|
PLUS MINUS ROZMOWA Z EMIREM KUSTURICĄ
Skazany na wyobraźnię
Rz: Czyżby rzeczywiście pan, wieczny
pesymista, uwierzył, że życie jest cudem?
EMIR KUSTURICA: Na początku chciałem zatytułować swój film
"Kiedy życie było cudem", co by sugerowało, że raj utraciliśmy. Ale
coś się we mnie przełamało. Zrozumiałem, jak bardzo mnie samemu
potrzebna jest wiara w ludzi, świat. Jestem idealistą i chcę nim
pozostać.
Dlatego ucieka pan od prostego zapisu
rzeczywistości? Dlatego tworzy pan parabole, atakuje widza swoją
wyobraźnią, dynamicznymi obrazami i porywającą muzyką?
Jestem na wyobraźnię skazany. Kiedy próbuję zejść na ziemię i
myśleć tak, jakby dwa plus dwa równało się cztery, nic mi nie
wychodzi. Wiem, że nie wszyscy moją postawę akceptują. Krytyk ze
"Screen International" napisał, że "Życie jest cudem" stawia widza
w sytuacji trzeźwego faceta przychodzącego na przyjęcie, na którym
wszyscy są już pijani. Mogę tylko odpowiedzieć: "To nie przychodź
na zakrapiane przyjęcie, jeśli sam nigdy nie wypiłeś ani
kropelki".
Przed dziesięcioma laty zrobił pan głośny
film o wojnie bałkańskiej. "Underground" był opowieścią o
bratobójczej walce, która nie ma końca, ale również o manipulacji i
wykorzystywaniu konfliktu przez polityków.
W miejscu, w którym się urodziłem, zawsze szalały wichry
historii, tutaj upadły dwa wielkie mocarstwa, tu schodziły się
drogi różnych cywilizacji. Ta ziemia zawsze była dzielona, a jej
mieszkańcy znali smak cierpienia. To nas zresztą łączy, bo nad
Polską też wiały różne wichry. Ale Polacy byli narodem bardziej
jednolitym. W Jugosławii wystarczało rozpalić jedną iskrę. Bałkany
są nieobliczalne. To zupełnie inna kraina niż ta, którą pokazuje
CNN. Tu wszystkie problemy są złożone, nie ma żadnych prostych
rozwiązań.
Rodacy mają panu za złe, że tęskni pan za
ideą wielkiej Jugosławii.
Ja tego nie ukrywam: byłem szczęśliwy w kraju wieloetnicznym.
Braliśmy od siebie to, co mieliśmy najlepszego: ze Słowenii -
narciarzy, z Bośni - piłkarzy, z Serbii - film i literaturę. Teraz
to wszystko zostało zniszczone. Głupota. Nikt, kto ma poczucie
jakiejkolwiek strategii politycznej, nie uzna takiego ruchu za
logiczny. Ale ja o nic nie walczę, nie wykorzystuję sztuki do
szerzenia propagandy. Po prostu chcę przypominać, że mój dawny kraj
został zniszczony przez ideologię i chore ambicje. Wbrew rozsądkowi
i okolicznościom. W byłej Jugosławii ludzie żyli obok siebie w
pokoju. Mieszały się ze sobą nacje i religie. Sam mam w rodzinie
Bośniaków, Serbów i Słoweńców, a byłem w Sarajewie u siebie. Bo tak
naprawdę wszelkie podziały są wyolbrzymiane i umiejętnie podsycane
przez polityków. W filmie "Życie jest cudem" chciałem pokazać
ludzką twarz kryjącą się za tym konfliktem - miłość, jaka narodziła
się między "wrogami": chrześcijaninem i muzułmanką. Coś zresztą w
tym obrazie było symbolicznego, bo w miejscu, w którym robiliśmy
zdjęcia, rosła absolutnie unikatowa puszcza. Gęsty las, w którym
były trzy gatunki drzew niemogące zazwyczaj obok siebie egzystować.
Czy to też nie jest cud?
Podobno ta historia Serba, który pojmał
Muzułmankę, by wymienić ją na swojego syna, a potem się w niej
zakochał, wydarzyła się naprawdę?
