wartki prąd. To ona jest sprawcą tego przeraźliwego hałasu, który mnie budzi. Po prostu zachowuje się jak przystało na górską rzekę, spieszy się jej do morza i nawet wielkomiejski ruch wzdłuż zabetonowanych brzegów Mapocho nie jest w stanie jej zagłuszyć. Intrygujący jest też jej kasztanowy kolor, jakby dzień w dzień pracowała na rzecz poszukiwaczy złota, wypłukując rdzawy piach Andów.

Stolica Chile jest położona na wysokości 500 metrów nad poziomem morza w rozległej kotlinie u stóp pasma świętych gór Ameryki Łacińskiej – Andów. Dla mnie, starego „ciśnieniowca" i wielbiciela chilijskiego wina, łagodna pogoda Santiago jest wręcz wyśmienita, nie boli głowa, każdego dnia czuję się wspaniale, mimo że temperatura w grudniu i styczniu potrafi dojść nawet do 32 stopni.

Wysokie temperatury mi nie przeszkadzają, uciekłem przecież z zimowego chłodu Europy na cały miesiąc do ciepła centralnych Chile. To jednak niejedyny powód tak dalekiej podróży.

Poezja i historia Chile w XX w. zajmowały i fascynowały mnie już od wyjazdu do Niemiec Zachodnich w 1985 roku. W czasach zimnej wojny, jak i po transformacji, czyli po upadku muru, ciągle spotykałem Chilijczyków na uchodźstwie, którzy opowiadali mi o poezji Pabla Nerudy i dyktaturze wojskowej Pinocheta. Moja fascynacja tym krajem, tak okrutnie doświadczonym przez historię, bierze się też stąd, iż wzrastałem w podzielonym, pełnym sprzeczności społeczeństwie PRL, Chile zaś też jest pełne sprzeczności. Jak choćby ta, że jeden naród jest w stanie wydać dwóch tak od siebie różnych braci, socjalistę i faszystę: słynnego na cały świat poetę i równie słynnego, okrutnego dyktatora.

I jeszcze jeden motyw nie bez znaczenia w tej podróży. Ta jakże polska tęsknota „za szerokim światem", za Patagonią, Pacyfikiem, pustynią Atakama, za gwiazdami świecącymi nad nią i za chilijskimi winnicami, bliźniakami tych z Włoch lub Francji.

Nie miałem więc żadnych wątpliwości, kiedy pewnego dnia dostałem od Indry Wussow, kuratorki Fundacji Sylt, zaproszenie do udziału w jej zaplanowanym na wiele lat projekcie „Transformacja i tożsamość – trauma i pojednanie".

Ikona chilijskiej poezji Carmen Berenguer odznaczona w 2008 roku Premio Iberoamericano de Poesía Pablo Neruda, najważniejszą nagrodą za poezję hiszpańskojęzyczną w Ameryce Łacińskiej.
Wikipedia

***

Po zaledwie kilku dniach w Santiago de Chile uświadomiłem sobie, jak mało oryginalne były moje wyobrażenia o tym kraju.

Chilijska stolica jest przerażającym molochem, podobnie jak Nowy Jork czy Londyn. I tak jak tam kwartały bloków oddzielają miejskie parki. W parkach drzewa są codziennie podlewane, bo tutaj nigdy nie pada deszcz – w każdym razie nie latem. Dlatego trzeba czym prędzej zawiązać przyjacielski pakt z niewidzialnym pyłem ulic i chodników. Mimo że mikroskopijnych rozmiarów, osadza się wszędzie, z wyjątkowym upodobaniem na ciemnym ubraniu, trzeba się do tego przyzwyczaić.

Trzeba także pokochać bezdomne psy, które w Santiago zamieszkują dość licznie parki, uliczki i place ze skwerami, ponieważ ufają one mieszkańcom miasta i polegają na nich całkowicie: przez pełne ruchu ulice psy przechodzą tylko wtedy, kiedy ruszy tłum przechodniów – stojąc przed przejściem dla pieszych, ma się wrażenie, że czekają jak ludzie na zielone światło.

Wszędzie pachnie z lekka słodkawo psim moczem, watą cukrową i gorącym pieczywem. Dziwna mieszanka zapachów, która zrazu przypomina mi moje socjalistyczno-katolickie dzieciństwo w Polsce: tak właśnie pachniało czasami nasze lato na ulicach małych miasteczek na prowincji. Może dlatego od razu poczułem sympatię do tego dziwnego, ale przyjaznego miasta. Od momentu przyjazdu odnoszę wrażenie, że znam Santiago – jakbym się w nim urodził. To miłość od pierwszego wejrzenia: ten miejski świat amerykańskich drapaczy chmur i wszędzie tak samo wyglądających galerii handlowych (świątyń konsumpcji naszej epoki), te europejskie secesyjne kamienice i te budowle, które po dziś dzień spotkać można w każdym byłym socjalistycznym państwie Europy Wschodniej, sprawiają, że czuję się tutaj swojsko – trochę jak na Zachodzie i trochę jak w PRL z lat 80. i z tych pierwszych lat po transformacji.

