08.01.05 Nr 6
   PLUS MINUS
ROZMOWA Z EMIREM KUSTURICĄ
Skazany na wyobraźnię

(c) AFP/BORIS HORVATH
Rz: Czyżby rzeczywiście pan, wieczny pesymista, uwierzył, że życie jest cudem?

EMIR KUSTURICA: Na początku chciałem zatytułować swój film "Kiedy życie było cudem", co by sugerowało, że raj utraciliśmy. Ale coś się we mnie przełamało. Zrozumiałem, jak bardzo mnie samemu potrzebna jest wiara w ludzi, świat. Jestem idealistą i chcę nim pozostać.

Dlatego ucieka pan od prostego zapisu rzeczywistości? Dlatego tworzy pan parabole, atakuje widza swoją wyobraźnią, dynamicznymi obrazami i porywającą muzyką?

Jestem na wyobraźnię skazany. Kiedy próbuję zejść na ziemię i myśleć tak, jakby dwa plus dwa równało się cztery, nic mi nie wychodzi. Wiem, że nie wszyscy moją postawę akceptują. Krytyk ze "Screen International" napisał, że "Życie jest cudem" stawia widza w sytuacji trzeźwego faceta przychodzącego na przyjęcie, na którym wszyscy są już pijani. Mogę tylko odpowiedzieć: "To nie przychodź na zakrapiane przyjęcie, jeśli sam nigdy nie wypiłeś ani kropelki".

Przed dziesięcioma laty zrobił pan głośny film o wojnie bałkańskiej. "Underground" był opowieścią o bratobójczej walce, która nie ma końca, ale również o manipulacji i wykorzystywaniu konfliktu przez polityków.

W miejscu, w którym się urodziłem, zawsze szalały wichry historii, tutaj upadły dwa wielkie mocarstwa, tu schodziły się drogi różnych cywilizacji. Ta ziemia zawsze była dzielona, a jej mieszkańcy znali smak cierpienia. To nas zresztą łączy, bo nad Polską też wiały różne wichry. Ale Polacy byli narodem bardziej jednolitym. W Jugosławii wystarczało rozpalić jedną iskrę. Bałkany są nieobliczalne. To zupełnie inna kraina niż ta, którą pokazuje CNN. Tu wszystkie problemy są złożone, nie ma żadnych prostych rozwiązań.

Rodacy mają panu za złe, że tęskni pan za ideą wielkiej Jugosławii.

Ja tego nie ukrywam: byłem szczęśliwy w kraju wieloetnicznym. Braliśmy od siebie to, co mieliśmy najlepszego: ze Słowenii - narciarzy, z Bośni - piłkarzy, z Serbii - film i literaturę. Teraz to wszystko zostało zniszczone. Głupota. Nikt, kto ma poczucie jakiejkolwiek strategii politycznej, nie uzna takiego ruchu za logiczny. Ale ja o nic nie walczę, nie wykorzystuję sztuki do szerzenia propagandy. Po prostu chcę przypominać, że mój dawny kraj został zniszczony przez ideologię i chore ambicje. Wbrew rozsądkowi i okolicznościom. W byłej Jugosławii ludzie żyli obok siebie w pokoju. Mieszały się ze sobą nacje i religie. Sam mam w rodzinie Bośniaków, Serbów i Słoweńców, a byłem w Sarajewie u siebie. Bo tak naprawdę wszelkie podziały są wyolbrzymiane i umiejętnie podsycane przez polityków. W filmie "Życie jest cudem" chciałem pokazać ludzką twarz kryjącą się za tym konfliktem - miłość, jaka narodziła się między "wrogami": chrześcijaninem i muzułmanką. Coś zresztą w tym obrazie było symbolicznego, bo w miejscu, w którym robiliśmy zdjęcia, rosła absolutnie unikatowa puszcza. Gęsty las, w którym były trzy gatunki drzew niemogące zazwyczaj obok siebie egzystować. Czy to też nie jest cud?

Podobno ta historia Serba, który pojmał Muzułmankę, by wymienić ją na swojego syna, a potem się w niej zakochał, wydarzyła się naprawdę?