W 1995 roku spotkałem człowieka, którego wuj przeżył podobną
przygodę. Trochę ją ubarwiłem, uczyniłem bohatera konstruktorem
górskiej kolejki i dodałem mu syna - piłkarza. Jednak reszta jest
prawdziwa.
W "Undergroundzie" pokazywał pan wielkie
oszustwo socjalizmu i wojnę, na której zarabiają oraz zyskują siłę
przywódcy. Teraz rezygnuje pan z wielkiego fresku, portretując
wplątanych w walkę zwykłych ludzi.
Ta wojna, która toczyła się tuż obok bogatych krajów Europy,
obrosła kłamliwą ideologią, która lepiej pasowała do rozmaitych
teorii o czystkach etnicznych snutych przez francuskich
intelektualistów. Ja wojnę widziałem z bliska. Nie bronię Serbów,
ale byłem świadkiem, jak w jeden weekend 300 tysięcy Serbów musiało
opuścić swoje domy w Chorwacji. W "Undergroundzie" chciałem pokazać
złożoność naszej historii. Po dziesięciu latach można, a nawet
trzeba, odciąć się od ideologii. W tym filmie nie chciałem rozdawać
racji. Próbowałem tylko pokazać moc, jaką można czerpać z
natury.
Pierwszy raz nakręcił pan film o
miłości.
To się wiąże z pani pierwszym pytaniem: czy przestałem być
pesymistą. Nie wierzę w świat, bo jest pozbawiony nadziei. Kiedyś
ideały i perspektywy dawała ludziom religia. Jakie cele mamy
dzisiaj? Wygodne życie? Samochód lepszy niż sąsiada? A jakie
namiętności nami kierują? Pod różnymi szerokościami geograficznymi
nie ustają wojny, panuje przemoc. Może dlatego tak bardzo tęsknię
za czymś czystym. Może właśnie za miłością.
Czy w tytule "Życie jest cudem" świadomie
nawiązuje pan do filmu Franka Capry "Życie jest piękne"?
Tak, bo to był czas, gdy filmowcy próbowali tworzyć na ekranie
obrazy świata idealnego. O coś im chodziło, chcieli, by
rzeczywistość była lepsza i piękniejsza. Tworzyli obrazy - jak to
się mówi po angielsku - "bigger than life" - "większe niż życie".
Dlatego nazywając w ten sposób mój film, chciałem przywołać tamte
zagubione klimaty. Dzisiejsza fabryka snów jest już tylko fabryką
pieniędzy. Miejscem, które produkuje gwiazdy nie po to, by nieść
ludziom marzenia, lecz po to, by wyciągać od nich pieniądze.
To dlatego nigdy nie wrócił pan do Stanów po
doświadczeniu z "Arizona Dream"?
Nie pasuję do amerykańskiego przemysłu filmowego. Dla Hollywoodu
świat jest zbiorem informacji, a obraz służy ich przekazywaniu.
Dlatego Amerykanie zniszczyli magię kina. Jego czar. To coś, co
jest chemią kina. Ja nie znoszę naturalizmu. No i nie jestem
uległym rzemieślnikiem. Robię filmy tak, jak chcę, i niczego nie
naciągam pod publiczkę. Nie pozwalam też sobą manipulować. Pracuję
powoli - zdjęcia do "Życia..." trwały 14 miesięcy. Film jest dla
mnie jak gra w piłkę nożną. Starasz się strzelić gola, masz
opracowaną strategię i taktykę, a nagle mecz rozwija się zupełnie
inaczej, niż sobie zamierzyłeś. W czasie pracy męczę się okrutnie,
zmieniam wątki, dopisuję sceny, dodaję postacie. W Ameryce taka
postawa to zawodowe samobójstwo. Nie dziwię się, że nie stałem się
ulubionym reżyserem urzędników z amerykańskich studiów.
Więc Europa jest dla filmowca
przyjaźniejsza?