Indra Wussow, z którą jestem zaprzyjaźniony od 20 lat, mieszka wprawdzie w południowoafrykańskim Johannesburgu, czuje się jednak prawie wszędzie na świecie jak w domu. Także w Chile, które odwiedziła już wiele razy, sprawia na mnie wrażenie, jakby była tutejsza. W ciągu niewielu dni zapoznaje mnie i drugiego gościa Fundacji Sylt, młodego poetę i adwokata Dijego Lua Galayego z Birmy, ze swoimi chilijskimi przyjaciółmi: z ikoną chilijskiej poezji Carmen Berenguer, z filozofem i autorem Rodrigem Naranjo i z poetą Enriquem Winterem.

***

Birmańczyk Di Lu Galay przekroczył trzydziestkę i mieszka w Yangonie, czyli byłym Rangunie: „Transformacja i tożsamość – trauma i pojednanie" zdają się również dla niego nie być obcym tematem, bo wciąż mówi o nadgorliwych oficerach wojskowych i generałach, którzy jakoby nadal potajemnie rządzą w jego ojczyźnie, a także o powolnym otwieraniu się kraju na obcokrajowców i globalizację. Nie zapomina również o wypędzeniu Rohindżów, sunnickich muzułmanów, mieszkających na zachodzie państwa.

Nie dziwię się wcale, że w Santiago de Chile czasami demonstracyjnie odwraca głowę, nie chcąc oglądać śladów po okrutnych morderstwach junty Pinocheta. W jego rodzinnym kraju dyktatura wojskowa panowała przecież przez całe dziesięciolecia – podczas socjalistycznej rewolucji, czyli w czasach reżimu Ne Wina, a następnie od 1988 do 2010 roku, kiedy zatargi między armią a opozycją były na porządku dziennym.

Tak, Di ucieka przed ludzkim okrucieństwem, ale może jest jeszcze inny powód jego powściągliwej postawy wobec najnowszej historii Chile: jest tu debiutantem. Jego dwutygodniowa wizyta w Chile to pierwsza podróż międzykontynentalna, która odbył jako poeta. Przede wszystkim zależy mu na tym, by deklamować swoje wiersze wszędzie tam, gdzie znajdzie się odpowiednia publiczność, wiersze, które specjalnie na tę podróż zostały przetłumaczone na angielski i opublikowane w tomiku „The Murderer's Handwriting". Podczas degustacji win w Colchagua-Valley, znanym w świecie regionie z winnicami, udaje mu się znaleźć wdzięcznych słuchaczy – turystów z Kanady.

A kiedy czyta wiersze po birmańsku, czyli w swoim ojczystym i literackim języku, zbiera frenetyczne brawa. Jakże mogłoby być inaczej? To przecież wyjątkowa rzadkość, by można było posłuchać nowoczesnej poezji w tak egzotycznym języku. Tworzący poezję adwokat, ateista i nonkonformista krytykujący przy każdej okazji swój rząd, publikujący selfie na Facebooku niczym pomyleniec, nie jest oczywiście żadnym novum w serwisach społecznościowych. Są tacy jak on. A jednak, mimo że nie chce być postrzegany tylko jako egzotyczny ptak z Birmy, jest przybyszem z innej planety, i trudno uniknąć takiego wrażenia, widząc jego birmańskie pismo, mieszankę alfabetu z pismem sylabicznym, zwaną abugida.

Lecz jest coś, co nas łączy i bez ustanku nurtuje – to pytanie, czy rzeczywiście, jak chcą tego organizatorzy projektu, pojednanie między ofiarami i sprawcami jest możliwe? Stawiamy je w sensie uniwersalnym, nie chodzi przecież tylko o więzienia, katownie, zbirów i morderców Pinocheta i o ich ofiary. Bo już po niewielu dniach uświadamiamy sobie ważną rzecz: jedną nogą jesteśmy w Chile, a jednocześnie drugą bezustannie stoimy w Birmie. Ten nasz rozkrok, to podwójne życie zawdzięczamy Dijemu, który ciągle powtarza: „W Birmie wygląda to wszystko inaczej... ". I mimo tej dychotomii i tych ciągłych porównań trudno jest mu pojąć, że okrucieństwo ludzkie ma za każdym razem konkretne imię. Spotkanie ze złem jest dla jednostki indywidualnym doświadczeniem i musi ona sobie sama z nim poradzić – na swój własny, wyjątkowy sposób. Dlatego nie chodzi ciągle o jedno i to samo okrucieństwo, jak twierdzi Di, które spotkać można wszędzie, w każdym zakątku Ziemi: na kambodżańskich Killing Fields czy też w Villa Grimaldi, jednym z wielu więzień katowni Santiago w czasach dyktatury Pinocheta, w mrokach Gułagu czy gdziekolwiek indziej.