W 1995 roku spotkałem człowieka, którego wuj przeżył podobną przygodę. Trochę ją ubarwiłem, uczyniłem bohatera konstruktorem górskiej kolejki i dodałem mu syna - piłkarza. Jednak reszta jest prawdziwa.

W "Undergroundzie" pokazywał pan wielkie oszustwo socjalizmu i wojnę, na której zarabiają oraz zyskują siłę przywódcy. Teraz rezygnuje pan z wielkiego fresku, portretując wplątanych w walkę zwykłych ludzi.

Ta wojna, która toczyła się tuż obok bogatych krajów Europy, obrosła kłamliwą ideologią, która lepiej pasowała do rozmaitych teorii o czystkach etnicznych snutych przez francuskich intelektualistów. Ja wojnę widziałem z bliska. Nie bronię Serbów, ale byłem świadkiem, jak w jeden weekend 300 tysięcy Serbów musiało opuścić swoje domy w Chorwacji. W "Undergroundzie" chciałem pokazać złożoność naszej historii. Po dziesięciu latach można, a nawet trzeba, odciąć się od ideologii. W tym filmie nie chciałem rozdawać racji. Próbowałem tylko pokazać moc, jaką można czerpać z natury.

Pierwszy raz nakręcił pan film o miłości.

To się wiąże z pani pierwszym pytaniem: czy przestałem być pesymistą. Nie wierzę w świat, bo jest pozbawiony nadziei. Kiedyś ideały i perspektywy dawała ludziom religia. Jakie cele mamy dzisiaj? Wygodne życie? Samochód lepszy niż sąsiada? A jakie namiętności nami kierują? Pod różnymi szerokościami geograficznymi nie ustają wojny, panuje przemoc. Może dlatego tak bardzo tęsknię za czymś czystym. Może właśnie za miłością.

Czy w tytule "Życie jest cudem" świadomie nawiązuje pan do filmu Franka Capry "Życie jest piękne"?

Tak, bo to był czas, gdy filmowcy próbowali tworzyć na ekranie obrazy świata idealnego. O coś im chodziło, chcieli, by rzeczywistość była lepsza i piękniejsza. Tworzyli obrazy - jak to się mówi po angielsku - "bigger than life" - "większe niż życie". Dlatego nazywając w ten sposób mój film, chciałem przywołać tamte zagubione klimaty. Dzisiejsza fabryka snów jest już tylko fabryką pieniędzy. Miejscem, które produkuje gwiazdy nie po to, by nieść ludziom marzenia, lecz po to, by wyciągać od nich pieniądze.

To dlatego nigdy nie wrócił pan do Stanów po doświadczeniu z "Arizona Dream"?

Nie pasuję do amerykańskiego przemysłu filmowego. Dla Hollywoodu świat jest zbiorem informacji, a obraz służy ich przekazywaniu. Dlatego Amerykanie zniszczyli magię kina. Jego czar. To coś, co jest chemią kina. Ja nie znoszę naturalizmu. No i nie jestem uległym rzemieślnikiem. Robię filmy tak, jak chcę, i niczego nie naciągam pod publiczkę. Nie pozwalam też sobą manipulować. Pracuję powoli - zdjęcia do "Życia..." trwały 14 miesięcy. Film jest dla mnie jak gra w piłkę nożną. Starasz się strzelić gola, masz opracowaną strategię i taktykę, a nagle mecz rozwija się zupełnie inaczej, niż sobie zamierzyłeś. W czasie pracy męczę się okrutnie, zmieniam wątki, dopisuję sceny, dodaję postacie. W Ameryce taka postawa to zawodowe samobójstwo. Nie dziwię się, że nie stałem się ulubionym reżyserem urzędników z amerykańskich studiów.

Więc Europa jest dla filmowca przyjaźniejsza?