Moim zdaniem kino Starego Kontynentu coraz bardziej, niestety,
upodabnia się do amerykańskiego. Podczas różnych europejskich sesji
i dyskusji działacze kultury powtarzają hasła o zachowaniu
kulturowej tożsamości. Wszystko nieprawda! To, co się dzieje,
prowadzi do całkowitej unifikacji - wkrótce wszyscy spotkamy się w
McDonaldzie. Europa chlubi się, że staje się coraz bardziej
jednorodna, stara się zmniejszyć znaczenie granic, rządów,
narodowości. W takich okolicznościach coraz silniejsze stają się
wielkie korporacje, które robią, co chcą. Motorola zwalnia 50
tysięcy pracowników, a oni nawet nie mają się komu poskarżyć. Na
naszym twórczym podwórku też jest coraz gorzej. Dziewięćdziesiąt
procent filmów nie dotyka żadnych ważnych spraw. Kino tworzone jest
nie przez artystów, lecz specjalistów od marketingu, którzy
decydują o zmianach w scenariuszach, obsadzie, ostatecznym
kształcie obrazu. Rozrywka łatwa i przyjemna to dzisiaj cel połowy
producentów europejskich. Ten system prowadzi do bezmyślności i
patroszy widzów z jakiejkolwiek wrażliwości.
Pan nie może chyba narzekać ani na krytyków,
ani na widzów. Ma pan worek nagród, pana filmy gromadzą we Francji
od 500 tysięcy do miliona widzów, a na "Czarnego kota, białego
kota" w pana ojczyźnie wybrało się więcej widzów niż na
"Titanica".
To prawda, choć sam się temu dziwię. Nie zostałem stworzony jako
zwycięzca. Stałem się nim przez przypadek, jakby niechcący. Nie
potrafię sobie wytłumaczyć, jak to się stało, że jako reprezentant
kultury mniejszości dostałem się na międzynarodowy europejski
rynek. Może zafrapowała widzów moja odmienność, coraz już rzadsza,
może dynamizm leżący w naszym bośniackim charakterze. Ale też nie
wiem, czy w coraz bardziej zunifikowanej kulturze to
zainteresowanie się utrzyma.
Muzyka jest dla pana ucieczką czy
uzupełnieniem filmowej pasji?
Muzyka i kino są związane nierozerwalnie. W moich filmach nigdy
nie wiadomo, gdzie kończy się muzyka, a zaczyna obraz. Ale też nie
ukrywam, że współtworzenie świata dźwięków w szczególny sposób
pozwala mi zachować własną osobowość.
W ostatnich latach oddawał się pan głównie
koncertowaniu. Czuł się pan kinem znużony?
Źle przeżyłem kiepskie przyjęcie w Bośni "Undergroundu", a gra
na gitarze sprawiała mi wiele radości. Byliśmy z zespołem No
Smoking w wielu krajach świata, odbyliśmy tournée po sześciu
państwach Ameryki Południowej, m.in. po Argentynie, Boliwii, Chile,
Wenezueli.
Realizm magiczny tamtejszej sztuki jest panu
bliski?
Gdybym urodził się w Ameryce Południowej, pewnie byłbym bardzo
szczęśliwy. Charakter i temperament ludzi tam mieszkających wydaje
mi się podobny do charakteru moich rodaków żyjących w Bośni i
Hercegowinie oraz w Czarnogórze. Łączy nas hedonizm,
spontaniczność, dynamizm. Ale powiem pani coś, co panią zdziwi -
równie silnie identyfikuję się z Dalekim Wschodem. Może nie z jego
spokojem i opanowaniem, bo na to nigdy mnie nie będzie stać.
Uwielbiam jednak wschodnią filozofię, którą wtapia człowieka w
naturę. Czyni z niego nie właściciela i pogromcę świata, lecz jego
drobną cząstkę. Właśnie tę idealistyczną wizję staram się budować
na ekranie. To jest moja utopia.
Słyszałam, że również w życiu wytrwale
buduje pan swoją utopię o nazwie Kustendorf.
To prawda, tworzę dla siebie własny świat. Straciłem swoje
miejsce w życiu, swoją krainę dzieciństwa, swoje rodzinne miasto.