Muzeum Solidarności Salvadora Allende w Santiago de Chile powstało w 1972 r. Dziś jest najważniejszym ośrodkiem prezentującym chilijską sztukę nowoczesną.
Wikipedia

***

Na całe szczęście posiadamy relacje świadków historii, którzy potrafią każdemu niedowiarkowi wytrącić broń z ręki. 72-letnia poetka i feministka Carmen Berenguer opowiada nam okrutne historie, które za czasów Pinocheta powtarzały się dzień w dzień, chociaż na ulicach życie toczyło się pozornie swoimi torami, jakby w 1973 roku nigdy nie doszło do puczu.

Na początku lat 80. Carmen należała do bohemy Santiago de Chile. Poeci, artyści i opozycjoniści spotykali się regularnie w prywatnym mieszkaniu, by dyskutować o swoich najnowszych pracach lub po prostu się zabawić. Czasy te dobrze pamiętają też jej koledzy i współtowarzysze Rodrigo Naranjo, filozof i pisarz z Santiago, oraz Jesús Sepúlveda, żyjący obecnie w USA poeta i romanista, mimo że byli wtedy ledwie chłystkami.

Przy kieliszku wina Carmen opowiada, że dopiero po rozpoczęciu transformacji politycznego systemu w Chile w 1989 pojęła, jak wszechobecne w życiu codziennym w czasach dyktatury było okrucieństwo i jak blisko obcowali ze strachem przed więzieniem i śmiercią, chociaż często się tego wcale nie zauważało. W tym samym domu, w którym spotykała się regularnie ze swoimi przyjaciółmi, ledwie piętro niżej, znajdowało się mieszkanie tajnej policji, w którym torturowano i zabijano ludzi.

Carmen Berenguer, odznaczona w 2008 roku Premio Iberoamericano de Poesía Pablo Neruda, najważniejszą nagrodą za poezję hiszpańskojęzyczną w Ameryce Łacińskiej, jest naszą sąsiadką. Mieszka, tak jak my, niedaleko ulicy z knajpami i restauracjami, czarującej alei Constitucion. W ten sposób Carmen jest też na swój sposób sąsiadką Nerudy, którego słynna willa La Chascona została zamieniona w muzeum (bilet wstępu kosztuje 7000 pesos, czyli około 9,50 euro). Przed wieczorną kolacją w jednej z licznych restauracji na tętniącej życiem Constitucion można więc odwiedzić La Chasconę. Neruda zamieszkiwał ją wraz ze swoją trzecią żoną Matildą Urrutią, a sam dom już w pierwszych dniach puczu Pinocheta, na krótko przed śmiercią poety został zdewastowany. Neruda posiadał jeszcze dwa inne domy: willę na dzikim oceanicznym wybrzeżu w Isla Negra, oraz willę La Sebastiana w portowym mieście Valparaíso – obydwie są dziś muzeami i ulubionymi celami wycieczek. Odwiedzający je nie mogą często wyjść z podziwu, jak barokowo mieszkał jeden z największych poetów Ameryki Łacińskiej, a trzeba pamiętać, że był on zagorzałym komunistą i fanatycznym zwolennikiem Salvadora Allende.

Jednakowoż Carmen fascynuje nas nie tylko jako Grande Madame chilijskiej poezji, która uwielbia otaczać się młodymi poetami, oczywiście czyniąc z nich swój królewski, towarzyszący jej wszędzie orszak. Pewnego wieczoru czytamy z Dijem wiersze w Domu Pisarza, La casa del Ecritor: Carmen moderuje. Ale właściwie wydaje tylko swoim młodym wielbicielom i uczniom dyspozycje; przeczytajcie to czy owo. I nic więcej. Sama jej obecność jest absolutnie wystarczająca, żeby temu wieczorowi nadać należną mu poetycką odświętność.

***

Nasza karawana poezji prowadzi nas do Museo de la soldaridad Salvador Allende (Muzeum Solidarności Salvadora Allende), gdzie spotykamy młodą malarkę Mariannę Najmanovich. Jej udane cykle płócien La Colonia i Funny Games II przenoszą nas znowu w czasy dyktatury, terroru i zniszczenia. Te tematy zdają się poruszać każdego chilijskiego artystę, niezależnie od tego, czy nazywa się Alfredo Jaar, który od dziesięcioleci cieszy się także za granicą ogromną popularnością, czy też jest na początku kariery.

Chile może uważać siebie, jak nam czasami chętnie tłumaczą, za kraj cudu gospodarczego, który przyciąga wielu migrantów zarobkowych, np. z Kolumbii. Lecz pod skórą neoliberalizmu i globalizacji wrze kolektywny niepokój artystów, poetów i filozofów.