Moim zdaniem kino Starego Kontynentu coraz bardziej, niestety, upodabnia się do amerykańskiego. Podczas różnych europejskich sesji i dyskusji działacze kultury powtarzają hasła o zachowaniu kulturowej tożsamości. Wszystko nieprawda! To, co się dzieje, prowadzi do całkowitej unifikacji - wkrótce wszyscy spotkamy się w McDonaldzie. Europa chlubi się, że staje się coraz bardziej jednorodna, stara się zmniejszyć znaczenie granic, rządów, narodowości. W takich okolicznościach coraz silniejsze stają się wielkie korporacje, które robią, co chcą. Motorola zwalnia 50 tysięcy pracowników, a oni nawet nie mają się komu poskarżyć. Na naszym twórczym podwórku też jest coraz gorzej. Dziewięćdziesiąt procent filmów nie dotyka żadnych ważnych spraw. Kino tworzone jest nie przez artystów, lecz specjalistów od marketingu, którzy decydują o zmianach w scenariuszach, obsadzie, ostatecznym kształcie obrazu. Rozrywka łatwa i przyjemna to dzisiaj cel połowy producentów europejskich. Ten system prowadzi do bezmyślności i patroszy widzów z jakiejkolwiek wrażliwości.

Pan nie może chyba narzekać ani na krytyków, ani na widzów. Ma pan worek nagród, pana filmy gromadzą we Francji od 500 tysięcy do miliona widzów, a na "Czarnego kota, białego kota" w pana ojczyźnie wybrało się więcej widzów niż na "Titanica".

To prawda, choć sam się temu dziwię. Nie zostałem stworzony jako zwycięzca. Stałem się nim przez przypadek, jakby niechcący. Nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak to się stało, że jako reprezentant kultury mniejszości dostałem się na międzynarodowy europejski rynek. Może zafrapowała widzów moja odmienność, coraz już rzadsza, może dynamizm leżący w naszym bośniackim charakterze. Ale też nie wiem, czy w coraz bardziej zunifikowanej kulturze to zainteresowanie się utrzyma.

Muzyka jest dla pana ucieczką czy uzupełnieniem filmowej pasji?

Muzyka i kino są związane nierozerwalnie. W moich filmach nigdy nie wiadomo, gdzie kończy się muzyka, a zaczyna obraz. Ale też nie ukrywam, że współtworzenie świata dźwięków w szczególny sposób pozwala mi zachować własną osobowość.

W ostatnich latach oddawał się pan głównie koncertowaniu. Czuł się pan kinem znużony?

Źle przeżyłem kiepskie przyjęcie w Bośni "Undergroundu", a gra na gitarze sprawiała mi wiele radości. Byliśmy z zespołem No Smoking w wielu krajach świata, odbyliśmy tournée po sześciu państwach Ameryki Południowej, m.in. po Argentynie, Boliwii, Chile, Wenezueli.

Realizm magiczny tamtejszej sztuki jest panu bliski?

Gdybym urodził się w Ameryce Południowej, pewnie byłbym bardzo szczęśliwy. Charakter i temperament ludzi tam mieszkających wydaje mi się podobny do charakteru moich rodaków żyjących w Bośni i Hercegowinie oraz w Czarnogórze. Łączy nas hedonizm, spontaniczność, dynamizm. Ale powiem pani coś, co panią zdziwi - równie silnie identyfikuję się z Dalekim Wschodem. Może nie z jego spokojem i opanowaniem, bo na to nigdy mnie nie będzie stać. Uwielbiam jednak wschodnią filozofię, którą wtapia człowieka w naturę. Czyni z niego nie właściciela i pogromcę świata, lecz jego drobną cząstkę. Właśnie tę idealistyczną wizję staram się budować na ekranie. To jest moja utopia.

Słyszałam, że również w życiu wytrwale buduje pan swoją utopię o nazwie Kustendorf.