Nie mogę wrócić do Sarajewa, bo przyjaciele odwrócili się ode mnie,
nie chcą mi wybaczyć prawdy, jaką pokazuję w filmach. Jestem tam
persona non grata. Proszę mi wierzyć - to straszne uczucie, kiedy
człowiek zdaje sobie sprawę, że nie będzie mu dane umrzeć tam,
gdzie tkwią jego korzenie. Do mnie ciągle ta myśl wracała: "Może
zginę w samolocie albo skończę swoje dni w Paryżu, ale nie w
Sarajewie. Jestem człowiekiem bez ojczyzny. Banitą". A potem
pomyślałem, że nieważne są miejsca, ważni są ludzie. Trzeba z nimi
dzielić wspólny los, ideały i wartości. Nie mieszkam w Nowym Jorku,
bo nie rozumiem ludzi, którzy tam mieszkają. Nie mieszkam w
Sarajewie, bo straciłem kontakt z ludźmi stamtąd. Ale nie mogę z
tego powodu pogrążyć się w depresji, do końca życia zawsze i
wszędzie czuć się obcy. Dlatego buduję wioskę w Serbii. Leży w
górach, trzy godziny jazdy samochodem od Belgradu, niedaleko
miejsca, w którym kręciliśmy "Życie jest cudem". To właśnie
Kustendorf. Dwadzieścia pięć domów z drewna, główna ulica z
kościołem, pocztą i sklepami. Będzie tam również mała przetwórnia
suszonych owoców, bo z czegoś trzeba żyć. Zainwestowałem w to
przedsięwzięcie wszystkie pieniądze, które przez 25 lat zarobiłem w
kinie.
Kto będzie mieszkał w Kustendorf poza
panem?
Będą się tam odbywały seminaria dla ludzi kochających sztukę i
kino, dla ludzi, którzy będą chcieli malować, tworzyć ceramikę,
pisać. Niektórzy zostaną tu trzy, cztery tygodnie, inni zamieszkają
na dłużej, nawet na stałe. Dzisiaj ludzie kupują sobie psy, bo
czują się samotni. W Kustendorfie nikt nie będzie samotny.
Mieszkańców wioski połączą wspólne pasje.
Będzie pan więc prezydentem małego świata.
Jaką politykę będzie pan tam uprawiał?
To będzie władza absolutna, nawet zastanawiam się, czy nie
nakazać umieszczenia w witrynach sklepów swojej podobizny.
Oczywiście żartuję... Na pewno nie wprowadzę Kustendorfu do Unii.
Będę chronił kulturę, bo tylko ona daje poczucie narodowej
odrębności. Z czym można się bez niej identyfikować? Chyba tylko z
coca-colą.
A własne kino pan porzuca?
Oczywiście, że nie. Ale ja robię filmy długo. Pracuję od 25 lat,
a nakręciłem ich zaledwie osiem. Teraz już mam następny pomysł, ale
kiedy będzie on gotowy? Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za dwa,
trzy lata.
Rozmawiała Barbara Hollender
| Reżyser i muzyk |
|
występujący z grupą No Smoking. Urodził się w Sarajewie w 1954 roku. Filmy zaczął kręcić już w szkole średniej, potem studiował reżyserię w akademii filmowej FAMU w Pradze. Na trzecim roku zrealizował obraz "Gernika", który zdobył pierwsze miejsce na Festiwalu Filmów Studenckich w Karlowych Warach. Wrócił do Sarajewa, gdzie pracował dla miejscowej telewizji. W1981 roku zadebiutował w fabule i dostał Złotego Lwa na festiwalu wWenecji za film "Do You Remember Bell". Potem niemal każdy z jego filmów dostawał nagrody: "Tata w podróży służbowej" (Złota Palma w Cannes, 1985), "Czas Cyganów" (nagroda w Cannes za reżyserię, 1989), "Arizona Dream" (Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, 1993), "Underground" (Złota Palma w Cannes, 1995), "Czarny kot, biały kot" (Srebrny Lew, 1998). Na polskie ekrany wchodzi właśnie jego ostatni film "Życie jest cudem".
|
|