I kiedy Rodrigo Naranjo, zagorzały socjalista, siedzi na balkonie mojego apartamentu na 21. piętrze i sączy rozcieńczony alkohol ze swojego kieliszka, wyznając co chwilę miłość swojej ojczyźnie, Santiago de Chile i zaklinając się, że będzie prowadzić dalej socjalistyczną walkę z neoliberalizmem, robi mi się ciepło na sercu. Jego chłopięca naiwność, którą potrafił w sobie zachować, podoba mi się tym bardziej, że po dwóch, trzech kieliszkach pisco, śmiejąc się, przyznaje się do tego, iż jest wielkim wielbicielem Komanczów, oczywiście w duchu oporu przeciwko socjalnej niesprawiedliwości kapitalistycznego systemu, który w jego rodzinnym kraju pięknie kwitnie, a jest mu jeszcze dość daleko do zachodnioeuropejskiego modelu państwa socjalnego.

Rozmawiamy często o „Otwartym społeczeństwie" Karla Poppera i o tym, czy dotarło ono do dzisiejszego postdyktatorskiego świata Chile. Rodrigo jest sceptyczny, w latach 80. był radykalnym trockistą i uważał siebie za rewolucjonistę. W latach 1978 i 1979 kaci tajnej policji torturowali jego ojca, a dziewczyna Rodriga spędziła wiele lat w więzieniu – losy typowe dla wielu Chilijczyków. Przypomina on sobie także ze zgrozą helikoptery, które bez ustanku latały nad chilijską stolicą, bo, jak nam opowiada, w ten sposób próbowano wytropić podejrzane osoby i zastraszyć resztę. Czy śmigłowce należały do owianego złą sławą Caravana de la Muerte (Karawanu Śmierci), który w 1973 roku pod dowództwem generała brygady Sergio Arellano Starka terroryzował ludność podczas swoich lotów z północy na południe kraju? Nie potrafi odpowiedzieć. Zresztą jest wiele pytań, na które do dziś nie ma odpowiedzi.

Rodrigo czyta nie tylko filozoficzne i polityczne teksty. Kocha także poezję i szczególnie upodobał sobie poetę Césara Vallejo, który jest dla niego ważniejszy niż dobry wujaszek Neruda, przyjaciel chilijskiego ludu, jak powiada trochę uszczypliwie. Rodrigo interesuje się ciemną stroną księżyca naszej egzystencji, a poezja Vallejo jest mroczna, przesiąknięta ontologicznym bólem, awangardowa, tak, nawet prorocza. Vallejo zmarł w 1938 roku, ale podobnie jak w poezji Czesława Miłosza, innego katastrofisty, w jego wierszach również chodziło o przeczucie zbliżającej się katastrofy, która miała dopaść ludzkość w Hiroszimie i w Auschwitz.

Czy Rodrigo jest optymistą? Zadaję sobie wciąż to pytanie. Na Universidad Metropolitana de Ciencias de la Educación UMC w Santiago zajmował się swego czasu studiami nad Walterem Benjaminem – może Rodrigo jest po prostu tylko zwolennikiem kulturowego pesymizmu?

Zdjęcia osób przetrzymywanych w katowni Villa Grimaldi za dyktatury Pinocheta. Nigdy ich nie odnaleziono.
AFP

***

Pewnego popołudnia Rodrigo przyniósł mi do pokazania swoje książki. Jedna z nich to grubaśne tomisko. Pozbierał w nim różne świadectwa w formie listów, wywiadów i tekstów politycznych więźniów ze wszystkich stron świata i opatrzył komentarzem. Z tego też powodu dość szybko zaczynamy rozmawiać o kolonializmie. Jako że jestem po raz pierwszy w życiu w Ameryce Łacińskiej, temat ten jest dla mnie terenem dość dziewiczym. Lecz nie dla Indry, która w Afryce Południowej współpracuje z czarnymi artystami; nie dla Rodrigo, który opowiada nam o licznych konfliktach Mapuche, największego plemienia indiańskiego w jego kraju, z chilijskim rządem; nie dla Dijego, którego ojczyzna do 1945 roku należała do Indii Brytyjskich, i dopiero w 1948 roku uzyskała niepodległość.

Indra, która jest zagorzałą empiryczką i na kolonializmie zna się zapewne lepiej od wielu teoretyków i specjalistów z tej dziedziny, pokazuje nam na koniec nagranie z 2010 r. z Soweto z wystawienia sztuki tanecznej swojej produkcji, której tematem jest niewolnictwo. Itumeleng Mokgope, choreograf, wykonuje tam taniec z oponami. Jest on krzykiem skierowanym przeciwko zapomnieniu i wymazaniu z pamięci historii niewolnictwa w Afryce; co więcej, jest to krzyk nie tylko wymierzony przeciwko brutalności byłych kolonizatorów, lecz także przeciwko rasizmowi, który wciąż jeszcze szerzy się niemal w każdym zakątku świata. W jednym z wywiadów stwierdził on: „W XIX w. w belgijskiej kolonii Kongo Afrykańczycy byli zmuszani do pracy na plantacjach kauczuku, a jeśli ktoś się przed tym bronił, odrąbywano mu obie ręce. Opony są więc jakby dziedzictwem niewolnictwa".