To prawda, tworzę dla siebie własny świat. Straciłem swoje miejsce w życiu, swoją krainę dzieciństwa, swoje rodzinne miasto. Nie mogę wrócić do Sarajewa, bo przyjaciele odwrócili się ode mnie, nie chcą mi wybaczyć prawdy, jaką pokazuję w filmach. Jestem tam persona non grata. Proszę mi wierzyć - to straszne uczucie, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że nie będzie mu dane umrzeć tam, gdzie tkwią jego korzenie. Do mnie ciągle ta myśl wracała: "Może zginę w samolocie albo skończę swoje dni w Paryżu, ale nie w Sarajewie. Jestem człowiekiem bez ojczyzny. Banitą". A potem pomyślałem, że nieważne są miejsca, ważni są ludzie. Trzeba z nimi dzielić wspólny los, ideały i wartości. Nie mieszkam w Nowym Jorku, bo nie rozumiem ludzi, którzy tam mieszkają. Nie mieszkam w Sarajewie, bo straciłem kontakt z ludźmi stamtąd. Ale nie mogę z tego powodu pogrążyć się w depresji, do końca życia zawsze i wszędzie czuć się obcy. Dlatego buduję wioskę w Serbii. Leży w górach, trzy godziny jazdy samochodem od Belgradu, niedaleko miejsca, w którym kręciliśmy "Życie jest cudem". To właśnie Kustendorf. Dwadzieścia pięć domów z drewna, główna ulica z kościołem, pocztą i sklepami. Będzie tam również mała przetwórnia suszonych owoców, bo z czegoś trzeba żyć. Zainwestowałem w to przedsięwzięcie wszystkie pieniądze, które przez 25 lat zarobiłem w kinie.

Kto będzie mieszkał w Kustendorf poza panem?

Będą się tam odbywały seminaria dla ludzi kochających sztukę i kino, dla ludzi, którzy będą chcieli malować, tworzyć ceramikę, pisać. Niektórzy zostaną tu trzy, cztery tygodnie, inni zamieszkają na dłużej, nawet na stałe. Dzisiaj ludzie kupują sobie psy, bo czują się samotni. W Kustendorfie nikt nie będzie samotny. Mieszkańców wioski połączą wspólne pasje.

Będzie pan więc prezydentem małego świata. Jaką politykę będzie pan tam uprawiał?

To będzie władza absolutna, nawet zastanawiam się, czy nie nakazać umieszczenia w witrynach sklepów swojej podobizny. Oczywiście żartuję... Na pewno nie wprowadzę Kustendorfu do Unii. Będę chronił kulturę, bo tylko ona daje poczucie narodowej odrębności. Z czym można się bez niej identyfikować? Chyba tylko z coca-colą.

A własne kino pan porzuca?

Oczywiście, że nie. Ale ja robię filmy długo. Pracuję od 25 lat, a nakręciłem ich zaledwie osiem. Teraz już mam następny pomysł, ale kiedy będzie on gotowy? Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za dwa, trzy lata.

Rozmawiała Barbara Hollender


Reżyser i muzyk

występujący z grupą No Smoking. Urodził się w Sarajewie w 1954 roku. Filmy zaczął kręcić już w szkole średniej, potem studiował reżyserię w akademii filmowej FAMU w Pradze. Na trzecim roku zrealizował obraz "Gernika", który zdobył pierwsze miejsce na Festiwalu Filmów Studenckich w Karlowych Warach. Wrócił do Sarajewa, gdzie pracował dla miejscowej telewizji. W1981 roku zadebiutował w fabule i dostał Złotego Lwa na festiwalu wWenecji za film "Do You Remember Bell". Potem niemal każdy z jego filmów dostawał nagrody: "Tata w podróży służbowej" (Złota Palma w Cannes, 1985), "Czas Cyganów" (nagroda w Cannes za reżyserię, 1989), "Arizona Dream" (Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, 1993), "Underground" (Złota Palma w Cannes, 1995), "Czarny kot, biały kot" (Srebrny Lew, 1998). Na polskie ekrany wchodzi właśnie jego ostatni film "Życie jest cudem".




Drukuj artykuł Drukuj artykuł Wyślij artykuł Wyślij artykuł

 

| Bez polskich znaków |
| Rzeczpospolita | Archiwum | Serwis Ekonomiczny | Serwis Prawny | Cennik | Regulamin | Serwis WAP | Prenumerata
| Reklama | English/Deutsch | O nas | Praca i staże | Zgłaszanie uwag | Kontakt |
© Copyright by Presspublica Sp. z o.o.