Rodrigo zwraca uwagę, że Indianie Mapuche do dzisiaj postrzegają Chilijczyków jako kolonizatorów i zdobywców. Indra zaczyna opowiadać więc o stereotypach, które jej zdaniem są w naszych biało-europejskich głowach zakorzenione najmocniej: biali, przyjeżdżający do Johannesburga w odwiedziny, unikają jak zarazy wizyt w Soweto – oczywiście ze strachu przed kradzieżą i przemocą. Tymczasem, jak twierdzi Indra, właśnie w Soweto udało się jej przeprowadzić wiele znakomitych projektów artystycznych, jak choćby wystawienie wymienionej już sztuki tanecznej. Czasami te stereotypy bywają zaskakujące. Na Zachodzie, a szczególnie w Niemczech, nikt nie interesuje się białymi pisarzami z Afryki Południowej, chociaż piszą dobre książki – pisarz z Afryki ma być czarny, i tylko wtedy będzie ciekawy.

Rodrigo zamyka naszą rozmowę o kolonializmie niebywałą historyjką o pewnym młodym Mapuche, który wypisywał do Pinocheta ckliwe, wyrażające podziw dla generała listy i stał się w pewnym sensie maskotką dyktatora. Rodrigo nie bez ironii stwierdza, że ten brzdąc był bardzo utalentowany – jak Oskar Matzerath, bohater „Blaszanego bębenka" Güntera Grassa.

A ja już po chwili zdumiewa mnie romantyczny stereotyp, który próbuje zagnieździć się także w mej głowie – odtąd za każdym razem, gdy tylko spojrzę z balkonu na 21. piętrze w kierunku Andów, nie będę potrafił się uwolnić od obrazka ukrywających się i szykujących do walki z kolonizatorami Mapuche.

Moja fantazja nie jest zresztą wcale taka dziwaczna i niedorzeczna – koryguje mnie Rodrigo – gdyż Mapuche regularnie wychodzą na ulicę i demonstrują – autochtoniczna ludność chce odzyskać swoje ziemie, tyle że przeszkadza jej w tym chilijska konstytucja.

***

Rodrigo często ucieka do Los Molles, zaszywa się w tym spokojnym miejscu nad Pacyfikiem, trzy i pół godziny jazdy samochodem z Santiago de Chile. Los Molles to stara wioska rybacka i popularny nadmorski kurort. Mieszka tam w domu swojej ciotki, pisze eseje i czyta książki. W Santiago de Chile wynajmujemy samochód i odwiedzamy Rodriga w jego pustelni nad Pacyfikiem.

Nie wszyscy Chilijczycy są zachwyceni, gdy podziwia się i chwali krajobrazy ich kraju: doliny i wzgórza z winoroślami, szczyty Andów, rzeki w kolorze rdzy, bezkresną dal przypominającą południowoafrykańską sawannę, zaciszne kryjówki w kotlinach gór i wzgórz, nieskończony ocean, prastare skalne ściany i pacyficzne klify. Być może powodem ich niechęci do hymnów pochwalnych jest to, że zbyt często już musieli wysłuchiwać, jak ogromne i pozornie niewyczerpane jest piękno tutejszej przyrody. Zarazem jednak, mając świadomość, że do dzisiaj nie wyjaśniono do końca, co stało się w czasach dyktatury z tak zwanymi Desaparecidos, czyli „znikniętymi", łatwiej jest nam pojąć, dlaczego Chilijczyk może odczuwać i postrzegać krajobraz własnego kraju nie tylko jako czyste piękno, ale i zagrożenie.

Rok w rok kobiety z miasta Calama udają się na pustynię Atakama, gdzie u stóp teleskopów Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO) poszukują kości mężów, braci i ojców zabitych przez siepaczy Pinocheta. Ich ciała zostały pogrzebane dziesiątki lat temu w tym piaszczysto-skalistym zakątku. I czasami kobiety rzeczywiście znajdują resztki kości lub skrawek jakiegoś ubrania. Ale to dla nich za mało. Historia kobiet z Calamy została pięknie opowiedziana w „Nostalgii de la Luz", poetycko-narracyjnym filmie dokumentalnym autorstwa Patricia Guzmána. Mówią one w wywiadach, że dopiero wtedy zaznają spokoju w swoim życiu, kiedy ich poszukiwania zakończą się sukcesem. Wszyscy wiedzą, jak beznadziejne są te poszukiwania, i wszyscy wiedzą, że kobiety z Calamy nigdy się nie poddadzą.

W Los Molles kupujemy wino i panady – chilijskie pierogi. A to, że w ogóle udaje się nam zdobyć kilka butelek wina, z pewnością świadczy o cudzie. Bo w dni świąteczne nie wolno właścicielom knajp sprzedawać tu alkoholu: w dniu wyborów także nie. Rodrigo przygotowuje razem ze swoim synem, 21-latkiem, który przyjechał ze Stanów Zjednoczonych w odwiedziny, klasyczne danie mięsne: delikatną polędwicę z jagnięcia, która przez trzy godziny dusi się w aluminiowej formie na opalanym drewnem grillu.

Również tego wieczora kontynuujemy rozmowę z Rodrigiem i zadajemy mu pytania. Powtarzają się obsesyjnie: dlaczego nie było żadnej gotowości do skruchy – nawet po skazaniu przez sąd – u takich oprawców, jak Osvaldo Romo, kat Pinocheta i agent tajnej policji DINA? Pytamy Rodrigo o powód uporu Roma, o źródło tej bezprecedensowej brutalności, obojętności i tak przerażająco złej woli. Wiemy, że pytamy na próżno, ponieważ trudno jest zrozumieć, dlaczego ktoś nie odczuwa współczucia – jak wytłumaczyć tak całkowicie złą wolę?

Rodrigo mówi, że Chilijczycy nie byli zdolni do walki z juntą – a nie było innej ścieżki, tylko bunt i totalna konfrontacja z oprawcami. A ponieważ tak się nie stało, strona przeciwna czuła się silna i nietykalna. Dlatego reżim nie wykazywał żadnych skrupułów i stawał się coraz bardziej brutalny, nieokiełzany, zwłaszcza że CIA wspierało Pinocheta nie tylko pokaźnymi sumami pieniędzy, to wsparcie rozumiano jako rozgrzeszenie, jeśli Amerykanie są z nami, to jesteśmy po właściwej stronie. Ale nie lepiej było i po roku 1990, gdy chilijskiemu społeczeństwu zabrakło zdolności do obrony przeciwko cywilizacji konsumpcji. Rodrigo mówi to wszystko bezlitośnie i z zimną krwią. Nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek intelektualista dokonał tak ostrego osądu swego kraju – nawet w Niemczech.

Ale nachodzą mnie też inne myśli: „America First" – slogan wyborczy Donalda Trumpa w rzeczywistości nie jest niczym nowym. Amerykanie, jak mawiał Iosif Brodsky, podobnie zresztą jak Rosja, zawsze i wszędzie występują jako imperium i swego imperialnego myślenia nigdy się nie wyzbędą. W latach 70. ubiegłego wieku USA przeprowadziły w Ameryce Łacińskiej rozległą operację „Condor". Strach przed nadejściem sowieckiego komunizmu, a przez to przed utratą amerykańskich wpływów na tym kontynencie, był zbyt wielki. Bez wsparcia CIA reżim Pinocheta nigdy nie byłby tak skuteczny i nie odniósłby takich sukcesów.

Dopiero po zamachu w Waszyngtonie w 1976 roku, w którym zginął nie tylko Orlando Letelier, polityk i dyplomata Allendego, ale także amerykańska obywatelka Ronni Karpen Moffitt, asystentka Leteliera, reżim chilijski przekroczył w poczuciu Amerykanów czerwoną linię.

***

Kilka dni później, już w Santiago de Chile, powracamy do rozmowy z Rodrigiem. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego polska pokojowa rewolucja, która, nawiasem mówiąc, rozpoczęła się w tym samym roku, co zmiany polityczne w Chile, uznała komunizm za nieudany, skazany na porażkę system. Rodrigo pozostaje całym sercem latynoamerykańskim, chilijskim socjalistą i trockistą, choć teksty zachodnich lewicowców, takich jak Michel Foucault czy Zygmunt Bauman, interesują i podniecają go tak samo, jak wielu europejskich intelektualistów. Stary konflikt między Pablo Nerudą a Czesławem Miłoszem znów ożywa: kiedy Miłosz w 1951 r. jako PRL-owski dyplomata w Paryżu, zdecydował się żyć na emigracji, chilijski poeta zarzucił mu, że stał się zdrajcą socjalistycznej idei.

To sprawa, która nas bardzo dzieli. Musimy z Rodrigo uważać, żebyśmy się przypadkiem nie rozszarpali i wzajemnie nie pożarli. Staramy się z całych sił. Indra, dzięki Bogu, przychodzi nam z pomocą. Oczywiście, że na Zachodzie jest w dobrym guście – uśmiecha się – myśleć lewicowo i socjaldemokratycznie, aczkolwiek tylko w ramach reguł prawa i demokracji. Znowu udaje nam się trochę pośmiać i jednocześnie zastanawiamy się nad naszymi odmiennymi perspektywami i spojrzeniami na historię i politykę naszych ojczyzn.

Od razu też znajdujemy kolejny dobry przykład tego, jak różnie patrzymy na własną historię kultury: Indrze i mnie teksty Nietzschego zdają się być podniosłe, poważne – pełne nieznośnego patosu, a ton jego języka niemieckiego brzmi często patriarchalnie. Ale Rodrigo się śmieje. Nie godzi się z naszą opinią. Czytał Nietzschego w języku hiszpańskim i angielskim, i jego teksty wydają mu się pełne ironii, a nawet sarkazmu – tak jak w przypadku Kafki.

***

Nasza karawana poezji podąża dalej. Jedziemy do Valparaíso, a podróż autostradą z Santiago do tego portowego miasta nad Pacyfikiem zajmuje około dwóch godzin.

W Valparaíso, gdzie urodzili się Salvador Allende i Augusto Pinochet, spotykamy młodego poetę Enrique Wintera, przyjaciela Indry. Znam Enrique powierzchownie z bremeńskiego festiwalu „Poetry-on-the-road". Chilijczyk rzeczywiście jest często w drodze, dzięki czemu pojawia się również w Europie. Obecnie mieszka w Bogocie, gdzie pracuje nad powieścią o swojej polskiej babci i jej historii emigracyjnej, i gdzie prowadzi kursy twórczego pisania.

W Valparaíso Enrique mieszka w jednym z typowych tu pastelowych domów ozdobionych odważnymi graffiti. W salonie wiszą zdjęcia jego polskich przodków emigrantów, ale posiada on też niemieckie korzenie, co zresztą sugeruje jego nazwisko.

Biuro Enrique służy mu również jako miejsce do spania, ponieważ pozostałe pokoje w przestronnym domu, choć jest ich naprawdę sporo, są wynajmowane studentom z dziećmi. Właśnie dzięki temu pstrokaty budynek jest pełen życia i wiecznie młody. W biblioteczce natrafiam na Witolda Gombrowicza, którego Enrique tak samo podziwia, jak Jorge Luisa Borgesa. Najważniejszym literackim odkryciem, jakie zawdzięczam podróży do Ameryki Łacińskiej, jest świadomość, że Witold Gombrowicz uważany jest tutaj za boga, podobnie zresztą jak Pablo Neruda czy właśnie Borges. „Pieśń powszechna" Nerudy jest zaraz po Biblii najważniejszą książką Ameryki Południowej, a na liście najwybitniejszych latynoamerykańskich autorów Gombrowicz ze swoim dziennikiem ma gwarantowane miejsce w pierwszej dziesiątce, co potwierdza Enrique.

Valparaíso przypomina nieco San Francisco, nie tylko dlatego, że wiele domów stoi tu na wzgórzach, a drogi są kręte i dość stromo prowadzą w dół, czyli w kierunku wybrzeża. Jest też ulubionym miejscem artystów, pisarzy, muzyków i całej bohemy, a dziewiczy gość, który przebywa tu po raz pierwszy, natychmiast sobie uświadamia, że to miasto magnetycznie przyciąga ludzi z całego świata właśnie malowniczym położeniem i wspaniałym widokiem na ocean i zatokę. Enrique czuje się tu jak w swoim żywiole – mówi, że nie tęskni za Santiago de Chile, gdzie mieszkają jego rodzice oraz jego polska 94-letnia babcia. Radość życia, tajemnicę istnienia, poezję i inspirację łatwiej mu znaleźć w Valparaíso, i nie jestem tym wcale zaskoczony. Portowe miasto emanuje lekkością i pewnego rodzaju naiwnością, której nie znajdzie się w stolicy. A liczne kawiarnie, bary, restauracje, butiki, księgarnie i sklepy z pamiątkami nie są tak uciążliwe, jak galerie handlowe w Santiago.

Nie wydaje się jednak, że droga Enrique do poezji była łatwa. Z zawodu jest prawnikiem, a wiele lat spędził w biurze pewnego banku w Valparaíso, zanim odkrył poezję i podróżowanie. Z biegiem czasu wydano już kilka książek, które wyszły spod jego pióra, a w Krakowie w 2017 r. pojawił się wybór jego wierszy w tłumaczeniu na polski: „Puste spacje".

***

W Valparaíso Enrique zaprasza nas na swój kurs twórczego pisania, jesteśmy jego gośćmi i rozmawiamy o naszej tożsamości: narodowej, literackiej i metafizycznej, gdyż studenci Enrique są tym szczególnie żywo zainteresowani.

Z naszej rozmowy zostaje mi w pamięci jedno zdanie, przed którym skłaniam głowę, przede wszystkim ze względu na ezoteryczne przesłanie. Di twierdzi, że wiersze, które pisze, istniały już na świecie, zanim się urodził; on je potem po prostu tylko spisał – po swojej inkarnacji.

Indra i ja jesteśmy nastawieni bardziej pragmatycznie. Wierzę, że poezja wynika głównie z ludzkiej woli: to ona daje impuls do napisania wiersza lub powieści i ma dla mnie o wiele większe znaczenie niż siła poetyckiego eteru i muz, które potrafią być bardzo kapryśne. Oczywiście czasami zakrada się Daimonion, a wtedy wiersze lub proza rzeczywiście wypełzają z mrocznego, trudnego do opisania miejsca, w którym wszystkie pomysły kipią jak w garnku. Ale wola wykonania określonego działania jest znacznie silniejsza niż mroczna i niewypowiedziana idea, która dopiero co dojrzewa.

Enrique jest uduchowionym, pozytywnie myślącym człowiekiem, który z humorem i uśmiechem szelmy podchodzi do życia z jego różnymi przeciwnościami. Makabryczne doświadczenie szykan i strachu przed śmiercią w czasach dyktatury Pinocheta, z którymi musieli się zmierzyć Carmen i Rodrigo, zostało mu oszczędzone, chociaż – urodzony w 1982 roku – zobaczył jako dziecko wystarczająco dużo z tego, czego dzieci nie powinny nigdy oglądać. Uśmiecha się nieustannie i jest stale w biegu, jakby cały czas gdzieś uciekał. Bogota i Nowy Jork, Niemcy i Polska, a także w pewnym momencie znowu Chile, już na niego czekają i ciągle go uwodzą: „gdy dotrzesz w jedno miejsce, znowu chcesz odjechać" – to jego utrapienie i jednocześnie motywacja.

Wiersze, które pisze w drodze, są tanecznie lekkie i bystre: unoszą się nad człowiekiem i ziemią, choć często naświetlają najtrudniejsze problemy istnienia. I piękno jest dla niego bardzo ważne – piękno poezji i kobiet, piękno wersów wiersza i zamiłowania do podróżowania po świecie.

***

Polska i Chile – czy są jakieś podobieństwa między tymi dwoma krajami? Oprócz może tego, że chilijscy i polscy poeci w drugiej połowie XX w. napisali jedne z najpiękniejszych wierszy, które szczególnie w Ameryce odnoszą ogromny sukces. Zadałem to pytanie Enrique, a on mówi, że tak, istnieje pewne podobieństwo – doświadczenie alienacji, ponieważ zarówno Chile, jak i Polska są kresami: nie tylko w sensie geopolitycznym. Polski Ocean Spokojny nazywa się Rosja. Jestem zdumiony jego stwierdzeniem, ponieważ podobnie wyraził się Rodrigo. Polska leży przy granicy, za którą zaczyna się coś zupełnie nowego – inny świat.

Na wieczorne spotkanie autorskie w kultowej księgarni w Valparaíso Di ubiera się odświętnie: zakłada niebieską longyi, czyli wiązaną spódnicę. W swoim tradycyjnym stroju zbiera punkty, nie tylko u Indry i u mnie, ale także u chilijskiej publiczności, a ja wsłuchuję się w jego birmański język tak samo chętnie, jak goście tej małej księgarni – jest to właściwie medytacyjny śpiew szydercy. I Di czyta na stojąco, jego czoło i oczy lśnią, a jego wiersze rozśmieszają ludzi, ich styl jest ironiczny i przypomina mi po części Allena Ginsberga i Philipa Larkina, których poezję tłumaczył Enrique na język hiszpański.

Na nasze spotkanie autorskie zjechaliśmy kolejką linową, w dół wzgórz Valparaíso w kierunku miasta. Czytamy razem z dwoma młodymi poetami z Argentyny i pewną starszą panią z Valparaíso, czytamy w ciemnej piwnicy i czuję, że zstąpiliśmy do poetyckich piekieł.

Po niecałym tygodniu Enrique przybywa do Santiago de Chile, by się pożegnać. Odwiedzamy jego babcię w domu starców, w odległym zakątku stolicy. Pielęgniarki pochodzą głównie z Kolumbii, a pani Modzelewska-Wyrzykowska, która od razu na powitanie zdradza mi, że niestety od niedawna wszystko zapomina, mówi nienaganną polszczyzną, w której nie odkrywam żadnych błędów. Od 1945 roku mieszka w Chile. I wszystko jej się „pokićkało", jak twierdzi.

Enrique cieszy się jak mały chłopak, że jego babcia wreszcie znalazła kogoś, z kim może porozmawiać w swoim ojczystym języku. A ona mówi, że jest Polką, prawdziwą Polką, ale że jest też prawdziwą Chilijką, i że nigdy nie angażowała się w politykę, chociaż uciekała przed wojną. Czy w Europie nadal trwa wojna? Odpowiadam, że nie, wreszcie się skończyła.

Odzywa się także do swojego wnuka po polsku. Pyta go, czy pamięta ten mały dworzec kolejowy i tory w jej rodzinnym mieście. Tak, mówi Enrique. Intuicyjnie zrozumiał pytanie, ale odpowiada na nie po hiszpańsku, że był w Polsce w zeszłym roku, a stacja kolejowa i tory nadal istnieją. Istnieją pewnie w Polsce, w Chile, w Niemczech i w każdym małym miasteczku w każdej części świata.

Tekst tłumaczony z języka niemieckiego

Artur Becker jest polsko-niemieckim pisarzem i poetą. Ostatnio opublikował zbiór esejów „Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu"

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL